Kilkanaście lat temu podczas pobytu w Edynburgu odkryłam coś, czego w Polsce jeszcze wówczas nie dało się dostrzec, a mianowicie że różnice społeczne mogą wyrażać się w dostępie do pełnowartościowego jedzenia. O ile w naszym kraju McDonald’s był wciąż fetowany jako symbol tego, co zachodnie (jego pierwszą restaurację w nieistniejącym już warszawskim Sezamie uroczyście otwierał Jacek Kuroń), o tyle w Szkocji znajdował się pod pręgierzem krytyki za promowanie złych nawyków żywieniowych, zwłaszcza wśród osób gorzej sytuowanych. Piękne sklepy ze zdrową żywnością, ekologicznymi warzywami i owocami były tam dostępne jedynie dla zamożniejszych obywateli z klasy średniej oraz wyższej. Nikogo innego nie było stać na codzienne zakupy w takich miejscach. Reszcie mieszkańców pozostawały supermarkety, gdzie większość produktów stanowiły potrawy przetworzone lub wysokokaloryczne gotowe dania. Pamiętam swoje zdziwienie faktem, że również warzywa i owoce były sprzedawane głównie w postaci umytych, obranych, pokrojonych i zafoliowanych porcji. Dziś półki polskich supermarketów nie różnią się pod tym względem od tych szkockich, angielskich czy amerykańskich.
Świadomymi konsumentami są z reguły osoby dysponujące czasem lub wyższymi dochodami. Dlatego wszelka etyczna i ekologiczna edukacja odniesie szerszy skutek dopiero w połączeniu z odgórnymi zmianami.
Wspomniana już sieć oferująca fast foody zapowiedziała, że do 2025 r. mają zniknąć wszystkie dotychczas stosowane plastikowe opakowania – zastąpią je w pełni biodegradowalne. Warto doceniać plany wyeliminowania plastiku, nie można jednak zapominać, że prawdziwa rewolucja dokona się wówczas, gdy tradycyjne kanapki z wołowym burgerem zostaną zastąpione przez ich przyjazne dla środowiska odpowiedniki. To wyjaśnia, dlaczego najbardziej zaawansowane badania nad jedzeniem koncentrują się właśnie na komórkowej hodowli wołowiny (o szansach…