Subskrybuj

Sześć niezbędnych słów

Jest kilka wartości, bez których demokracja nie będzie nigdy dobrze działać. Dziś obserwujemy w Polsce, jak wobec naruszeń konstytucji i arbitralnych zmian prawa szybko kruszeje pierwsza i najważniejsza z nich: zaufanie do państwa i jego instytucji.

W ubiegłym roku, z okazji 30. rocznicy odzyskania suwerenności, ale także z powodu bieżących wydarzeń politycznych sporo debatowano nad stanem polskiej demokracji, mniej jednak mówiono o samym demosie – jakie on przeszedł przeobrażenia po 1989 r.?

Jako teoretyk nie obserwuję Polaków z perspektywy własnych badań empirycznych, natomiast przyglądam się im za pośrednictwem analiz innych socjologów, mediów, a także poprzez socjologię wizualną, która, tak jak socjologia codzienności, stanowi mój najnowszy obszar poszukiwań.

Wybitny niemiecki socjolog Erwin Scheuch powiedział mi kiedyś, że choć całe życie robił badania, to jeśli jednak chciał naprawdę zrozumieć społeczeństwo włoskie, szedł we włoskim miasteczku do kawiarni, zamawiał espresso i patrzył na mijających go ludzi.

Przyjąłem tę lekcję i sam praktykuję takie obserwacje. Nawet patrząc z okna mojej pracowni na Rynku w Krakowie, można dostrzec coś ciekawego.

Na przykład?

Z moich obserwacji wynika, że mamy więcej pieniędzy i wolnego czasu – i to mimo trwającego wyścigu szczurów. Transformacja zmieniła nasz styl życia. Naśladujemy zachodnie wzorce konsumpcyjne, choć czasem tylko powierzchownie: coraz częściej wychodzimy do restauracji, spędzamy dużo czasu w galeriach handlowych. Gwałtownym przemianom uległ teatr ulicy, kiedyś strach było nocą przejść przez krakowski Rynek, jednak po 1989 r. odżyła tu kultura kawiarniana – krakowski Rynek tętni życiem niemal przez całą dobę. Są puby i kluby. Gdy wracam z Warszawy w pendolino, słyszę, jak młodzi biznesmeni umawiają się na clubbing. Rewolucję internetową widać w tysiącach codziennych sytuacji, gdy oczy przechodniów – zamiast na pięknym kolorowym świecie – skupione są na ekranikach smartfonów podnoszonych co jakiś czas, by zrobić sobie selfie.

Żeby to wszystko dostrzec, wystarczy obserwacja. Ale są zmiany, które odkrywają dopiero badania, np. zanik rzeczywistych wspólnot zastąpiony płytkimi i powierzchownymi kontaktami w sieci, utrata poczucia dobra wspólnego, egoizm i indywidualizm, gotowość przehandlowania wartości za doraźne interesy, kult cwaniactwa.

Nasz świat zmienił się radykalnie, na lepsze, ale i na gorsze.

Mówiąc o biznesmenach w pociągu, mówi Pan jednak o elicie finansowej jadącej do jednego z większych miast Polski.

To, co mówię, dotyczy nie tylko elity czy metropolii. Proszę pojechać w niedzielę na wieś, a zobaczy Pan parkingi przed kościołem pełne najlepszych aut. Albo w handlowy dzień do supermarketów w małych miasteczkach. Albo do ogromnych dyskotek, które powstają w szczerym polu. Wszystko i wszędzie uległo umasowieniu, to, co było przywilejem elity, stało się powszechnie dostępne. I to jest wspaniała strona tej zmiany. Jednak jest też druga – wszechobecny tłum: na szosach, na parkingach, na lotniskach, na plażach, na szlakach górskich. I pojawia się paradoks: te dostępne powszechnie satysfakcje życiowe tracą swoją pierwotną wartość, często stają się utrapieniem.

Zostańmy jednak przy pozytywach. Na prowincji też zmienił się styl życia. Małe miejscowości przybrały inny wygląd. Ludzie inwestują w swoje domy. Może gospodarstwa w niedalekiej Austrii wciąż wyglądają lepiej niż u nas, ale widać wielką różnicę z czasami PRL. Z pewnością ważnym bodźcem w ostatnich latach było wprowadzenie programu 500+ – uboższe rodziny poczuły pewien luz finansowy, mogły chociażby po raz pierwszy wyjechać na wakacje. O ogólnym wzroście zamożności wystarczy się przekonać, patrząc, ile i jakich aut jeździ po naszych szosach. Od syrenki i warszawy skok nieprawdopodobny.

Czyli budujemy z sukcesem społeczeństwo konsumpcyjne, ale czy Polacy są przywiązani do demokracji?

Z tym rzeczywiście jest gorzej. Pojęcia demokracji nie wiążę tylko z polityką i prawem, ale przede wszystkim właśnie z kondycją moralną społeczeństwa. By demokracja nie ograniczała się jedynie do wrzucania kartki wyborczej do urny raz na cztery lata, potrzebne jest społeczeństwo jako przestrzeń dobrych relacji międzyludzkich. Demokracja bowiem to nie tylko więź pionowa: władza–obywatel, ale też więzi poziome, czyli to, co jest między nami i co wypełnia przestrzeń relacji międzyludzkich. Krótko mówiąc: wartości, które te relacje regulują.

O jakie wartości chodzi?

Wyróżniam sześć wartości i sześć odpowiednich relacji, bez których ani demokracja, ani instytucje państwa i społeczeństwa nie będą działać.

Po pierwsze: zaufanie, czyli zdolność do zawierzenia komuś. Na przykład: rozmawiam z Panem, ufając, że nie zrobi Pan z tej rozmowy złego użytku. Chodzi też o powierzenie własnej tajemnicy albo części majątku. Z tym jest kiepsko, bo według jednego z badań tylko 23% Polaków byłoby gotowe zaufać nieznajomemu.

Druga kwestia to lojalność wobec innych ludzi, czyli nieszkodzenie tym, którzy mają do nas zaufanie i coś nam powierzyli – właśnie wspomniane tajemnice albo pieniądze – lub obdarzyli nas przyjaźnią czy bezinteresownie wsparli w chorobie.

Trzecią ważną wartością jest wzajemność, czyli zasada, że jeśli spotkało mnie coś dobrego od kogoś innego, powinienem się odwzajemnić. Czwarta wartość to solidarność, a więc gotowość poświęcenia czegoś własnego na rzecz wspólnoty, do której się poczuwamy – tą wspólnotą może być rodzina, redakcja czasopisma, uniwersytet, a na końcu państwo. Piątą wartością jest szacunek, jakim darzymy innych ze względu na podstawową godność ludzką, ale także ze względu na to, co dana osoba daje społeczeństwu. I wreszcie sprawiedliwość – proporcja między tym, co dajemy innym, a tym, co otrzymujemy w zamian. Na przykład sprawiedliwa płaca za uczciwą pracę, sprawiedliwa ocena za wyniki ucznia, ale też sprawiedliwa, adekwatna kara za winę.

Czy pod wpływem mowy noblowskiej Olgi Tokarczuk nie dorzuciłby Pan współodczuwania?

Tak, owa „czułość” to szalenie ważna sprawa, ale oznaczałaby już bardzo duże oczekiwania wobec społeczeństwa. Nie od każdego możemy wymagać heroicznej postawy: miłuj bliźniego swego. Moich sześć punktów to minimum potrzebne społeczeństwu i dotyczy jego codziennego funkcjonowania. A i tak uważam, że w Polsce nawet to minimum nie jest wypełniane.

Czy nie jest to częściowo wina państwa, które na każdym kroku daje do zrozumienia obywatelom, że im nie ufa?

Owszem, państwo swoją postawą generuje wiele problemów. Obywatel w Polsce nie ma poczucia, że jest wiarygodny dla państwa oraz reprezentujących je urzędów i odwzajemnia się podobnie niskim poziomem zaufania do elity politycznej. Na przykład zaufanie do partii politycznych pozostaje na poziomie kilkunastu zaledwie procent. W wielu krajach jest znacznie lepiej. Wykładałem często w Stanach Zjednoczonych i musiałem wypełniać tamtejsze formularze podatkowe, które są duże i skomplikowane. W tych formularzach znajdowała się m.in. pozycja napiwki. Także w Szwecji ludzie różnych profesji deklarują, ile zarobili na napiwkach. Przyznają się do tych dochodów, bo wierzą, że państwo w zamian im się odwdzięcza. Uważają to więc za dobry układ. Szwedzi argumentują tak: płacimy straszne podatki, ale ufamy, że państwo da nam za to dobrą służbę zdrowia, bezpieczeństwo, opiekę społeczną i autostrady.

Moi znajomi w USA mówili mi, że ufają państwu, bo ono w zamian daje paszport, który jest wartością w świecie, a instytucje państwa pilnują wartości dolara, dzięki czemu jest on wszędzie wymienialny. Mało tego, jeśli znajdą na strychu dolary z czasów I wojny światowej po pradziadkach, to bez problemu wymienią je w banku na nowe.

Amerykanie wierzą w instytucje państwa i w konstytucję. To są niewzruszalne ramy, które zapewniają ciągłość i pewność funkcjonowania. I nawet kiedy Donald Trump tweetuje nonsensy, to wierzą, że mechanizm prawny państwa ich obroni.

Przenieśmy się do Polski.

Z naszej perspektywy powyższa opowieść jest oczywiście egzotyczna. W ostatnich latach załamało się poczucie, że prawo i polska konstytucja, uchwalona po długim namyśle, osiem lat od przełomu, są niewzruszonymi ramami naszego funkcjonowania. Konstytucja nie jest przestrzegana przez tych, którzy na nią przysięgali, a do zmiany prawa dochodzi w arbitralny sposób. To podważa zaufanie wobec państwa, ale też innych instytucji. Gdy oddaję pieniądze do banku, to tym działaniem wyrażam zaufanie dla tej instytucji, a gdy je inwestuję w swoją firmę, daję dowód, że ufam państwu, które pozwoli mojemu przedsiębiorstwu się rozwijać. Trudno jednak mówić o zaufaniu, gdy nie można być pewnym, czy ktoś arbitralnie nie zmieni prawa i nie nałoży na mnie nowych podatków lub innych obciążeń, nie dając wiele w zamian. Państwo ma coraz więcej wymyślnych możliwości kontroli obywatela, a jednocześnie samo nie chce być kontrolowane.

Czym na dłuższą metę w życiu społecznym skutkuje spadek zaufania?

Powstaje amoralny familizm, który jest efektem niskiej kondycji moralnej społeczeństwa i którego przyczyną jest postępowanie elity władzy. Otóż wszyscy doznajemy czasem dysonansu moralnego. Pojawia się on, kiedy czujemy, że coś wokół nas lub z naszym udziałem dzieje się wbrew regułom. Właściwie każdy ma – wrodzony albo wpojony poprzez wychowanie – impuls moralny i jeśli dzieje się coś „nie tak”, doznaje dysonansu. Tymczasem gdy strażnik konstytucji narusza ją, gdy nadzorca finansowy proponuje wielką łapówkę, a inny wysoki urzędnik kręci we własnych podatkach, gdy podsłuchani politycy zdradzają cynizm i pogardę dla społeczeństwa, któremu mieli służyć, część ludzi może dojść do przekonania, że skoro elity wzorcotwórcze tak postępują, to tak można, a może nawet trzeba. Ten dysonans zanika, ale wraz z tym poczucie szerszej wspólnoty.

Wtedy zaufanie ogranicza się tylko do swoich najbliższych, np. do rodziny, a wszyscy inni stają się obcymi, których można wykiwać. Tkanka moralna społeczeństwa ulega wówczas destrukcji, zaczynają dominować cwaniactwo i nepotyzm.

Właśnie społeczeństwo obywatelskie powinno być tamą dla takiej destrukcji, ale chyba w Polsce nie mamy społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego?

Po 1989 r. zbudowaliśmy demokratyczne państwo i demokratyczne instytucje, ale potrzebowaliśmy jeszcze stworzyć demokratów, którzy będą respektowali demokratyczne wartości i którzy w oparciu o nie będą oddolnie podejmować działania, kultywując relacje moralne. Pierwszy etap budowania tego społeczeństwa moim zdaniem się udał, tzn. powstało sporo stowarzyszeń, instytucji pozarządowych, rodziły się ruchy społeczne. Teraz jednak, mam wrażenie, że aktywność społeczna trochę osłabła.

Angażujemy się od święta – od smutnego święta, kiedy trzeba wyjść na ulice. Wychodzi nas jednak garstka.

Większość obywateli zostaje w domach. Myślę, że mamy do czynienia z różnymi rodzajami postaw. Niektórzy kibicują demokratycznej opozycji, ale z oddali – patrzą i czekają, co z tego będzie. To tacy „pasażerowie na gapę”. Inni trywializują i mówią: a co nas obchodzą sądy, to nie nasza sprawa, ważne, że gospodarka się rozwija, a my możemy spokojnie oglądać seriale na Netflixie. Owszem, ostatnio mieliśmy wysoką frekwencję…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: My, rodzice osób LGBT+