Towarzyszka, akuszerka, sparing partnerka, coach, terapeutka, mediatorka, powierniczka, doradczyni podatkowa – tym wszystkim jest albo przynajmniej bywa redaktorka (rodzaju żeńskiego używam tu generycznie i odnoszę go także do redaktorów). To zawód, który pozwala spróbować sił w różnych warunkach: raz jest to szybka jazda po wertepach, innym razem miła przebieżka po lesie. W każdej z tych sytuacji redaktorka powinna zachować względną jasność umysłu.
Najpierw przechodzi jednak trening trudnej sztuki rezygnacji. Im dłużej pracuje, tym więcej na jej koncie książek niewydanych – tych, które jej się podobały, ale były zbyt drogie albo do których nie zdołała przekonać innych osób w redakcji: książki okazały się zbyt grube, zbyt cienkie, zbyt smutne, zbyt okrutne, zbyt egzotyczne, zbyt swojskie, zbyt wyrafinowane. Co przecież nie znaczy, że były zbyteczne. Redaktorka nosi w sobie żal po niewydanych tekstach, zawiedzionych odmową autorkach i tłumaczkach. Te ostatnie spotyka potem czasem na targach książki, wernisażu, w kolejce po pieczywo.
Czy tego chce, czy nie, dokonuje rozmaitych ocen i porównań, bezustannie feruje wyroki. Ciągle coś akceptuje, proponuje lub odrzuca. Niestety, musi pogodzić się z tym, że w większości dziedzin nigdy nie osiągnie satysfakcjonującej ją kompetencji i że jedyne, co jej zostaje, to pielęgnowanie własnej ciekawości.
Niby siedzi w tekstach. W blasku ekranu stuka w klawiaturę. Przestawia i przycina. Wygładza, plisuje i zszywa: rozdziały, zdania, słowa, przecinki. W rzeczywistości jednak pracuje na myślach i emocjach twórcy. Dotyka intymności kogoś innego niż ona sama. Meandruje między tym, co ogólnie przyjęte, a tym, co swoiste, osobne, odmienne. Między normą a wyjątkiem. Musi wyczulić ucho, ale nie uniknie wątpliwości. Tekst ma brzmieć czysto czy lepiej zachować niepokojące dysonanse? Gdzie kończy się licentia poetica…