Przedstawianie dzieł wartościowych autorów za pomocą jednego, krótkiego sloganu bywa czymś niestosownym. Czy jest to w ogóle możliwe w przypadku twórczości Tomáša Halíka? Jego myśl pozostaje głęboko ukorzeniona w wielu glebach równocześnie. Czytelnik, śledząc Halíkowe sploty, zawędruje oczywiście na czeską ziemię przesiąkniętą wspomnieniem Jana Husa i Karela Čapka. Szybko przekona się jednak, że ma do czynienia z autorem kosmopolitą, który swobodnie czerpie z całej tradycji europejskiej. Rozplątując intelektualne korzenie praskiego myśliciela, trzeba oczywiście poszukiwać źródeł teologicznych, od tych chronologicznie i geograficznie mu najbliższych: Josefa Zvěřiny, Karla Rahnera, Karla Bartha, aż po ojców chrześcijańskiego piśmiennictwa ze św. Augustynem na czele. Sieć podskórnych wpływów i inspiracji gmatwa się jednak wraz z odkryciem, że równie ważnymi autorami dla Halíka pozostają wielcy europejscy obrazoburcy: Friedrich Nietzsche, a także (o czym w Polsce wspomina się mniej chętnie) Sigmund Freud i Carl Jung. Jakby tego było mało, długie nitki dialogicznej myśli czeskiego teologa prowadzą także na inne kontynenty. Okazuje się bowiem, że dojrzały Tomáš Halík to nie tylko uczeń Augustyna i Eckharta, ale także klasyków buddyzmu, hinduizmu czy islamu. Każde z tych rozgałęzień stawia inne pytania, rzuca Halíka w odmienne środowisko religijno-kulturowe. Opisanie twórczości wyrastającej z tak różnych inspiracji jednym słownikowym hasłem musi być oczywiście uproszczeniem i nieuchronnie zdradza subiektywne uwarunkowania nieodzowne każdemu interpretatorowi. A jednak: przyparty do muru, czując konieczność odpowiedzenia na surowe w swej prostocie pytanie: „kim jest Tomáš Halík?”, stwierdzam bez wahania: myślicielem wolności.
Wobec siebie
Kto, choćby w internetowym archiwum, wsłuchiwał się w niepokojący szum Radia Wolna Europa, może wyobrazić sobie, jaką barwę miał głos wolności w II poł. XX w. na wschód od Łaby.
Kto nie stroni od tytoniu, potrafi przywołać jej zapach unoszący się w ciasnych i dusznych piwiarniach starej Pragi, w prywatnych mieszkaniach dysydentów, na spotkaniach nie zawsze legalnych klubów dyskusyjnych zrzeszających rozpolitykowanych studentów. Kto lekturę historycznych świadectw pogłębi skupieniem wrażliwości i współczucia, umie być może rozpoznać blask promienia wolności, który wślizgiwał się do więziennej celi, gdzie straszliwie torturowano ks. Antonína Mandla, do pokoju, w którym kilkadziesiąt godzin bez przerwy, bezpośrednio przed śmiercią, przesłuchiwany był najwybitniejszy czeski filozof Jan Patočka.
Wydaje się jednak, że choć młody Tomáš Halík poznał bezpośrednio tamte dźwięk, zapach i blask, to wolność wydrążyła w nim swoją drogę nie poprzez słuchanie radia, palenie fajki czy oczekiwanie na świt, wraz z którym zwolniony zostanie razem z przyjacielem Martinem Paloušem (późniejszym ambasadorem Czech ONZ) z kolejnego przesłuchania w Státníej bezpečnosti. Wolność rozpoczęła swoją dialektyczną pracę w Halíku od środka. Młody imiennik prezydenta Masaryka, wychowany w zgodzie ze świeckimi wartościami przedwojennej republiki, przyszły ksiądz katolicki i laureat Nagrody Templetona, odkrył w sobie uniwersalny zew, który o wiele, wiele wcześniej poczuł także Augustyn z Hippony, zapisując: „stałem się sam dla siebie pytaniem”. Halík chętnie przylgnie do tego wyznania. Będzie się ono pojawiało w wielu jego esejach i wystąpieniach.
Być pytaniem to znaczy nie dać się zamknąć w ostateczną, zniewalającą i rozstrzygającą odpowiedź. Czeski myśliciel wpisuje się w ten sposób w wielosetletnią tradycję współbrzmienia chrześcijaństwa, antropologii i pytania o wolność. Jej pierwszym bodaj tenorem był wspomniany już św. Augustyn. W XX w. ponownie wybrzmiewa ona w teologii Karla Rahnera, który pisał w książce Ryzyko chrześcijanina: „człowiek jest pytaniem, na które nie ma odpowiedzi”. Choć zewnętrzne, ponure polityczne okoliczności potęgowały zapewne u Halíka głód wolności, to jej oryginalne źródło stanowiło pragnienie wolności wobec samego siebie.
W sierpniu 1968 r. Halík jako student przebywa na stypendium w Wielkiej Brytanii. Z narastającym niepokojem, a później z trwogą nasłuchuje wieści z ojczyzny. Ma wybór. Waha się. Może pozostać w świecie politycznej wolności. Pod koniec 1968 r. wybiera jednak powrót do Pragi. Potem drzwi pozostają jeszcze przez chwilę uchylone i Halík nadal się waha. Po samospaleniu młodego studenta Jana Palacha wszystko jest już jednak jasne. Halík wie, że wolności trzeba szukać w środku, a nie na zewnątrz. Wolny musi być przede wszystkim wobec siebie, a nie wobec systemu. Emigracja do Wielkiej Brytanii nic tu nie pomoże. Jak sam wskazuje, to wówczas rodzi się w nim decyzja o kapłaństwie.
U Halíka nic nie jest jednak proste, schematycznie pobożne i intelektualnie przewidywalne. Okazuje się bowiem, że sprawnościami wiodącymi Halíka po ścieżkach wolności są cnota darząca nietzscheańskiego Zaratustry oraz lektury dotyczące praktyki psychoanalitycznej.
To one pozwalają mu zdobyć krytyczny dystans wobec swojej wiary, własnego światopoglądu. Dlaczego Nietzsche? Halík dostrzega intrygujące podobieństwo niemieckiego filozofa do Don Kichota, smutnego rycerza. Zapisuje: „[choć] nie musimy zgadzać się z odpowiedziami, jakie zyskał w trakcie swej – tak dziwnie zakończonej – wyprawy, to jednak nie możemy puścić mimo uszu przynajmniej pytań, które go do niej skłoniły”[i]. Nietzsche jest przyjacielem, z którym pełen podziwu Halík przez lata toczy filozoficzną debatę. Na tej drodze zyskuje wiedzę, która pozostaje niedostępna w nieprzejednanej śmiertelnej konfrontacji. Czeski myśliciel żywi głębokie przekonanie, że to, co rozgrywa się między autorem Tako rzecze Zaratustra a religią Chrystusową, to klasyczny przykład Hassliebe – miłości sprzężonej z nienawiścią. W takiej sytuacji nienawidzi się tego, co się kocha, dlatego że się to kocha. Równocześnie kocha się tylko to, co się nienawidzi, i właśnie dlatego, że się nienawidzi. Halík, analizując w tym kontekście mit o Narcyzie, staje się świadomy, że „przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz samolubstwo. Przeciwieństwem wiary nie jest ateizm, lecz samoubóstwienie”[ii]. Poszukując wolności, Halík stąpa ostrożnie brzegiem jeziora, w którym utopił się Narcyz. Filozoficzna przyjaźń z Nietzschem niejednokrotnie ratuje czeskiego myśliciela przed samoubóstwieniem, prawdziwym grzechem śmiertelnym. To dlatego Zaratustra, porte-parole niemieckiego filozofa, może być preceptorem chrześcijańskiej wolności.
Wraz z przywołaniem greckiego mitu o Narcyzie rozplątywanie intelektualnych korzeni Tomáša Halíka dociera do kwestii psychoanalizy i praktyki psychologa. Gorycz lat 70. i 80. polegała na tym, że chrześcijański neofita spędzający bezsenne noce nad dziełami klasyków teologii i mistyki ze względów politycznych nie mógł opublikować na ich temat ani linijki. Halík sublimował to na polu psychologii i psychiatrii. Popychała go do tego nie tylko ambicja naukowa, ale także prozaiczna potrzeba znalezienia środków do życia. Potajemnie wyświęcony w 1978 r. kapłan, odprawiający Eucharystię i spowiadający z narażeniem wolności osobistej, a może i zdrowia lub życia, nie mógł utrzymywać się z tacy czy z rozleniwiającej biskupiej synekury. To cenna lekcja chrześcijańskiej wolności, którą Halík przeniósł przez próg upadku komunizmu w 1989 r. w nową rzeczywistość społeczną czeskiego Kościoła. Przed aksamitną rewolucją Halík zajmował się zawodowo prowadzeniem psychoterapii, pracą z alkoholikami i ludźmi cierpiącymi z powodu rozmaitych uzależnień. Szczególną psychoanalityczną wrażliwość, którą oferują Freud i Jung, Halík traktował bardzo poważnie. Podobnie jednak jak w przypadku lektury Nietzschego, nie stanowiła ona dla niego punktu dojścia, wraz z afirmowanym przez Freuda ateizmem, ale punkt wyjścia. Posługując się idiomem psychoanalizy, Halík pyta retorycznie, czy doświadczenie miłości macierzyńskiej, pięknego dzieciństwa nie jest przypadkiem „introjekcją boskości, kluczem do drzwi ze świata realnego do spraw leżących głębiej, niż docierają nasze zmysły”[iii]. Halík w imię wolności popiera w całej pełni demaskatorskie zapędy Nietzschego i Freuda. Psychoanalityczny wgląd w siebie samego nie prowadzi go jednak do ostatecznego odsłonięcia iluzoryczności prawd religii i Boga. Odsłania natomiast źródłowe pokłady dobra i nadziei, które (paradoksalnie!) przysłonięte bywają nieraz przez kulturową hałdę usypaną przez tysiące lat historii chrześcijaństwa. Nie ulega wątpliwości, że w tym punkcie Halík pozostaje pod głębokim wpływem Karla Bartha i Paula Ricoeura. Spośród wielu źródeł przywołać można chociażby błyskotliwy esej francuskiego filozofa pt. Religia, ateizm, wiara, w którym pokazuje on, iż ateizm i „mistrzowie podejrzeń” mogą ostatecznie przysłużyć się oczyszczeniu religijnej wiary.
Wymienione powyżej przykłady nie odpowiadają jednak jeszcze do końca na pytanie o to, czym miałaby być u Halíka wolność wobec samego siebie. Naturalnie, istotna jest odwaga, z jaką przeciwstawia się on opresjom politycznym, to, jaką motywację do wyboru życiowej drogi odnajduje w sobie, a nie w zewnętrznych czynnikach. Rzeczywiście, ważne są studia nad pismami Nietzschego – są one treningiem duchowej swobody, siły kreacji, życiowego rozmachu. Nieprzecenioną rolę odgrywa także krytyka religii autorstwa Nietzschego i Freuda. Równie pouczający jest bezpośredni kontakt z pacjentami, którzy o wewnętrzną wolność z wielkim trudem walczą na co dzień i którzy przychodzą do gabinetu (a czasem do konfesjonału) po pomoc. Wolność wobec siebie zbudowały w Halíku również psychoterapie, którym sam wielokrotnie się poddawał, tropiąc w sobie aroganckiego pyszałka, wyniosłego intelektualistę, aspołecznego marzyciela i rozpieszczonego jedynaka.
Kluczową komponentą wolności wobec siebie jest jednak pewna przedziwna zdolność, którą posiadł czeski myśliciel. Pozostaje ona czymś na kształt starożytnej cnoty – zespoleniem sprawności intelektu i życiowego habitusu. Choć bywa bolesna, stanowi o wyjątkowości Halíka. On sam pisze o niej w następujący sposób: „Przez całe życie miałem uczucie, jakby żyło we mnie dwóch ludzi. (…) Pan Bóg dał mi pewien ambiwalentny dar: zdolność spojrzenia na każdą rzecz zaraz od początku jakby z kilku stron, pod kilkoma kątami jednocześnie. (…) W wielu dyskusjach łapałem się na tym, że nie tylko rozumiem argumenty i stanowiska obu dyskutujących stron, ale jestem zdolny wczuć się równocześnie w obie i w zasadzie gotów obu przyznać słuszność”[iv]. Chodzi więc o wewnętrzną wolność od fanatyzmu i dogmatyzmu, od wszelkiej, wykluczającej ideologii, która niepostrzeżenie usidla człowieka podejmującego się samodzielnie myśleć. Wcale niebłahą funkcję pełni tu także specyficzne, ironiczne poczucie humoru. Co ważne, Halík nigdy nie twierdził, że opisana powyżej postawa skutkuje światopoglądową indyferencją, tanim relatywizmem i płytkim multikulturalizmem (to ostatnie określenie jest przez niego stosowane chyba trochę chaotycznie i niesprawiedliwie). W nietzscheańskim perspektywizmie, dzięki wielu oczom patrzącym równocześnie z wielu stron, podmiot choćby na chwilę nawiązuje osobistą i ścisłą relację z różnymi poglądami. Halík odczytuje tę intelektualną praktykę współrozumienia adwersarza jako życiowe wyzwanie niepozbawione także elementu cierpienia. Pisze o nim: „być ukrzyżowanym, być rozpiętym między biegunami paradoksu, być nieustannie sam dla siebie pytaniem”[v]. Zdaniem Halíka tylko taka postawa życiowa pozwala jego drodze skrzyżować się ze ścieżkami Stwórcy. Bóg jest przecież wolny zarówno od religijnych iluzji, które demaskują Nietzsche i Freud, jak i od niezbędnych ludziom teologicznych, wykluczających petryfikacji. Bóg jest w pełni wolny. Halík też chce być wolny.
Wobec BogaW ten oto sposób natrafiamy na kolejne kłębowisko myśli i uczuć, które w biografii Halíka próbuję oddać hasłem wolności. Chce on bezwzględnie być człowiekiem wierzącym, ale chce także wobec Boga pozostać człowiekiem wolnym. Czy jednak pragnienie wolności, które uznałem przecież za życiowy kompas wiodący Halíka przez…