Subskrybuj

Jerzy Pilch (1952-2020). Czas teraźniejszy przestał istnieć

Po śmierci pisarza pozostaje świat, który stworzył. Może szczególnie wtedy gdy mówimy o pisarzu takim, jakim był Jerzy Pilch – po wielekroć powracający do tych samych doświadczeń, przenoszący je w krainę mitu.

Jak Pilch opisałby własny pogrzeb? Bo przecież najlepszy felietonista III Rzeczypospolitej z pewnością doceniłby narracyjny potencjał tej sytuacji, niepewną i nie wolną od potknięć brawurę prowadzącego ceremonię pastora, tych żałobników, którzy z trudem rozpoznawali swoje twarze, ukryte pod antywirusowymi maskami, czy koszulkę Cracovii ułożoną na marmurowej urnie z prochami. A wreszcie i fakt, że gwizdek Najwyższego Sędziego zakończył życiowy mecz nie w Wiśle, Krakowie czy Warszawie, nie w chłodnym rodzinnym domu zaludnionym duchami, nie w redakcji „Tygodnika Powszechnego” i nie w drobnym kwartale stolicy, z antykwariatem przy Hożej oraz kawiarnią podającą poczwórne espresso, ale w tak bardzo niespodziewanych Kielcach, do których autor Miasta utrapienia może ledwo co zdążył się przyzwyczaić.

Czy byłby do bólu sarkastyczny, czy raczej – tak sądzę – najpierw wprawiłby nas w konwulsyjny rechot, by później, zmierzając do ostatniej kropki, wstrząsnąć naszymi sercami?

Oddał wzruszenie, jakie czuliśmy, gdy słowa psalmu mówiące o stopach pobożnego, stopach opartych mocno na ścieżce Pana, splotły się z opowieścią o pisarzu o chorym na parkinsona, który po miesiącach rekonwalescencji mógł w marcu wstać z inwalidzkiego wózka. I przyjąć niespodziewaną, przedwczesną śmierć – na stojąco.

*

Pozwalam sobie na takie pytanie, bo piszę o kimś mi bliskim. Nie miałbym prawa nazwać się jego przyjacielem, przemycić do grona tych, którzy zwracali się doń per „Pilchu”, jak weterani – Marian Stala, Bronisław Maj, Zbigniew Mentzel czy Tomasz Fiałkowski – lub ci z nieco mniejszym stażem – Jerzy Baczyński lub Krzysztof Varga. Był przecież Pilch dla mnie „Jerzym”, z czasem również – „Jurkiem”, najpierw podziwianym w „Tygodniku” przy krakowskiej Wiślnej, gdzie królował, zniewalał inteligencją, dosadnym językiem i poczuciem humoru, trudną do pochwycenia jakością i intensywnością swej osoby. Później, po paru obrotach życiowej sceny, odwiedzanym w Warszawie, w hotelu Polonia, do którego lubił zapraszać – może nie bez satysfakcji z osiągniętego statusu gwiazdy, jak plotkowano: za kolejne książki inkasującej niebotyczne zaliczki. I w dziupli przy Hożej, której ciemna boazeria kojarzyła mi się z plebanią, choć niezliczone ilości piór, długopisów i ołówków, zapasy „kosztownych notesów w linie” jednoznacznie przypominały, że znajdujemy się w gabinecie pisarza.

Pamiętam, jak kiedyś, gdy był już chory, znajoma poprosiła mnie, bym przywiózł od Jerzego dedykację. Wpisywał ją długie minuty, walcząc z coraz większym dygotem dłoni, chciałem mu wyrwać książkę, przeprosić za prośbę. Gdy jednak dobrnął do końca, zebrał się w sobie i całkiem raźno dopisał numer swojej komórki: oczywiście SMS został następnie wysłany… I pamiętam też, jak innym razem zastanawialiśmy się nad kupieniem mu specjalnej komputerowej klawiatury, w której wielkie klawisze mogłyby trafiać jego palce. „Póty życia, póki pisania” – mówił. Pozostawał zresztą jeszcze jeden człon tej maksymy, który Pilch określał nad wyraz bezpretensjonalnie, a który ja nazwę tutaj nigdy niegasnącym miłosnym zachwyceniem.

*

Był Jerzy Pilch felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki”, „Dziennika” czy „Przekroju” – najczęściej porywająco błyskotliwy, nieraz morderczy, chętnie dziś wspominany, widać, że jego frazy i riposty zapadły czytelnikom w pamięć. Budzą chichot, a może nadal ulgę: że wtedy, przed laty, to nie ja stałem się ofiarą Pilchowego szyderstwa. Dodajmy, by nie było tu wątpliwości: felietonista mądry, może nie zawsze w pełni sprawiedliwy czy wyważony, ale formułujący myśli na poziomie wykraczającym poza jakąkolwiek „żurnalistykę”

###banner###

Był Pilch aktor – a w dużej części i świadomy autor własnych losów – biografii, która została już nie raz opowiedziana, także przez niego samego, ale która będzie dalej przykuwać uwagę. Bo choć nie wykracza ona poza polski skrawek globu, nie jest – jak choćby niedościgła biografia Czesława Miłosza – zapisem XX-­wiecznego doświadczenia, to może poszczycić się bohaterem pełnokrwistym, zdolnym i do troski, współczucia, i do bezwzględnej walki o samego siebie. Opowiadać ją będą ci, którzy go kochali, kobiety i mężczyźni, których uwodził skalą talentu. Ale też ci, których porzucał, szukając – jak sam mówił – lepszych podań, muraw, na jakich mógł popisać się dryblingiem przed większą publicznością. Te kobiety, które zachowały dlań czułość, i te, które ścigał jedynie przez chwilę, kierowany niedającym się okiełznać pożądaniem, niczym bohater Miłoszowego właśnie wiersza Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky…, człowiek, który ostatecznie godzi się z sobą, usprawiedliwiając: „Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu”. Myślę zresztą, że Pilch zmieniłby proporcje tej definicji. I jest wreszcie w tej kameralnej biografii moment zwrotny, wzięty wprost z tragedii. Bo oto bohater wspinający się coraz wyżej, pisarz wybitny, a zarazem poczytny, po którego autograf trzeba było na targach książki czekać w długiej kolejce, człowiek sukcesu, uczestnik kolejnych romansów, podglądanych przez tabloidy, a i przez niego samego nieukrywanych. Mężczyzna w sile wieku, obdarowany, o którego nagle upomnieli się, jeśli nie zazdrośni bogowie, to w każdym razie sęp nieszczęścia, choroba, której nigdy w pełni nie udało się pokonać, która przeorała go, zmieniła fizycznie, zaciążyła nad jego duszą. Dla mnie jednak najważniejszy był Jerzy Pilch – prozaik. Czytany systematycznie, z nieodmienną…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ostatni tacy papieże