Subskrybuj
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Hans Blumenberg, niewidzialny filozof

Sto lat temu urodził się Hans Blumenberg – jeden z najciekawszych myślicieli powojennych Niemiec. Jego twórczość jest wciąż mniej znana niż prace Heideggera czy Habermasa, ale zarówno na świecie, jak w i Polsce spotyka się z rosnącym zainteresowaniem.

„Niewidzialny filozof” (Der unsichtbare Philosoph) – taki tytuł nosi film dokumentalny z 2018 r. poświęcony Hansowi Blumenbergowi (1920–1996). Blumenberg był niewidzialny, ponieważ nie udzielał wywiadów, nie występował w telewizyjnych talk-shows, a przez długi czas znane były tylko dwa jego oficjalne zdjęcia. Do tego obrazu przyczyniły się też ostatnie lata życia filozofa: będąc na emeryturze, unikał występów publicznych – odrzucił choćby zaproszenie do Yale – a zamiast tego pracował, dyktując kolejne prace. Filozof-eremita, niepasujący do czasów, gdy „widzialność” w mediach i na międzynarodowych konferencjach służy wysokiej cytowalności, a w konsekwencji – akademickiej karierze. Ktoś, kto przyjął za swoją epikurejską zasadę: Bene vixit, qui bene latuit (dobrze żył, kto się dobrze krył).

Ten ujmujący (dla niektórych) obraz to jednak tylko część prawdy o Blumenbergu. Jego asystent Ferdinand Fellmann niuansuje go: choć Blumenberg sprzeciwiał się rzeczywiście podłączaniu filozofii do rydwanu ducha czasu i czynieniu z niej medialnego komentarza do bieżących zdarzeń, to ograniczył swoje życie towarzyskie dopiero na emeryturze. Wspominając lata 60., Fellmann pisze: „fascynował nas [asystentów] jego nieakademicki sposób bycia, który w owym czasie nie był w żadnym razie czymś zwyczajnym. Nikt nie musiał mówić do niego »panie profesorze«, a mimo to postrzegany był jako autorytet. Także w tematach, które omawialiśmy, w chmurze dymu z mocnych papierosów i nieco rozgrzani likierem, poruszał się swobodnie. Blumenberg był prawdziwym maniakiem techniki, »auta« były jego ulubionym tematem rozmowy. Gdy my, asystenci, jeździliśmy już nowoczesnymi samochodami, on wolał wciąż toczyć się swoją starą dekawką. Tłumaczył autoironicznie, iż auto dwusuwowe to właściwy środek lokomocji dla filozofa, ponieważ często jeździ się w nim na jałowym biegu”.

Tylko na „jałowym biegu”, a nie w pędzie wprost do celu, mogą pojawić się w końcu ciekawe myśli.

Korygując nieco mit samotnika, trzeba dodać, że Blumenberg przez lata uczestniczył w konferencjach naukowych, prowadził popularne piątkowe wykłady w Münster, na których gromadzili się licznie zainteresowani słuchacze oraz pisał felietony do „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, jednego z największych niemieckich dzienników, a także do szwajcarskiego „Neue Zürcher Zeitung”. Nie zawsze więc stronił od towarzystwa bądź publiki.

*

A jednak kuszące jest, by myśleć o Blumenbergu jako autorze skłonnym do swoistego ukrywania się: jednym z przewodnich wątków jego filozofowania jest wszak myśl, iż „absolutyzm rzeczywistości” i „naga prawda” nie są czymś, co człowiek łatwo może znieść. Potrzebuje on zawsze swojej „jaskini”, ochronnej skorupy języka, metafor, mitów, które pozwolą mu zająć wobec rzeczywistości wygodniejszą pozycję, zdobyć narzędzia pozwalające ją oswoić.

Ukrywać się musiał jak najbardziej dosłownie w swoich latach młodzieńczych. Ze względu na żydowskie pochodzenie matki, jesienią 1940 r. został zmuszony do przerwania podjętych już studiów teologiczno-filozoficznych w jezuickiej szkole wyższej. Został wcielony do Reichsarbeitsdienst i pracował przez jakiś czas w lubeckim koncernie produkującym sprzęt ochronny na potrzeby wojska. Na początku 1945 r. jak wielu „pół-Żydów” trafił do obozu koncentracyjnego Zerbst. Szczęśliwie opuścił go jednak po kilku tygodniach dzięki wstawiennictwu szefa koncernu, w którym pracował. Resztę wojny spędził w ukryciu u rodziny swojej przyszłej żony Ursuli.

Po wojnie dokończył studia, kształcąc się na kilku kierunkach: filozofii, germanistyce i filologii klasycznej; szybko zdobył doktorat i habilitację. Wiódł życie akademickie; pracował w Hamburgu, Giessen, Bochum, a od 1970 r. do emerytury w 1985 r. w Münster. I pisał. Za życia wydał kilkanaście książek, ale zostawił także potężną spuściznę, Nachlass, z którego wyczarowano kolejnych 20 tytułów. Blumenberg swoje największe książki dyktował, korzystając tylko z bloczków z cytatami, wypisami z lektur; w najbardziej produktywnym czasie potrafił dyktować nawet oszałamiającą liczbę 20 stron dziennie.

*

Jak ulokować Blumenberga na akademicko-politycznej mapie powojennych Niemiec? Mimo iż był ofiarą represji w czasach nazistowskich, nie oceniał dorobku myślicieli podług ich postawy za rządów NSDAP. Potrafił współpracować z antropologiem filozoficznym Erichem Rothackerem, wieloletnim członkiem partii nazistowskiej, czy korespondować (i polemizować) w sprawie teologii politycznej z Carlem Schmittem, „koronnym prawnikiem III Rzeszy”. Być może zresztą trudno było postępować inaczej, gdy wielu starszych kolegów miało za sobą jakiś okres pracy i dostosowania do nazistowskiego reżimu.

Krytycznie odnosił się do Martina Heideggera – nazywając go w późnych latach „wcieleniem małego człowieka”. Rozstrzygające były jednak chyba względy filozoficzne, zwłaszcza że kwestię charakteru nazistowskich i antysemickich wątków u Heideggera ostatecznie rozstrzygnęły dopiero Czarne zeszyty, prywatne zapiski opublikowane kilka lat temu, już po śmierci Blumenberga. Filozof w pierwszej kolejności odrzucał quasi-mistyczną aurę pism Heideggera. W jednym ze swoich krótkich tekstów ironicznie określił kluczowe dla Heideggera „bycie” mianem „MacGuffina”. To pojęcie Alfreda Hitchcocka oznacza przedmiot napędzający akcję filmu kryminalnego – skradzioną statuetkę, którą trzeba odzyskać, tajne plany zniszczenia świata etc. W sumie nieważne, czym MacGuffin jest, ważne, że akcja biegnie naprzód. Podobnie Heideggerowskie „bycie” według Blumenberga buduje filozoficzny suspens, ale kryje się za nim tylko pustka.

Niechętny wobec wiązania filozofii z polityką Blumenberg był też sceptyczny wobec myślicieli teorii krytycznej. Fellmann zdradza, iż autor Pracy nad mitem nie bez złośliwości porównywał Jürgena Habermasa do Rudolfa Euckena – filozofa z początku XX w., który dostał Nobla, a dziś jest kompletnie zapomniany. Osąd to pewnie niesprawiedliwy, ale wynikał z obaw o nadmierne polityczne zaangażowanie filozofii po rewolcie studenckiej 1968 r. Według Fellmanna Habermasa od Blumenberga różniła jeszcze jedna sprawa: o ile ten pierwszy zabiegał o uniwersytecie katedry dla swoich uczniów, a ci z wdzięczności cytowali jego prace w swoich tekstach, o tyle ten drugi nigdy tego nie robił: zakazywał wręcz przywoływania swoich książek, zachęcając swoich uczniów do samodzielności. Czy to jeszcze jeden sposób na ukrycie się?

Gdyby szukać jakiejś dyskretnej filozofii politycznej Blumenberga, to bliski byłby mu chyba zachodnioniemiecki powojenny parlamentaryzm, oparty na podziale władz (nie bez powodu Blumenberg sympatyzował też z politeizmem, który dzieli władzę między wielu bogów, dając jednostce przestrzeń wolności), debacie, może nawet pewnym – by użyć popularnego w Polsce terminu – zbawiennym politycznym imposybilizmie.

„Polityka jest tym lepsza, im bardziej może ograniczyć się do »samych słów«” – zapisuje Blumenberg w tekście O aktualności retoryki w wymiarze antropologicznym (1971). Może to być zarówno aluzja do czasów nazizmu, gdy polityka przeszła od słów do czynów, jak i przestroga przed realizacją nuklearnych szantaży epoki zimnej wojny. Ten dość ogólny obraz sympatyka demokracji parlamentarnej epoki Adenauera może zostać jeszcze doprecyzowany – ze spuścizny filozofa, opublikowano już m.in. esej Präfiguration, w którym pisze krytycznie o mitach politycznych, w tym o mitologii hitlerowskiej. Być może czekają nas w tym zakresie nowe odkrycia. Ideowych sojuszników Blumenberga szukać należy jednak nie wśród myślicieli politycznych, ale historyków, literaturoznawców i filozofów skupionych wokół grupy roboczej „Poetik und Hermeneutik” takich jak Odo Marquard, Hans Robert Jauss, Wolfgang Iser czy Reinhart Koselleck. Środowisko to, którego Blumenberg był wiodącym członkiem, aktywnie biorąc udział w spotkaniach w latach 1963–1974, wciąż chyba niedoceniane jest w swoim oddziaływaniu na życie intelektualne Republiki Federalnej (i nie tylko). To w tym kręgu zrodziły się bądź rozwinęły propozycje badawcze takie jak literaturoznawcza historia recepcji (Jauss) czy semantyka historyczna (Koselleck), które od kilku dekad inspirują badaczy w zakresie nauk humanistycznych. Jego uczestnicy wspominają, że postacią wygłaszającą programowe wystąpienia był jednak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Duchowość 2.0