Mira Marcinów w miesięczniku odpowiada na pytania z krótkiego kwestionariusza:
Czego szukasz w literaturze?
Tego samego, czego szukam w tańcu. Kiedy tańczę, chcę transu, ekscytacji, szczerych odczuć, czasem bólu, czasem przyjemności i najlepiej, żeby mnie jeszcze olśniło.
W jaki sposób pracujesz?
Piszę z dziećmi, przy dzieciach, na dzieciach, podczas karmienia, w fazie REM i w trybie samolotowym. Piszę wyłącznie na telefonie. Nie piszę dużo. Żadnej habilitacji tak nie napisałam. Tylko krótkie książki, małe formy, artykuły na 5 tys. znaków. Piszę i mam świat poza dziećmi. Bo mam, parafrazując wiadomą, swój „własny telefon”. Od kiedy tak pracuję, zmienił się mój styl. Mówię krócej, piszę krócej. W ten sposób zwalczyłam swoje barokowe skłonności. Gdy tekst jest prawie gotowy, przesyłam go na laptopa. I czyszczę, kasuję, bardzo dużo kasuję. Potem drukuję. Tnę. Wycinam. Przestawiam. W tym czasie dzieci robią podobne rzeczy: kolorowanki, wycinanki. To taka moja mechanika pisania. Fizjologia pisania to całkiem inny temat.
Co najchętniej czytasz?To, co aktualnie mnie dotyczy lub dotyka. Jestem czytelniczką tematyczną. Żarłoczną i obsesyjną. Gdy urodziłam pierwsze dziecko, czytałam niemal wyłącznie książki o tematyce macierzyńskiej. Przede wszystkim prozę. Czytam trochę tak, jakbym przygotowywała rozprawę na niemożliwy temat, typu: „Macierzyństwo od starożytności do współczesności”. Czasem z tego bzika wyrwie mnie jakiś autor, częściej autorka, i wtedy czytam tropem autorskim. Ze współczesnych, „modnych” pisarzy pochłaniam: Elenę Ferrante oraz Michela Houellebecqa. A z polskich książek zwykle już w dniu premiery kupuję to, co wydadzą Dorota Masłowska…