Subskrybuj
Z wykształcenia ukrainistka i polonistka. Redaktorka, autorka, tłumaczka. Promotorka kultury ukraińskiej. W „Gazecie Wyborczej” producentka i wydawczyni podcastów

Mówić, nie przemawiać

Z jednej strony „artystka‑waginistka”, której projekty dotyczące seksualności i ciała prowokują, rzeźbiarka, kuratorka kojarzona ze środowiskiem feministycznym, z drugiej zaś – Iwona Demko to doktora habilitowana, nauczycielka akademicka, badaczka historii pierwszych studentek krakowskiej ASP, a ostatnio kandydatka na stanowisko rektory.

Wciąż z trudem przyjmuję informację, że w 200‑letniej historii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie byłaś pierwszą kobietą kandydującą na najwyższe stanowisko.

Rozumiem, że trudno w to uwierzyć. Trzeba jednak pamiętać, że kobiety na ASP są obecne dopiero od stu lat. Albo aż stu! Mimo że od kilku lat na ASP studiuje więcej kobiet (obecnie 77,7%) niż mężczyzn, to w kadrach pedagogicznych ciągle kobiety są w mniejszości.

Według raportu Marne szanse na awanse Fundacji Katarzyny Kozyry większa dysproporcja płci między studentami a nauczycielami występuje jedynie na uczelniach teologicznych.

Jeśli chodzi o moje kandydowanie, muszę od razu zrobić pewne zastrzeżenie. Wśród ogłoszonych przez uczelnianą komisję wyborczą osób kandydujących znalazły się dwie kobiety: ja i prof. Beata Gibała-Kapecka. Mój udział był możliwy dzięki Ustawie 2.0, która dopuściła dodatkową możliwość zgłaszania się kandydatów. Do tej pory odbywało się to wyłącznie poprzez senat – każdy senator i senatorka mogli zgłosić swoją propozycję. Po wejściu w życie Ustawy 2.0 i powołaniu nowego organu w postaci rady uczelni, dodatkowo każda osoba posiadająca co najmniej tytuł doktora mogła samodzielnie zgłosić się przez radę uczelni. Wykorzystałam tę możliwość. Stało się to tuż przed pandemią. Na propozycje senatu trzeba było poczekać dłużej, dlatego kandydatura prof. Kapeckiej pojawiła się później. W ogólnym rozrachunku więc jako kobiety byłyśmy dwie.

Dwie kandydatki na najwyższe stanowisko akademickie na stulecie to też, mówiąc bardzo oględnie, zastanawiająca średnia.

Tak, to skromny wynik. Pierwszą kobietą, która objęła tę funkcję na polskiej ASP, była prof. Ludmiła Ostrogórska – funkcję pełniła od 2008 r. przez dwie kadencje na gdańskiej akademii.

Upatruję w naszym kandydowaniu pozytywnej wartości bez względu na wynik (ostatecznie wybory wygrał prof. Andrzej Bednarczyk). Kiedyś trzeba zacząć zmianę przyzwyczajeń, a po reakcjach na uczelni widziałam, że moje zgłoszenie było zaskoczeniem. Mam również nadzieję, że przełamało pewien utarty sposób myślenia. Na tym zależało mi najbardziej.

Mam rozumieć, że chciałaś jedynie zainicjować zmiany, a nie zależało Ci na wygranej?

Nie, to nie tak. Chciałam wygrać, ale od początku zdawałam sobie sprawę, że są nikłe szanse, by mi się udało. Znam realia akademii i wiem, jak jestem postrzegana. Na moją niekorzyść przemawia wiele faktów. Pracuję na ASP dopiero 12 lat. Siedem lat po dyplomie wygrałam konkurs na asystentkę. Nie zaznaczałam swojej obecności w strukturach akademickich długo w porównaniu z innymi. Pozostali kandydaci i kandydatka tworzyli i umacniali je wiele lat. Przez pierwsze lata mojej pracy jako samodzielna matka (bez wsparcia finansowego) nie mogłam w pełni oddać się pracy na akademii. Pewnym problemem jest również rodzaj sztuki, którą uprawiam – nie jest akademicka i często wzbudza kontrowersje. Do tego dochodzi zdeklarowana postawa feministyczna, która ciągle jest odbierana negatywnie (mimo wielu zmian). Osoby, które mnie nie znają, bazują na swoim wyobrażeniu często nieprzystającym do rzeczywistości.

Czy przerwa w byciu częścią struktury akademickiej wpłynęła na Twój program wyborczy?

Siedmioletnia nieobecność na uczelni pozwoliła mi przyjrzeć się ASP z zewnątrz. Zmiany, które dokonują się wewnątrz, są bardzo słabo widoczne. Kiedy pisałam swój program wyborczy, myślałam o tym, by pokazać, że na ASP podejmowanych jest wiele ciekawych inicjatyw. Chciałam otworzyć tę strukturę, nawiązując współpracę z instytucjami kultury, przedsiębiorstwami – z otoczeniem. Oczywiście nie zapomniałam w programie również o problemach lokalowych czy bliskich mojemu sercu sprawach studenckich.

Przyjęłam odmienną strategię działania w czasie kampanii wyborczej – nieco utopijną i nieprzystającą do realiów panujących w polityce. Przede wszystkim nikogo nie namawiałam, żeby na mnie głosował, niczego nie proponowałam w zamian za głos. Chciałam, aby każdy, kto odda swój głos, zrobił to z nieprzymuszonej woli, biorąc pod uwagę to, co zrobiłam. Brzmi to naiwnie, kiedy wiemy, w jaki sposób zdobywa się dziś elektorat, ale to była moja świadoma decyzja. Pisząc program, myślałam o tym, czy jestem w stanie go rzeczywiście zrealizować (to było dla mnie bardzo istotne). Nie chciałam obiecywać wszystkiego wszystkim. W czasie debaty zależało mi też, aby mówić językiem przystępnym i naturalnym, pozbawionym akademickiego zacięcia. Chciałam mówić, nie przemawiać. Wystąpiłam w moim „mundurku”, czyli na różowo. Zależało mi, żeby zrobić wszystko na swoich zasadach, które uważałam za słuszne, a jednocześ nie postrzegano je za odmienne. Moja nieprzystawalność widoczna była w czasie wspólnej debaty.

Kiedy poznawałam Twoje prace, kojarzyłam je ze śmiałymi deklaracjami artystycznymi (np. projekt anioły.net o prostytucji i o pracowniczkach seksualnych, Kaplicę waginy poświęciłaś z kolei kultowi kobiecych narządów płciowych) oraz z działalnością aktywistyczną i kuratorską (chociażby krakowskie wystawy Ciałaczki, Decydentki czy Krzątaczki, które postrzegam jako projekty o sile i różnorodności kobiet). Dopiero później dowiedziałam się, że jesteś nauczycielką akademicką. Domyślam się, że w strukturach uczelni Twoje projekty mogą spotykać się z niechęcią, że mogą być uważane za prowokacyjne.

Cóż, miałam problemy przy zdobywaniu każdego stopnia – zawsze były kontrowersje. Przy doktoracie miałam świadomość, że wszystkie elementy mojej pracy są dla niektórych trudne do przyjęcia: od tematu przez realizację artystyczną po pracę pisemną. Przy habilitacji, którą stanowił projekt anioły.net, naiwnie myślałam, że będzie inaczej, że już się wszyscy przyzwyczaili do mojej nieprzystawalności. Dla mnie w tym projekcie kluczowy okazał się proces, nie wystawa. Postawiłam na sztukę partycypacyjną, na współdziałanie, a taki model pracy artystycznej nie był wtedy znany i zrozumiały na moim wydziale. W dodatku ja, nauczycielka akademicka, współpracowałam z kobietami mającymi doświadczenie w prostytucji. Wiele osób uważało to za niewłaściwe. Trudno jest podzielić „własną” radę wydziału przy przyznawaniu stopnia, w moim przypadku było tak za każdym razem. Cieszyłam się, kiedy w głosowaniu przechodziłam jednym głosem. Moje prace często wzbudzają duże dyskusje, są niewygodne. Być może to pomaga, kiedy jest się artystką niewplątaną w strukturę uczelni. Jednak sytuacja się zmienia, kiedy pracujesz w akademii.

W tym, co robię, zawsze idę za głosem serca, nie robię niczego z wyrachowania, nawet wtedy, kiedy wiem, że mogą się z tym wiązać problemy. Jestem idealistką, mam naturę misjonarki. Chcę zbawiać świat.

Nie wystarcza mi samo dekorowanie świata (chociaż szanuję takie działania artystyczne). Reprezentując taką postawę, nie jest łatwo funkcjonować na akademii i zdobywać kolejne stopnie czy stanowiska.

Kilka dni po I turze wyborów ukazał się na konserwatywnym portalu artykuł „Waginistka”, „doktora habilitowana” – o mały włos nie została rektorem krakowskiej ASP, napisany w stylu dziennikarskiej sensacji. Przez kolejne dni na moim Facebooku i Instagramie pojawiały się komentarze pełne nienawiści i obraźliwych tekstów oceniające mnie i moje prace artystyczne. Poniekąd się przyzwyczaiłam – jestem idealną bohaterką sensacji dla konserwatystów od wielu lat. Jednak nie przestaje mnie zadziwiać, jak ludzie, którym wiara nakazuje „kochać bliźniego jak siebie samego”, potrafią traktować kogoś, kogo nawet nie znają. To dowód na to, w jaki sposób myślimy; jeśli ktoś zajmuje się seksualnością, wyklucza go to z pretendowania do odpowiedzialnego stanowiska.

I jeszcze ten róż! To Twój flagowy kolor: zawsze jesteś ubrana na różowo, w Twoich projektach go widać, masz nawet samochód w tym kolorze! Skąd to uwielbienie?Przez 27 lat nienawidziłam tego koloru, uważałam, że jest infantylny, żenujący, kiczowaty. Sytuacja zmieniła się, kiedy robiłam pracę dyplomową. Wszystkie dyplomy były poważne: białe lub czarne, a mi zależało na czymś innym. Robiłam wtedy dużą, obłą, abstrakcyjną rzeźbę i chciałam, aby kojarzyła się z ciałem. Różowy nadawał się najlepiej. Ogromnym odkryciem po latach było dla mnie to, że powtórzyłam gest Marii Pinińskiej-Bereś, z którą, jak się okazało, łączyło mnie dużo więcej. Słowa Pinińskiej, która także zajmowała się rzeźbą, były bliźniaczo podobne do moich, np. w jednym ze swoich tekstów pisała: „W 1965 roku, gdy zrywałam z rzeźbą warsztatową, intuicyjnie szukałam jakiegoś medium bliskiego aktywności kobiet. (…) Pragnęłam rzeźbę wykonywać bezpośrednio, bez procesów technologicznych. Kreować rzeźbę środkami prostymi, dostępnymi, niedrogimi. Zaważył jeszcze jeden postulat, abym moje rzeźby mogła sama nosić, bez pomocy męskich bicepsów”. To były dokładnie moje odczucia! Tak jak na Pinińską róż się na mnie w pewnym momencie „wylał”. Po kilku latach stosowania go w pracach artystycznych okazało się, że dotychczasowe wypieranie różu miało u mnie związek z wypieraniem tego, co kobiece. Nie chciałam się przyznać, że mam coś wspólnego z kobiecością. A kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam używać różu celowo, by w ten sposób ze słabości uczynić siłę. Potem z prac artystycznych róż stopniowo przelał się również na mój wygląd. Zaczął zagarniać nie tylko moją twórczość artystyczną,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przystanek: miasto