Subskrybuj
Redaktorka miesięcznika „Znak”, recenzentka, absolwentka krytyki literackiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Modlitwa o dobrą starość. O pani Józefie Hennelowej

Dzieliło nas 68 lat. Co miesiąc albo nawet kilka razy w miesiącu spotykałyśmy się w jej mieszkaniu. Pani Józefa ze względu na słaby wzrok nie była już w stanie pisać i czytać. Dyktowała więc kolejne felietony dla miesięcznika, zawsze ważąc słowa i ich znaczenia, szukając dróg do wyrażenia czegoś prościej, zastanawiając się, czy tekst kogoś nie zrani, nie dotknie zbyt mocno.

Zdarzały się jej chwile zwątpienia, zapytywała nieraz, czy powinna nadal pisać, czy kogoś to jeszcze obchodzi. Gdy przychodzi dziś zmierzyć się z pustką po jej odejściu, mam podobne wątpliwości: kogo obchodzi moje wspomnienie? Może nie trzeba już nic dodawać: przecież wiadomo, jak mądrą, wrażliwą, uważną na drugiego człowieka i zaangażowaną w rzeczywistość osobą była. Tłumaczę sobie jednak, że może to moje światło, choć nie za mocne i nieco migotliwe, pozwoli zobaczyć jeszcze maleńki fragment jej osoby. A jeśli tak, to przecież warto, choćby z wdzięczności do niej.

Wydawać się może, że starość – zwłaszcza taka od dziewięćdziesiątki w górę – jest jedna, naznaczona ułomnością niedomagającego ciała, osłabieniem funkcji poznawczych i społecznych. Gdy pierwszy raz spojrzałam na dłonie pani Józefy Hennelowej – mocno pomarszczone, lekko sine, pełne przebarwień, z wyraźnie widocznymi żyłami, miałam wrażenie, że to właśnie symbol starości. Spoglądałam ze smutkiem, a i nieraz niepokojem, jak trzyma w nich do góry nogami kartki z napisanym tekstem, jak z wielkim trudem szuka przycisku zielonej słuchawki na telefonie. Nie chciała, żeby jej pomagać, wolała pozostać samodzielną. Z czasem chyba nauczyłam się cierpliwości i niewychodzenia przed szereg z pomocą, gdy ta nie była konieczna, bo lepiej było ją zastąpić towarzyszeniem. Zrozumiałam też, jakkolwiek banalnie to brzmi, że starość, nawet ta pojedyncza, czyli starość konkretnego człowieka, jest bardzo różna i nawet wtedy, gdy wydaje się, że osiągnęła swoją pełnię, może zacząć postępować jeszcze bardziej.

Gdy wchodziło się do gościnnego pokoju w jej mieszkaniu, na stole zawsze leżały ostatnie numery prasy: „Tygodnika Powszechnego”, „Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej”, „Polityki”, ale też „Gościa Niedzielnego” czy gazetki parafialnej. Oglądała TVN24 i słuchała Radia Maryja.

W niej te wyostrzane na co dzień w mediach podziały nieco traciły na sile, odchodziły na dalszy plan. Oczywiście wydawała ostre i krytyczne sądy o rzeczywistości, lecz zawsze kryły się za nimi wcześniejsze głębokie rozumienie i analiza sytuacji.

Gdy przychodziłam, zwykle zapytywała, czy słyszałam już o jakiejś omawianej właśnie w mediach sprawie, a ja – początkowo ze wstydem – przyznawałam się do niewiedzy. Stopniowo przyzwyczaiłam się do tego, że to pani Józefa jest zawsze na bieżąco. To ona miała już wstępnie przejrzany i podczytany jej przez kogoś „Tygodnik Powszechny”, podczas gdy ja dopiero zdążyłam go przekartkować w redakcji lub tramwaju. Gdy przynosiłam jej nowy „Znak”, prosiła, żeby opowiedzieć, o czym przygotowaliśmy Temat Miesiąca, często też przeczytać edytorial, a początkowo i dłuższe teksty. I choć czasem wydawało mi się, że zamyka oczy i odpływa w inne światy, w najmniej nieoczekiwanym momencie potrafiła zadać pytanie o niedosłyszane właśnie słowo. Podczas pracy zawsze była „tu i teraz”. Jednak nigdy nie traktowała naszych spotkań w sposób służbowy. To były wizyty przy herbacie i czekoladkach (którymi zawsze kazała mi się częstować do pary). Choć nigdy nie próbowała być za bardzo dociekliwa, z życzliwością troszczyła się o to, co się u mnie dzieje. Pytała o studia, o wyjazdy w góry, martwiła o zdrowie. Czasem wydawało mi się, że wspominam jej o czymś mimochodem, a ona po kilku dniach wracała do tego tematu najnaturalniej na świecie. Tak objawiały się jej niezwykła uważność i zatroskanie o innych. Siadałyśmy przy prostokątnej ławie: ona na regulowanym fotelu, który ułatwiał wstawanie i pozwalał w razie potrzeby rozprostować nogi czy przyjąć pozycję półleżącą, a ja na kanapie, naprzeciwko lustra, w którym odbijały się cała moja nieporadność i poczucie niedojrzałości. Dzieliło nas przecież aż 68 lat. Nie sposób było jednak myśleć o tym podczas naszych spotkań. Pani Józefa bowiem – po krótkiej rozmowie i ewentualnych lekturach – po prostu zaczynała dyktować,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny