Subskrybuj

Kryzys to nie choroba

Badania przeprowadzone przez WHO w 2010 r. w Europie wskazują, że w każdym roku ponad 38% całej populacji cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne, wliczając w to uzależnienia. Oczywiście to nie oznacza aż tak wysokiego odsetka chorób psychicznych.

Czy istnieją ludzie, którzy przez całe życie nie doświadczają kryzysów psychicznych, nie mają żadnych zaburzeń?

Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy kryzys, a jak zaburzenie psychiczne. Jeżeli za kryzys uznamy sytuacje trudne, stresowe w życiu, to oczywiście nie ma ludzi, którzy nigdy ich nie mieli. Natomiast to nie jest zaburzenie ani choroba. Są osoby, które znakomicie sobie radzą z kryzysami, co więcej: są takie, które wychodzą z nich umocnione. Wszystko zależy od zdolności adaptacyjnych, od poprzednich doświadczeń, od tego, jakich umiejętności ktoś nabył w ciągu życia.

A jak wyznaczyć granicę między kryzysem a zaburzeniem lub chorobą?

Odnośnie do zaburzeń posługujemy się systemami klasyfikacyjnymi: w Europie obowiązuje ICD­10, czyli Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób wersja 10, cały czas trwają prace nad wersją 11, natomiast w USA DSM­5, czyli klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego wersja 5. Oczywiście granice między zdrowiem a chorobą są dość płynne i zależą od bardzo wielu czynników. Generalnie choroba czy zaburzenie to stan wywołujący cierpienie człowieka lub jego otoczenia. Czasami bowiem pacjent nie jest świadomy swojej choroby lub wręcz czuje się w niej świetnie, np. w hipomanii. Robi sobie jednak dość duży bałagan w życiu. W przypadkach niektórych zaburzeń osobowości też bardziej cierpi otoczenie pacjenta niż on sam. Choroba powoduje trudności w prawidłowym funkcjonowaniu i rozwoju, realizowaniu swoich potrzeb i planów. Z jednej strony mamy kryteria diagnostyczne, pytamy o objawy, ile ich jest, od jakiego czasu występują i w jaki sposób zaburzają funkcjonowanie pacjenta, ale z drugiej strony musimy sobie zdawać sprawę z kontekstu, w jakim człowiek żyje − kulturowego, religijnego, społecznego. W niektórych kontekstach pewne zachowania uchodzą za prawidłowe lub wręcz pożądane, podczas gdy w innych są postrzegane jako co najmniej dziwaczne. Na przykład średniowieczni asceci – gdyby dziś ktoś tak się zachowywał, pewnie namawialibyśmy go co najmniej, żeby się poddał diagnozie. Natomiast w średniowieczu ich zachowania uważano za pożądane i świadczące o dążeniu do świętości. Na pewno nie traktujemy jako treści urojeniowych czegoś związanego z wierzeniami religijnymi.

Chociaż tło religijne jest chyba częste w przypadku już stwierdzonych chorób psychicznych?

Tak, ale to jest co innego. Urojenia o treści religijnej nie są izolowane, tylko wpisują się w cały obraz chorobowy – np. ktoś ma urojenia wielkościowe, że Pan Bóg do niego przemówił i powierzył mu wielką misję, ale przez to całkowicie zmienia się jego zachowanie, sposób poruszania się i mówienia, stosunek do otoczenia itd. Nie patrzymy tu na jeden objaw, lecz na cały obraz funkcjonowania człowieka. Przekonania wynikające z wiary religijnej i wpisane w dany kontekst kulturowy nie mogą być rozpatrywane w kategoriach psychopatologicznych. Na przykład chrześcijanie wierzą, że podczas mszy opłatek i wino przemieniają się ciało i krew Chrystusa, ale w społeczności, która nigdy nie zetknęła się z takimi wierzeniami, brzmiałoby to dziwacznie. W diagnostyce zaburzeń psychicznych kontekst społeczny i kulturowy musi być brany pod uwagę.

Jaki procent ludzkości cierpi z powodu zaburzeń psychicznych?

Badania przeprowadzone przez WHO w 2010 r. w Europie wskazują, że w każdym roku ponad 38% całej populacji cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne, wliczając w to uzależnienia.

Oczywiście to nie oznacza aż tak wysokiego odsetka chorób psychicznych. Mogą to być bowiem zaburzenia o charakterze psychotycznym, przy których człowiek traci kontakt z rzeczywistością, świat wyobrażeń wymyka mu się spod kontroli, ma urojenia lub halucynacje. Tak dzieje się np. w schizofrenii, która występuje u mniej więcej 1% ludzi, i to jest odsetek stały. Oprócz tego mamy jednak wiele zaburzeń o charakterze nerwicowym (jak np. zaburzenia lękowe, somatyzacyjne), uzależnienia, zaburzenia osobowości – to nie są choroby psychiczne, chociaż np. powikłaniem uzależnienia może być psychoza. Rzecz jasna, nie każdy człowiek przechodzi przez jakieś zaburzenia.

Powszechne przekonanie jest chyba takie, iż łatwiej zdiagnozować chorobę somatyczną niż psychiczną. W przypadku chorób ciała mamy jasne normy, możliwość zrobienia różnych badań itd. A w przypadku chorób psychicznych jest to chyba trudniejsze?

Czasem jest trudniej, czasem łatwiej, w medycynie somatycznej niekiedy też trudno postawić diagnozę. Psychiatria ma narzędzia i kryteria diagnostyczne. Dawno temu, kiedy będąc w liceum, zaczytywałam się w genialnym krakowskim psychiatrze Antonim Kępińskim, myślałam sobie – jakie to trudne, to są przecież tak subiektywne odczucia, trzeba wejść do duszy człowieka. Tak nie jest – badając pacjenta, rozmawiamy z nim, zbieramy wywiad, słuchamy, co mówi, jakie dolegliwości opisuje. Poznajemy historię dotychczasowych chorób, jego życia, całego kontekstu – na jakim etapie pojawiły się problemy, co się dzieje aktualnie w jego życiu prywatnym i zawodowym. To jest właśnie fascynujące, że w medycynie somatycznej ten kontekst ma o wiele mniejsze znaczenie, natomiast w psychiatrii może być kluczowy dla zrozumienia dolegliwości.

###banner###

W medycynie somatycznej opieramy się na ogół na własnych odczuciach, uznając, że powinniśmy szukać pomocy lekarza, natomiast w psychiatrii czasami oceny osób z naszego otoczenia są równie istotne. Bywa, że to bliscy mają rację, a chory nie chce tego przyznać lub nie zdaje sobie z tego sprawy.

Psychiatra z jednej strony zbiera wywiad, a z drugiej – trochę jak chirurg, który musi dotknąć np. brzucha pacjenta, mimo że ten opisał, jak i gdzie go boli − oprócz tego, że słucha, co pacjent mówi, słucha, jak to mówi. Obserwuje go już od momentu wejścia do gabinetu – jak jest ubrany, jak się porusza, jaką ma mimikę, czy odpowiada na pytania, czy mówi logicznie czy chaotycznie.

Można spostrzec bardzo wiele, nawet jeśli pacjent nie chce odpowiadać na pytania. Możemy zobaczyć, czy jest smutny, wystraszony, czy siedzi spokojnie, czy jest pobudzony, niespokojny, czy chce rozmawiać, czy też jest nieufny i podejrzliwy. Na przykład w przypadku choroby dwubiegunowej widzimy pacjentkę ubraną w szare powyciągane swetry, rozczochraną i bez śladu makijażu, gdy jest w depresji, a w następnym tygodniu przychodzi jak kolorowy motyl, wesoła i skracająca dystans – możemy więc domniemywać, że przeszła w fazę maniakalną.

W badaniu pacjenta czasem to, co on mówi, jest bardzo miarodajne – np. pacjent nerwicowy będzie dość dokładnie opisywał swoje dolegliwości i wywiad właściwie wystarcza do postawienia diagnozy. A pacjent psychotyczny może w ogóle nie mieć pojęcia, po co przyszedł – bo rodzice albo żona kazali, bo przecież nie jest chory, a tylko w jego życiu dzieją się straszne rzeczy. Opierając się tylko na tym, co mówi, trudno byłoby postawić diagnozę. Wtedy korzystamy z obserwacji pacjenta, ale też, oczywiście za jego zgodą, rozmawiamy z osobami z jego otoczenia.

Część chorób psychicznych polega właśnie na tym, że bardzo trudno przekonać kogoś, że jest chory. Jak się wtedy postępuje?

To zależy od schorzenia. Pacjent w depresji będzie raczej szukać pomocy. W przypadku pacjenta psychotycznego często nie ma on wglądu w  swoją chorobę i cała sztuka polega na tym, żeby namówić go na leczenie. Na pewno nie możemy mu powiedzieć, że będziemy leczyć jego urojenia, bo z definicji urojenia nie podlegają korekcie mimo dowodów na błędność przekonań. Wtedy raczej szukamy jakiegoś wspólnego mianownika, starając się zdefiniować to, co powoduje jego cierpienie – np., jeśli jest on przekonany, że sąsiedzi go inwigilują i zamontowali w jego domu kamery i podsłuchy, to nie przekonuję go, że to nieprawda, ale staram się doprowadzić go do konstatacji, że w  związku z tym przekonaniem nie czuje się dobrze w domu, jest zestresowany. I zazwyczaj pacjent to potwierdza. Wtedy staram się go namówić na leczenie, które zmniejszy poziom jego lęku i poprawi jakość życia. Kiedy leki zaczynają działać, to możemy stopniowo wracać do kwestii tych urojeń i starać się sprawić, żeby zaczął wątpić w swoje przekonania.

Badanie Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej EZOP podaje, że ok. 1,5 mln Polaków korzysta z pomocy w zakresie zdrowia psychicznego, a powinno 6 mln. Czy uważa Pani, że te liczby obecnie wzrosły? I jak wyglądają w innych krajach?

To badanie przeprowadzone w latach 2009­2012, ale potem nie było już w Polsce podobnie rzetelnego badania epidemiologicznego. Rzeczywiście można zaobserwować rozpowszechnianie się zaburzeń psychicznych – a może raczej częstsze zgłaszanie się po pomoc. Badania WHO pokazują, że między rokiem 2005 a 2015 nastąpił wzrost rozpowszechnienia zaburzeń psychicznych o 16%.  Uważa się, że najwięcej jest zaburzeń depresyjnych, a zaraz po nich lękowych.

Mówi się nawet o epidemii depresji. Czy rzeczywiście, jak prognozuje WHO, w 2030 r. depresja będzie najczęstszą chorobą na świecie?Tak. Ale też zwiększa się świadomość w społeczeństwie. Dawniej gdy ktoś miał depresję, zalegał w łóżku, cierpiał, a potem szedł do lasu i się wieszał. Teraz szybciej zgłasza się po pomoc, która jest bardziej dostępna; coraz częstsza jest postawa, że pójście do psychiatry czy psychologa klinicznego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Gdy choruje nasza psychika