Podsumowanie debaty na temat znaczenia chłopskiego pochodzenia Polaków jest dla mnie okazją, by skonfrontować się z tezami artykułu pt. Zapomniana genealogia, który napisałam osiem lat temu do Tematu Miesiąca Wszyscy jesteśmy chłopami (nr 684). Dziś widzę, że wypowiedziałam się wtedy ze środka dominującego dyskursu szlachecko-inteligenckiego. Nawoływałam współczesną klasę średnią do uświadomienia sobie, a zarazem przepracowania chłopskich korzeni. W dużym stopniu posłużyłam się wyobrażeniami o wiejskości jako kulturowym defekcie. W takim ujęciu to mentalność chłopska stoi na drodze do pełnej modernizacji, jest odpowiedzialna za niski poziom zaufania społecznego, słabą obywatelskość, rozpasany konsumpcjonizm.
Dziś piszę ten tekst z innego miejsca. Choć wychowałam się w dużym mieście, to nie w Krakowie, gdzie mimo że spędziłam niemal połowę życia, wciąż daleko mi do poczucia swojskości. Nawet jeśli moja genealogia pozostaje w dużej części nieodkryta, to korzenie chłopskie nigdy nie były w niej tajemnicą. Bliskie mi jest wrażenie nieadekwatności i poczucie wstydu doświadczane w procesie aspirowania do elity intelektualnej. Stopniowe odnajdywanie własnego głosu nie byłoby możliwe bez dyskusji, którą otworzyliśmy kilka lat temu w „Znaku” o organizującej polską kulturę i tożsamość opozycji „pan–cham”. Tomasz Zarycki i Rafał Smoczyński w książce pt. Totem inteligencki. Arystokracja, szlachta, ziemiaństwo w polskiej przestrzeni społecznej (2017) przekonują, że za tą podstawową hierarchią, współcześnie nieprzekładającą się prosto na konkretne grupy społeczne, takie jak szlachta, chłopstwo czy mieszczaństwo, stoi nieliczna elita inteligencka. To ona, redefiniując etos szlachecki, zdemokratyzowała go i uczyniła uniwersalnym. W ten sposób upowszechnił się model obywatelstwa oparty na figurze postszlacheckiego inteligenta. To kultura szlachecka scaliła polską wspólnotę, nie mieszczańska, jak stało się na Zachodzie. Zarycki i Smoczyński interpretują upowszechnienie tego modelu jako wyraz lokalnej historii społecznej, czegoś oryginalnego, nie jako przejaw fałszywej świadomości, jak patrzy na tę kwestię lewicowa elita przywołująca pamięć o pańszczyźnie i kulturze chłopskiej.
Zarycki i Smoczyński mają rację, pokazując, jak dyskutujący o wiejskiej genealogii Polaków intelektualiści sami sięgają po wyobrażenia chłopskości, ukształtowane przez kulturę szlachecko-inteligencką, która dziś – jak rozumiem tezę autorów – jest po prostu kulturą polską. Uważam zarazem, że fakt rozpowszechnienia w naszym społeczeństwie modelu obywatelskiego opartego na tradycji szlacheckiej, nie powinien nas odwieść od kształtowania przestrzeni publicznej, gdzie mogłyby się wyrazić inne opowieści o naszej wspólnocie. Najlepiej cel proponowanych w tym artykule poszukiwań wyznaczają pytania postawione przez Przemysława Czaplińskiego w Resztkach nowoczesności. Dwóch studiach o literaturze i życiu (2011).
Czy możliwa jest polska kultura mieszcząca rozmaite style ekspresji, wyrażająca rozmaite tożsamości, a zarazem przydzielająca równe miejsca we wspólnym uniwersum symbolicznym? Kultura pomocna w osiąganiu uznania?
Pułapki rozmów o podporządkowaniu
Wiesław Myśliwski w eseju pt. Kres kultury chłopskiej (2003) zauważa, że inteligencja polska niewiele wie o chłopach i nigdy nie chciała wiedzieć więcej. Mimo to właśnie ta grupa społeczna – która, już w II Rzeczypospolitej przejęła część imaginarium oraz etosu słabnącego ziemiaństwa i arystokracji – ukształtowała nasze społeczne wyobrażenia o chłopach i mentalności wiejskiej. Piśmiennictwo dotyczące wsi, a współcześnie chłopskiej genealogii, stworzyła w większości dominująca kulturowo inteligencja. „[C]hłopów darzono albo współczuciem, albo obojętnością, albo ich się bano, albo eksploatowano, albo ich lekceważono, albo im schlebiano, nigdy ich tak naprawdę nie rozumiejąc” – twierdzi Myśliwski.
###banner###
Sięgając po kategorie teorii postkolonialnej, antropolożka Ewa Klekot wskazuje, jak brak kontaktu i porozumienia między dołem i górą hierarchii społecznej, w tym przypadku między spadkobiercami panów i chłopów, pozostaje dziedzictwem długotrwałej i silnej relacji podporządkowania. Zniewolonych przez stulecia chłopów nikt nie słuchał. Nie wypracowali zatem sposobu, dzięki któremu mogliby rozmawiać ze sprawującymi władzę nad ich losem. Okazuje się, że w sytuacji, gdy zależność zniknęła, komunikacja między tymi dwoma skrajnymi poziomami hierarchii wciąż jest niemożliwa. „Ci, którzy są spadkobiercami pozycji na dole, nie mają struktur, by komunikować się z górą – są w stanie jedynie przyjmować od niej polecenia. Nie potrafią przedstawić własnych, odmiennych od tych generowanych na górze, interpretacji rzeczywistości. Dyskurs dominujący kształtuje się bowiem na górze” – mówi Klekot w rozmowie z Jakubem Majmurkiem opublikowanej na stronach „Krytyki Politycznej” (2015). Dziś to, co znajduje się na górze hierarchii, to miasto, postrzegane jako miejsce produkcji kulturowej i obiegu intelektualnego. Według badaczki współcześni mieszczanie ponownie mają szansę zmienić wyobrażenia o wsi, również wśród jej mieszkańców, tym razem przez zbudowanie tożsamości opartej na pamięci o pańszczyźnie, niesprawiedliwości i buncie przeciwko uciskowi. Bo z miastem etnografka wiąże akcję społeczną Jestem ze wsi nakłaniającą do „chłopskiego coming outu” czy popularność chłopskich pieśni oporu zespołu R.U.T.A. Wieś wciąż milczy, twierdzi Ewa Klekot: „Dziś Jakub Szela może stać się bohaterem spektaklu w mieście, nie chłopskiej wyobraźni. Z drugiej strony folkloryzm też został wymyślony w mieście, wieś go w końcu przyjęła. Może znów tak się stanie. A może – mam nadzieję – wieś nauczy się w końcu mówić własnym głosem”. Wcześniejszy projekt emancypacji wsi, wsparty przez ludoznawców, przeobraził chłopów w lud – archaicznego, egzotycznego depozytariusza korzeni narodowych, którego duchowym i twórczym wyrazem miał być folklor. W artykule pt. Pany, folklor, lud (2016) Ewa Klekot pisała: „(…) chłop uczył się od pełnego skądinąd dobrych chęci inteligenta, co na wsi jest kulturą, a co nią nie jest, oraz w jaki sposób może wykorzystać tę kulturę ludową do własnej emancypacji”. Folklor stał się tradycją wynalezioną, która pozwalała mieszkańcom wsi wejść do nowoczesnej wspólnoty narodowej konstruowanej w ramach dyskursu szlachecko-inteligenckiego w XIX w. W tym pozornym zjednoczeniu skonfliktowanych ze sobą grup społecznych reprodukowana zostaje jednak stara relacja podporządkowania.
Przyznaję, że odsłanianie strukturalnych nierówności i symbolicznych hegemonii jest niezbędne do kształtowania się społeczeństwa, w którym pochodzenie, płeć czy religia nie ograniczałyby szans życiowych jednostek. Odnoszę jednak wrażenie, że, paradoksalnie, zbyt często dzieje się to – tak jak w przypadku rozważań Klekot – kosztem podmiotowości dyskryminowanych osób. Jawią się wtedy jako osoby nieme i bierne, niesione głównym nurtem długotrwałych procesów społecznych, zarządzanych „na górze” przez nieliczne elity. Myślę, że w ten sposób przeszacowuje się hegemonię jednego dyskursu, nie dostrzegając narracji zmarginalizowanych, ale jednak obecnych i oddziałujących na rzeczywistość społeczną.
Wieś nie przestała mówić własnym głosem, nawet gdy nie była słuchana. Zwykle ta forma wyrazu pozostawała kontestowana lub przemilczana przez elity intelektualne. Widać to na przykładzie rabacji galicyjskiej – w jej obrazowaniu dominuje groteskowe barbarzyństwo chłopów, którzy mieli zostać popchnięci przez kogoś innego do bezsensownej zbrodni.
Bądź w nieobecnych w świadomości społecznej strajkach chłopskich z okresu II RP, kiedy to tylko w sierpniu 1937 r. od policyjnych kul poniosło śmierć 44 uczestników, 5 tys. protestujących zostało aresztowanych, a 617 uwięzionych. Podobnie rzecz ma się z językiem i z dominującą w kulturze chłopskiej tradycją ustną. Myśliwski zauważa, że inteligencja jest często w języku „protezoidalna”, uzależniona od tego, jak się „wzorowo” mówi i pisze, czyniąc to kryterium wartości czyjejś twórczości intelektualnej, nieraz podmiotowości. Autor Traktatu o łuskaniu fasoli natomiast pisał: „Chłop przez wieki niewolny w jednym był zawsze wolny – w słowie. (…) Jeśli pojawił się nowy fakt, rzecz czy zjawisko, nazywał to sam z siebie, jak chciał, jak mu dyktowała własna intencja, jak ów fakt, rzeczy czy zjawisko przystawało do jego doświadczenia, jaki wywoływało w nim stan emocjonalny i w jaką wchodził z nim zależność”. Język ten wciąż pozostaje rzeczowy, zwięzły, a zarazem zmysłowy, poetycki, nieodłączny od ciała i miejsca, przez co nieraz trudny do zrozumienia komuś z zewnątrz.
Niezasłużona rewolucjaWieś zdaje się milknąć w zetknięciu z hegemonem kulturowym – z miastem. Socjolożka wsi Barbara Perepeczko wskazuje, że okres PRL-u stał się tym czasem, kiedy strach przed mieszkańcami wsi przeobraził się w niechęć wobec nich. Ludność wiejska masowo migrowała do miasta. Pojawiała się w miejscach do tej pory dla niej niedostępnych. Potomków chłopów postrzegano zatem jako beneficjentów nowego ustroju. Andrzej Leder w książce pt. Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej (2015) daje wyraz temu przekonaniu, podkreślając, jak gwałtownie została wówczas wywrócona hierarchia społeczna, czego konsekwencje do dziś odczuwamy: „Opierająca się [polska »prześniona rewolucja« – przyp. MD] na masowym awansie ludności wiejskiej, często tej najbiedniejszej, a więc mającej też dość ubogie »zasoby symboliczne«, w dużym stopniu upowszechniła ów »folwarczny« model kultury, który ludzie ci reprezentowali. Typ kultury, w którym miejsce »pana« było puste, bo…