Subskrybuj

Kołowrotek szczęścia

Gdy zbadano zwycięzców loterii i sparaliżowane ofiary wypadków samochodowych, okazało się, że już po kilku miesiącach od tych wydarzeń ich poziom zadowolenia z życia wracał niemal do poprzedniego stanu. Niezależnie od okoliczności możemy zachować równowagę ducha i przynajmniej umiarkowane poczucie szczęścia.

Czym z punktu widzenia psychologii jest szczęście?

Poczucie szczęścia jest jedną z dość powszechnie wykorzystywanych miar szerszego zjawiska, którym jest dobrostan psychiczny. Różnie się go definiuje, ale niemal we wszystkich definicjach owo poczucie szczęścia się pojawia. Oprócz tego na dobrostan składa się też zadowolenie z życia oraz bilans emocjonalny – wszystko jedno, czy dnia, czy tygodnia, a nawet całego życia – z przewagą doznań pozytywnych. Pojęcie szczęścia zdaniem niektórych obejmuje również szereg cech osobowości, np. cnoty, siłę charakteru itd. Definicje dobrostanu psychicznego są bardzo zróżnicowane, ale w sumie sprowadzają się do jednego – do pozytywnej postawy wobec własnego życia.

W psychologii, podobnie jak w filozofii, wyróżnia się hedonistyczne i eudajmonistyczne koncepcje szczęścia.

Szczęście w rozumieniu Arystotelesowskim, eudajmonistycznym, to wykorzystanie w życiu wszystkich lub większości swoich potencjałów, z którymi przychodzimy na świat, natomiast w ujęciu hedonistycznym chodzi o przewagę przyjemności nad przykrościami, kolekcjonowanie tego, co nam sprawia frajdę, radość. Różnica w obu podejściach jest istotna, jednak mają one wspólny punkt dojścia, czyli to, jak patrzymy na swoje życie i jak je oceniamy.

Eudajmoniści gotowi są nawet cierpieć za sprawę, jeśli mają szczytny cel, po to, by móc, uruchamiając swoje potencjały intelektualne, emocjonalne czy zawodowe, osiągnąć to, co sami definiują jako pełne, satysfakcjonujące życie. Hedoniści też do tego dążą, ale inną drogą, nie są gotowi się poświęcać. Oczywiście nie ma stuprocentowych eudajmonistów i hedonistów, hedoniści również mają wykraczające poza kolekcjonowanie przyjemności cele życiowe, tylko tak je wyznaczają, żeby nie wymagały szczególnego poświęcenia. A eudajmoniści też lubią zjeść dobry obiad.

Czy któraś z tych postaw jest skuteczniejsza w osiągnięciu tego, co nazywamy szczęściem? Po lekturze Pańskiej książki Psychologia szczęścia odniosłam wrażenie, że jednak optuje Pan bardziej za podejściem eudajmonistycznym.

Bo ono zakłada większą wrażliwość na to, co wykracza poza nasze indywidualne życie. Ta postawa jest z natury bardziej prospołeczna. Znowu odwołując się do Arystotelesa – chodzi o kultywowanie cnót, zwłaszcza takich jak odwaga, miłość, życzliwość wobec innych. Nie mogę jednak powiedzieć, że kategorycznie wolę eudajmonistów od hedonistów. Te różnice nie pozwalają nam stwierdzić, że jedni są lepsi, a drudzy gorsi.

A na czym polega stworzona przez Pana „cebulowa teoria szczęścia”?

Początki badań nad dobrostanem psychicznym były związanie z pomiarami o charakterze hedonistycznym − mierzono temperaturę emocji, zadowolenie z życia i poczucie szczęścia, o inne stany w zasadzie nie pytano. Dopiero gdy pojawiły się koncepcje szczęścia eudajmonistycznego – pierwszą stworzyła Carol Ryff – zaczęły się pomiary innych od hedonicznego wymiarów jakości życia, ale pozostają one w mniejszości. W dalszym ciągu przeważają bowiem badania jednowymiarowe, na skali przyjemnie–nieprzyjemnie, zadowolony–niezadowolony.

Doszedłem do wniosku, że psycholodzy wpadli w pułapkę, która nie pozwala na znalezienie odpowiedzi na wiele istotnych pytań, dlatego zaproponowałem „teorię cebulową” zakładającą istnienie kilku warstw szczęścia. To, czy uznajemy nasze życie za udane, niezależnie od tego, czy hołdujemy eudajmonizmowi, czy hedonizmowi, jest związane ze spontanicznym i automatycznym dążeniem do równowagi ducha, niezależnie od okoliczności. Ja to nazwałem „atraktorem szczęścia”, ale można mówić po prostu o woli życia. Większość ludzi w wyniku ostrej selekcji naturalnej rodzi się z całkiem silną wolą życia, choć występują tu także różnice jednostkowe. Wola życia jest stuprocentowo uwarunkowanym genetycznie, czyli wrodzonym, elementem dobrostanu. I ona jest pierwszą, najgłębszą z warstw owej cebuli.

Poza tym wszyscy kolekcjonujemy różne doświadczenia życiowe, które docierają do naszej świadomości w postaci bilansu dobrych i złych przypadków. I tym zajmowała się większość badaczy dobrostanu psychicznego. Ja nazwałem ten zbiór, środkową warstwę cebuli, „ogólnym dobrostanem subiektywnym”. O nim mówimy, gdy ktoś nas pyta albo sami zadajemy sobie pytanie, czy jesteśmy zadowoleni z życia i w jakim stopniu.

I wreszcie jest wymiar, który można nazwać potokiem bieżących doświadczeń – może nam się powodzić lub nie: finansowo, w pracy, w małżeństwie, możemy być zadowoleni lub nie z dzieci, z miejsca zamieszkania itd. Po angielsku to się nazywa domain satisfactions – zadowolenie z poszczególnych aspektów życia.

Jakie są zależności między tymi trzema warstwami szczęścia?

Część środkowa, czyli dobrostan subiektywny, jest nieustannie pod naciskiem dwóch pozostałych – wola życia przywraca nas do przyzwoicie pozytywnego poziomu („nie martw się”, „jutro będzie lepiej”), a z kolei potok codziennych doświadczeń od czasu do czasu przesuwa nas w kierunku krańca negatywnego. Na przykład, gdy już naprawdę nie wiedzie nam się w robocie, jesteśmy szykanowani przez przełożonych, nie mamy dobrych relacji z kolegami, może to zacząć rzutować na nasz ogólny stosunek do życia i doprowadzić do konkluzji, że wiedziemy marne życie – chociaż mamy dobrą żonę czy męża, i to nas ratuje, bo nie pozwala nam się całkiem ześliznąć w czarną dziurę nieszczęścia. Ale nawet jeśli na jakiś czas te bieżące doświadczenia powodują obniżenie zadowolenia z życia, wszyscy możemy jednak liczyć na to, że atraktor szczęścia prędzej czy później, a raczej prędzej, pozwoli nam się przystosować do tych warunków, przywróci nam uśmiech na twarzy i pozytywne spojrzenie w przyszłość.

###banner###

Wola życia zawsze zwycięża?

Ludzie się oczywiście różnią tym, jak wysoko na skali dobrostanu mają możliwy do osiągnięcia poziom zadowolenia. Jednak 80% ludzi na świecie, jak pokazują ankiety, lokuje się na pozytywnej stronie skali. Również badania sprawdzające, jak długo trwa negatywny okres po złych doświadczeniach, dowodzą, że człowiek bardzo szybko się adaptuje i staje na nogi nawet po tak traumatycznych doświadczeniach jak śmierć partnera lub dziecka (nawiasem mówiąc, adaptacja do wdowieństwa trwa dłużej niż do życia po utracie dziecka).

Jednak − co może wielu ludzi zmartwić − równie krótko trwa adaptacja do sytuacji pozytywnej. Na przykład jeśli chodzi o związki małżeńskie, najwyższe poczucie szczęścia ludzie osiągają tuż przed zawarciem ślubu i tuż po nim, a już po dwóch latach wraca ono do przypisanego im normalnego poziomu. W słynnych badaniach Janoff-Bulman, Coatesa i Brickmana, określających poziom zadowolenia z życia zwycięzców loterii pieniężnych i sparaliżowanych ofiar wypadków drogowych, wykazano, że po kilku miesiącach od tych wydarzeń wskaźnik ich zadowolenia z życia zbliżył się do wskaźnika osiągniętego przez osoby z grupy kontrolnej, czyli wrócił niemal do poprzedniego poziomu. Badacze nazwali to „hedonicznym kołowrotkiem”.

Są jednak takie wydarzenia, gdzie nie doświadczamy pełnej adaptacji – np. po rozwodzie nie wraca się do poprzedniego poziomu poczucia szczęścia. Nie do wszystkiego równie łatwo się adaptujemy, i to jest zagadka, przed którą stoją badacze – czy ten atraktor szczęścia przestał być wydajny, został uszkodzony przez jakieś wydarzenia? Ja bym jednak oczekiwał, że po wszystkich wydarzeniach życiowych wrócimy do równowagi.

Czyli dążymy do homeostazy i to jest optimum, skrajności są zbyt wyczerpujące. Czemu w takim razie w psychologii mówi się o szczęściu, czy nie wystarczy pojęcie zadowolenia? W potocznym rozumieniu, a także w literaturze szczęście kojarzy się z czymś wyjątkowym.

Rzeczywiście w języku polskim szczęście kojarzy się z euforią – ale raczej gdy mówimy o pełni szczęścia. Gdy zaś mówimy o szczęśliwym życiu, to chyba nie mamy przekonania, że to jest coś tak ekstra, iż niewielu ludzi jest w stanie je osiągnąć.

84% Polaków deklaruje, że są przynajmniej dosyć szczęśliwi – czyli patrzą na swoje życie w umiarkowany sposób. Tylko ok. 10% deklaruje, że są bardzo szczęśliwi.

Podobnie uważają mieszkańcy innych krajów, mówiący innymi językami i posługujący się inną definicją szczęścia. Ja nie fetyszyzuję tego terminu, staram się badać dobrostan psychiczny Polaków za pomocą wielu miar. Jedną z nich jest ocena własnego życia w siedmiopunktowej skali od „Moje życie jest wspaniałe” do „Moje życie jest okropne”. Inni badacze, żeby ominąć problem różnych konotacji związanych z danymi terminami, posługują się miarą, która nazywa się „drabiną Cantrila”, od nazwiska jej twórcy – to drabina z dziesięcioma szczeblami, najwyższy to „Najlepsze życie, jakie mogę sobie wyobrazić”, a dół to „Najgorsze życie, jakie mogę sobie wyobrazić”. I ludzie potrafią zaznaczyć ten właściwy szczebelek.

Atraktor szczęścia to czynnik, na który nie mamy zupełnie wpływu – czyli tak naprawdę niewiele możemy zmienić w sobie, do czego namawiają nas różni coache, książki i poradniki szczęśliwego życia.Różni autorzy różnie szacują siłę genetycznej determinanty naszego poczucia szczęścia. Jeden z nich, David Lykken, pisał wręcz o stuprocentowej roli genów. Potem się z tego wycofał. Większość badań genetyków behawioralnych – najczęściej są to badania na bliźniętach jedno- i dwujajowych, podzielonych jeszcze na wychowywane razem i osobno − nie pokazuje, że to jest aż tak silna determinacja. Niemniej większość prac dowodzi, że geny są najsilniejszym czynnikiem, tłumaczą od ponad 50% do 80% różnic w poczuciu szczęścia. Chodzi o same geny, a także o ich warianty, które warunkują nie tylko poczucie szczęścia, ale także silnie skorelowane z nim cechy osobowości, jak ekstrawersja czy neurotyzm. Przyjmijmy więc, że z potencjalnym dobrostanem psychicznym się rodzimy i z tym nic nie możemy zrobić. To znaczy – możemy go podnieść, ale tylko chwilowo, np. zażywając amfetaminę. Możemy go też trwale obniżyć, przez regularne nadużywanie alkoholu, narkotyków lub stosowanie nieodpowiedniej diety. Dieta i substancje psychoaktywne mają wpływ na nasz dobrostan jako drugie po genach. Dopiero na trzecim miejscu są relacje społeczne i pieniądze. W odniesieniu do tych dwóch ostatnich czynników zależność idzie w obu kierunkach – pieniądze mogą nas przybliżyć do osiągnięcia wrodzonego potencjalnego poczucia szczęścia, lecz to, w jakim stopniu się bogacimy, zależy od tego, na ile jesteśmy zadowoleni z życia. Innymi słowy – szczęśliwym więcej się w życiu udaje. Z moich badań, czyli Diagnozy społecznej prowadzonej od 2000 r. w dwuletnich odstępach czasu na tych samych gospodarstwach domowych i ich członkach, wynika, że osoby bardzo szczęśliwe mają dwadzieścia razy większe szanse na znalezienie sobie stałego partnera niż osoby niezbyt szczęśliwe. Niezbyt szczęśliwi, którzy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęście – to skomplikowane