Kiedy czytam Obroty, znowu i znowu, przypomina mi się słynne zdanie Piny Bausch: „Tańczmy, inaczej zginiemy”. Taniec, a precyzyjniej: jazda figurowa na lodzie, to metafora, na której opiera się cały ten potężny wiersz. Performance jest strategią, świadomie obieraną właśnie wtedy, kiedy wszystko się rozpada. Czy ta strategia ochroni kogokolwiek od zguby? Oczywiście, że nie, zwłaszcza że na lodzie łatwo się poślizgnąć. Lód jest kruchy, lód się topi. Ale być może tylko taki wątły oręż mamy w starciu ze śmiercią: bunt, co do którego z góry wiadomo, iż na nic się nie zda, który jednak jest jakimś sposobem zaznaczenia swojej jednostkowej obecności – odciśnięcia śladu. Bunt płynie z dumy, ze złości na własną postępującą niedołężność, z przywiązania do wolności. Wejść w śmierć na własnych warunkach – tego chciała bohaterka Obrotów. Jakby odpowiadała na wezwanie ze słynnego wiersza Dylana Tomasa: „Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy, / Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi, / Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy” (tłum. Stanisław Barańczak).
Jednak pewnego słonecznego dnia „porządna buntowniczka”, gwiazda, performerka, potyka się o czas. Łyżwa, narzędzie jej buntu, ląduje w marcowym błocie. Przedstawienie zostaje przerwane i od tej pory wszystko jest zwyczajne, jak to w śmierci. Schody, które trzeba pokonać („z góry na dół” – ostatni raz?), są przeszkodą dla ciała, które się rozpada. Dalej rentgen, szpital i „maska tlenowa na koniec karnawału” – jej ostatnie przebranie. Trudno zaakceptować banalne dekoracje umierania. A najtrudniej, kiedy umiera matka.
Tradycyjnie to matka pomaga kształtować świat wewnętrzny swojego dziecka, zwłaszcza jeśli dziecko jest córką. Jeśli to prawda, to wraz z odejściem matki ten wewnętrzny świat doznaje wstrząsu. Wymaga odbudowania – bez matki. Z nieobecnością matki. Ze śmiercią…