Subskrybuj
Redaktorka w Salam Lab, doktorantka polonistyki UJ, współpracuje ze „Znakiem”

Oświęcim to nie Auschwitz – rozmowa z Marcinem Kąckim nominowanym do Nagrody Kapuścińskiego

„Każdy cmentarz powinien mieć swoje granice, żeby można było żyć, a były momenty, że obóz był całym miastem” – to słowa Henryka Szelesta, jednego z bohaterów książki Marcina Kąckiego „Oświęcim. Czarna zima”. Życie Oświęcimia i jego mieszkańców do dziś naznaczone jest przez obóz Auschwitz-Birkenau.

Co Pan czuł, przyjeżdżając do Oświęcimia i zbierając materiały do książki?

Gdy przyjeżdżałem do Oświęcimia co jakiś czas, w zasadzie ciągle się dziwiłem. Dziwiłem i wstydziłem. Zdałem sobie sprawę, jak niewiele o tym mieście wiem. Okazało się jednak, iż bardzo szerokie grono nie ma pojęcia, czym jest Oświęcim.

Najpierw rozmawiałem z ludźmi mieszkającymi na obrzeżach miasta. W nich dostrzegłem pragnienie zwyczajnego, normalnego życia. Potem były rozmowy z mieszkańcami centrum, a później wszedłem do Muzeum. Na terenie dawnego obozu przeprowadziłem wywiady z mieszkańcami: dziećmi dawnych więźniów, dziećmi pracowników i samymi pracownikami obozu. Mieszkają oni w dwóch dwupiętrowych kamienicach z czerwonej cegły, między krematorium, szubienicą Hössa i drutami kolczastymi. Jedna z mieszkanek Muzeum mówiła mi, że niechętnie wychodzi do miasta, że Muzeum jest dla niej małą ojczyzną. Muzeum i miasto to dwa splątane przez historię światy, które trudno przenikają do teraźniejszości.

A co czuł Pan w Willi Hössa – luksusowej rezydencji komendanta obozu, graniczącej z miejscem Zagłady? Znajduje się w niej zasypany korytarz, który ponoć miał prowadzić do obozu. Postanowił Pan do niego zejść, mimo iż – jak Pan pisze – nigdy nie odważyła się na to obecna mieszkanka domu, pani Sylwia.

Pobyt w willi Hössa był skazany na metafizykę. Dla pani Sylwii to zejście było jak lęk przed duchami. Też nie czułem się tam komfortowo. Choć jestem ponad miarę racjonalny, zadziałały kody kulturowe związane bardziej z tragedią miejsca. Jeśli niesie się w głowie te setki lektur obozowych, wspomnień, obrazy pełne okrucieństwa, gdy wchodzi się „pod skórę” tych obrazów, a ktoś za plecami mówi: „ja tam nie wejdę”, to obrazy te wracają z dziecięcą infantylnością strachu, któremu niełatwo się oprzeć.

Trudno w ogóle kulturowo i emocjonalnie zakwalifikować takie miejsca. Jeśli myślimy o willi Rudolfa Hössa, widzimy dom, w którym mieszkał strażnik zła, skazujący na śmierć całe rodziny. Nie myślimy o tym, że to artefakt architektoniczny. Bohaterka z willi Hössa jest dobrym przykładem tego, na ile przestrzeń determinuje naszą tożsamość i kim można być w takim miejscu, jak Oświęcim, znając jego historię.

Zróbmy mały eksperyment: proszę sobie wyobrazić, że zawiązuję Pani oczy, wiozę autokarem z Krakowa w jakieś miejsce. Stajemy na środku pięknych bulwarów nad rzeką, pełno kwiatów, słychać spacerujących, roześmianych ludzi… Co Pani czuje?

Błogość, sielskość, mnóstwo zapachów.

A po chwili mówię Pani, że to Oświęcim. I co teraz?

Wszystko się zmienia.

Prawda? Okazuje się, że do naszej wyobraźni wkradło się mnóstwo kodów, wspomnień, zdjęć, które odbiły się nam w mózgu jak pieczątka: wychudzone ciała, pasiaki, buciki dziecięce, walizki, selekcje… Nasz eksperyment pokazuje, jak mocno wiedza może zmienić nasze postrzeganie. I taki jest właśnie Oświęcim. To miasto dobrych ludzi, mieszkających w miejscu naznaczonym przez historię.

Czym obóz jest dziś dla mieszkańców Oświęcimia?

Przede wszystkim mieszkańcy nie lubią, gdy używa się słowa „obóz”, gdy mówi się, że mieszkają „przy obozie” czy „w obozie”. To samo dotyczy takich wyrażeń jak „chodzenie na wycieczki do obozu”. Na Facebooku często poprawiają innych, pisząc, że powinno się używać słowa „muzeum”. Silna jest w nich potrzeba oddzielenia „Auschwitz” od „Oświęcimia”.

Pewne kroki formalne w tej kwestii były dokonywane na przełomie mileniów. Zmieniono wtedy nazwę muzeum z: Oświęcim-Brzezinka na Auschwitz-Birkenau. To był ukłon w kierunku mieszkańców, którzy w latach 90. zaczęli się buntować przeciwko utożsamianiu ich miasta z miejscem Zagłady. Nie chcieli się zgodzić, by muzeum zawłaszczało ich świat. Od czasów PRL-u trwał olbrzymi spór wokół „strefy pamięci”, czyli miejsc wokół obozu wyłączonych z normalnego życia. Nie można tam było wieszać prania, zakładać firmy czy prowadzić sklepu z alkoholem. Nie pojawiali się inwestorzy. Nawet McDonald zastanawiał się przez wiele lat, czy postawić w Oświęcimiu swój lokal. Okazało się, że to dzisiaj jeden z jego najbardziej dochodowych punktów w kraju.

Mieszkańcy i władze Oświęcimia starają się odczarować swoje miasto. Przykładem jest Live Festival Oświęcim, na którym występował Elton John i wielu innych znanych wokalistów. Miasto jest ukwiecone, rewitalizuje się stare kamienice. Obawiam się jednak, że to miejsce zbyt silnie naznaczone kodem okrucieństwa. Przyznam, że nie chciałbym np. jako rzecznik prasowy odpowiadać za wizerunek i promocję miasta. Myślę, że bardzo szybko skończyłyby mi się pomysły.

A czym miasto jest dla turystów – czy w ogóle je dostrzegają?

Praktycznie nie istnieje.

Spośród ponad dwóch mln odwiedzających muzeum w ubiegłym roku, zaledwie kilka tys. weszło do miasta.

Zazwyczaj był ku temu jakiś dodatkowy pretekst: ktoś musiał zostać na noc, miał interes do załatwienia w okolicy. Oświęcim nie jest przystankiem na trasie turystycznej. Większą popularnością cieszy się Energylandia w pobliskim Zatorze. Można tu pojeździć najwyższymi rollercoasterami w Europie. Proszę sobie wyobrazić taką wycieczkę, a takie się trafiają: jako uczeń jadę zobaczyć Wawel, Sukiennice, Wieliczkę, potem Auschwitz, gdzie oglądam stosy okularów, buciki, krematoria, a na końcu trafiam na rollercoaster.

Oświęcim to miejsce z 800-letnią historią. Działa tam Centrum Żydowskie [nie ma związku z Muzeum Auschwitz-Birkenau – przyp. red.], które o tym przypomina, opowiada, że przed wojną było to miasto w połowie żydowskie. Ale miasto ciągle walczy z kodem, że Oświęcim jest częścią muzeum. Może po wyjściu z muzeum ludzie po prostu mają dosyć okrucieństwa i nie chcą wchodzić do miasta? Wsiadają do autokarów i wracają.

Czy istnieje szansa, by Oświęcim uciekł od „klątwy”, o której Pan pisze i zyskał nowy charakter?

To, co powiem, nie dotyczy tylko Oświęcimia.

Sądzę, że problemem w promowaniu danego regionu oraz jego atrakcji turystycznych jest często narzucona z góry teza marketingowa.

Najpierw wymyśla się hasło typu: „Miasto spotkań”, „Miasto dwóch kultur”, „Miasto know-how”, a później dostosowuje rzeczywistość do tego hasła. W ten sposób tworzy się wizerunkowo i marketingowo obraz, który kłóci się często z prawdą, tradycją, historią.

Ofiarą takiego działania padł Białystok. Władze miasta wymyśliły, że jest wielokulturowy, ale nie robiły wiele albo nic w kierunku tego, by tę wielokulturowość budować. Doszło do napadów na uchodźców, podpalenia mieszkań, pobić, a nawet zakłócania Dni Zamenhofa. Wiemy też, jak wyglądał niedawny marsz równości. Gdy miasto postawi na wizerunek, który jest nieprawdziwy, ale atrakcyjny turystycznie, prędzej czy później przyjdzie jakiś reporter i to zdemaskuje.

Apeluję więc, ale nie do polityków, a do mieszkańców takich regionów: nie dajcie się uwieść nieprawdziwym hasłom wizerunkowym. Nie tędy droga. Lepiej postawić na prawdziwą historię, zmierzyć się z trudnymi wydarzeniami, edukować, wspierać aktywistów i pasjonatów, bo oni często pokazują prawdziwą historię. Oświęcim ciągle jest w tym aspekcie niezdecydowany. Miasto, które uczciwie podchodzi do swojej historii zawsze wygra. Nie można chować się przed trudnymi tematami. I tak prędzej czy później wypłyną.

Książkę Marcina Kąckiego znajdziecie tutaj

 

Słuchając Pana, przychodzi mi na myśl Muzeum Wojskowo-Historyczne Bundeswehry w Dreźnie, gdzie klasycystyczny budynek został przeszyty szklanym klinem, tworząc niezwykłą metaforę wskazującą na przeplatające się losy zorganizowanej przemocy, wojskowości oraz miasta. Takie rozumienie przeszłości pozwala pamiętać o tragedii, ale i przejść do teraźniejszości.Pogodzenie się z historią to najlepsza droga. Mogę sobie wyobrazić w Oświęcimiu wielką wystawę i debatę dotyczące pogromu Romów z 1981 r. Tuż przed wybuchem stanu wojennego doszło do rozruchów. Polacy wzięli pochodnie, kije…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką