Bardzo się starałem, by się do Pani nie spóźnić.
A dlaczego? Ja mam akurat sporo czasu, z domu obecnie bardzo rzadko wychodzę, więc nigdzie się nie spieszę.
Umówiliśmy się na rozmowę o Hannie Malewskiej. Wspominając ją w 1993 r., napisała Pani: „Każda wpadka (błąd w korekcie, poślizg w tłumaczeniu) w jej obecności zawstydzały. Były czymś w rodzaju małej zdrady”. Uznałem, że w takim kontekście spóźnienie byłoby niedobrym początkiem.
Nie, dla mnie to nie kłopot, bo jestem innym typem człowieka. Chyba że przyjmiemy, iż Pani Hania jest tu z nami i przysłuchuje się naszej rozmowie.
Podobno Malewska przede wszystkim lubiła słuchać, więc możemy poczynić takie założenie.
Była bardzo ciekawa, co ludzie mają do powiedzenia. W swoim pokoju w krakowskim mieszkaniu przy pl. Axentowicza usadzała gości w fotelu, częstowała herbatą lub winem i z wielką atencją słuchała.
Przywołałem owo zawstydzenie odczuwane w towarzystwie Malewskiej, bo mowa o nim w różnych głosach na jej temat. Pisał o tym w pięknym wspomnieniu choćby Marek Skwarnicki, wyznając, że onieśmielenie ogarniało go niemal przy każdym spotkaniu z nią.
To prawda, ale bywało też od wrotnie. Pamiętam momenty, kiedy ona chciała kogoś poznać i bardzo jakiegoś człowieka wyczekiwała. A potem byłam świadkiem, jak siedzą naprzeciw siebie i nie bardzo są w stanie nawiązać rozmowę, bo owszem ona onieśmielała, ale sama też bywała onieśmielona – np. poetą, którego wiersze ceniła.
Wydaje mi się, że to onieśmielenie stale towarzyszy świadkom życia Malewskiej, przez co młode pokolenie ma problem, by czegoś się o niej dowiedzieć. Skąd ta trudność w mówieniu o Malewskiej?
Osobiście również tę trudność odczuwam. Niełatwo jest mówić o kimś, kto nie chciał być tematem, kto sam się usuwał i nie chciał, by się na nim koncentrować. Cały czas była w gruncie rzeczy ukryta. Zniechęcała do tego, by poświęcać jej tyle uwagi, ile jej się należało.
Chyba z tego powodu powiedziała Pani kiedyś, że „napisanie jej biografii nie jest pomysłem realistycznym, [bo] nie zostawiała śladów”.
Tak, na szczęście myliłam się, bo bardzo dobrze udało się ją przedstawić Annie Głąb w Ostrydze i łasce. Praca przy pisaniu tej biografii musiała być podobna do tej, którą Malewska wykonała w swojej książce o Norwidzie (Żniwo na sierpie) – w obydwu przypadkach konieczne było utożsamienie się z osobą, o której chciało się coś powiedzieć.
Z biografii autorstwa Anny Głąb można się sporo dowiedzieć, choć jest ona skoncentrowana na książkach Malewskiej.
Bo w przeciwieństwie do trudności, jaką było rozmawianie z Panią Hanią o niej samej, chętnie dyskutowała ona o książkach własnych i innych autorów. Przypominam sobie np. rozmowy o różnych tomach pisanych przez Antoniego Gołubiewa. Czytała je z wielką sympatią, zrozumieniem, ale też gotowością krytyczną. Malewska była niesamowicie dokładna w tym, co dotyczy tekstów – wynikało to z naukowego treningu (studiowała wszak historię na KUL-u na początku lat 30.). Wywodziła się ze szkoły, która uczy, że nie mamy prawa przeinaczać tekstu już istniejącego.
Mam jednak wrażenie, że odsyłanie do książek Malewskiej – sugerowanie, że właśnie w nich się ukryła, to również stały motyw w wypowiedziach osób, które były świadkami jej życia. W konsekwencji stała się postacią prawie nieznaną. Współdecydowała o kształcie „Znaku” (pracując w miesięczniku od 1946 r., najpierw prowadząc pismo wspólnie ze Stanisławem Stommą i Jackiem Woźniakowskim, a następnie, w latach 1960–1973, jako redaktor naczelna z nowym, zbudowanym przez siebie zespołem) i całego środowiska, a – przyznam z zawstydzeniem – przez lata nic o niej nie wiedziałem. Wydawało mi się, że postacią dominującą w „Znaku” była nie ona, ale np. ks. Józef Tischner.
Pytanie: dla kogo?
Tischner nie był redaktorem miesięcznika, choć miał swój wkład w pismo, przynosił pomysły, które były dość chętnie podejmowane, ale zajmował się jednak przede wszystkim swoją myślą i twórczością. Zresztą Malewska odrzuciła pierwszy tekst napisany przez Tischnera – popadał w nim w żargon filozoficzny, a nie tak miało się pisać do miesięcznika.
Dla nas, którzy pracowaliśmy z Malewską na co dzień, świat kręcił się wokół niej. Ona była twarzą „Znaku”, a pismo było dla niej najważniejsze, absorbowało ją całkowicie. Przygotowywała je z pewnym rodzajem perfekcji, przez lata odkładając niemalże na drugi plan własne książki. Nikt inny nie wkładał w miesięcznik ani ułamka tego skupienia, pracy i odpowiedzialności co Malewska. Przy czym, proszę zwrócić uwagę, że ona właściwie do „Znaku” nie pisała, raczej nas inspirowała, zestawiała materiały pochodzące od inny osób (ważnym jej doradcą była Anna Morawska), tłumaczyła teksty, jakich przekładu nikt innych nie chciał się podjąć lub takich autorów, z którymi czuła duchowe pokrewieństwo, jak np. Simone Weil. To, co Malewska myślała o „Znaku”, było dla nas nie do odróżnienia od tego, co było naszym obowiązkiem.
Problem z poznawaniem Malewskiej poprzez jej książki (choćby wielkie historyczne powieści, takie jak opowiadająca o kresie imperium rzymskiego Przemija postać świata, osadzone w XIII w. Kamienie wołać będą czy uchodzący za polemikę z Trylogią Panowie Leszczyńscy) polega też na tym, że nie należą dziś one, niestety, do najbardziej popularnych…
Ubolewam nad tym.
Specjalnie przed naszą rozmową dopytywałem koleżankę po studiach polonistycznych, czy powieści Malewskiej czyta się na uniwersyteckich zajęciach. Odpowiedziała przecząco.
Bardzo bym chciała, żeby Pańska koleżanka sięgnęła po te książki, bo inaczej dużo straci. Być może jednak jest tak, że Malewska jako autorka miała swoje miejsce w pewnej szczególnej epoce, a w następnej już go nie ma.
W PRL-u jej książki i teksty publicystyczne stanowiły dla wielu punkt odniesienia – pamiętam wyznanie Adama Michnika, dla którego lektura opowiadania Sir Tomasz More odmawia była krzepiącym doświadczeniem podczas pobytu w więzieniu na Mokotowie.
Do utraty tego statusu przez Malewską przyczyniła się niewątpliwie sytuacja wydawnicza: jeśli książek jakiegoś autora nie ma w księgarniach i brakuje ich w bibliotekach, to nie ma co się dziwić, że wypada z obiegu.
Po długim czasie oczekiwania wznowienia ukazały się w Wydawnictwie Znak dopiero po 2010 r.
No właśnie, za długo ich nie było, trudno jest wskrzesić autora po wielu latach nieobecności. Malewska była niezamężna, nie miała dzieci i spadkobierców, którzy odpowiednio zaopiekowaliby się jej spuścizną. Prawa autorskie do jej książek wędrowały dziwnymi szlakami: trafiły do jej brata, który mieszkał w Wielkiej Brytanii, on zmarł niedługo po niej, więc prawa dostały się jego drugiej żonie i znalazły się w rękach mieszkających za granicą powinowatych, którzy z Panią Hanią właściwie nigdy nie mieli kontaktu. Nie znam szczegółów tej sytuacji, ale niewątpliwie trzeba było pokonać pewne trudności prawne, by do wznowień jej książek doprowadzić.
Po wojnie Malewska oddała się niemal całkowicie „Znakowi”. Jej książki pisane były właściwie tylko po godzinach, w dni wolne lub w czasie urlopów. Czy dzieliła się z redakcją sprawami książek, które tworzyła w zaciszu domowym?Pani Hania ostro rozgraniczała „Znak” i pisanie książek – to było coś niesłychanie ważnego, ale jako rodzaj szlachetnej prywaty. Nie robiła z tego jednak tajemnicy. Najbliższą osobą, z którą dzieliła się różnymi…