Najtwardsze słowa Chrystusa w Ewangelii, twarde jak wyrok ostateczny, padły przeciwko faryzeuszom. „Plemię jaszczurcze”, „pobielane groby” to ci, którzy nie dostąpią miłosierdzia, ponieważ go nie wyglądają, i nie czują jego potrzeby. „Grzech przeciw Duchowi Świętemu” – który nie będzie odpuszczony ani w tym ani w przyszłym życiu.
Faryzeusze z Ewangelii to określona normami prawno-religijnymi grupa ówczesnego społeczeństwa żydowskiego. Ale to zarazem postacie nie z jednego tylko kraju i czasu. Odziedziczyli prawdę, rozdrobnili ją w formułki, obwarowali zakazami i uważają się za jedynych sprawiedliwych w świecie. Stróżowie Świętego Świętych, którzy „sami nie wchodzą i innym wejść nie dają” – bo ich postawa i czyny są nieustającym zgorszeniem dla tych, których oni nazywają celnikami. Cóż zresztą dodać można do wizerunku Faryzeusza przekazanego nam w przypowieści o dwóch ludziach, którzy weszli do świątyni, aby się tam modlić?
Faryzeusz w ciągu wieków zmieniał strój, przepisy, stawał się nawet obleśnie pokorny, ale nie zmieniał swego fundamentalnego przeświadczenia, że jest solą ziemi, która nigdy nie zwietrzeje.
Tartuffe, zuchwały szalbierz, to tylko jedno z wcieleń faryzeizmu i nie najniebezpieczniejsze. Groźniejszy faryzeizm tkwi tam, gdzie łączy się z nieuleczalną samoobłudą, opartą na dość głęboko sięgającej zgodności słów i uczynków. Dość głęboko, ale nie aż do dna sumienia. Na dnie jest inna miara dla siebie, inna dla reszty świata. Pobłażliwość dla ulegającego czasem słabościom stróża i luminarza prawdy, a nieubłagalne potępienie dla celnika. (Tak jakby posiadacz prawdy nie był straszliwie, podwójnie odpowiedzialny: i za siebie samego i za celnika). Przeświadczenie, ze jak król pozwala na różne prywatne grzeszki użytecznemu ministrowi, tak Bóg przymyka oczy na wykroczenia tych, którzy w niewiernym świecie robią Mu głośną, reklamę. Czasem ta samoobłuda sięga głębiej jeszcze Faryzeusz ma sumienie czyste jak szkło, czuje się doskonały, bezpieczny – posiadacz wszystkich cnót włącznie z pokorą. Niemniej jednak jest w nim całkowita nieuległość Bogu, całkowita uległość sobie. Fałsz samowystarczalnej pychy prawie nie do wyleczenia.
Odwrotnością, ale pozorną tylko, takiej postawy jest postawa pobożnego „cynika”. Ten przyznaje się chętnie do swoich wad – wszyscy jesteśmy ludźmi, a na przyszły rok także nie staniemy się aniołami – ale dobry Pan Bóg, w którego mocno wierzymy i modlimy się do Niego, co niedziela, nie wrzuci nas przecież do piekła razem z kryminalistami i ateuszami. Pan Bóg to jakby rodzaj znajomego od dziecka dobrodusznego przedstawiciela władzy powiatowej, prawie już wujaszka, z którym można po ludzku omówić rożne tum niejasności w interesach.
###banner###
Patrzeć na Boga jako na pobłażliwego i kochającego Ojca, nie mając jednocześnie ślepego, ufnego, uległego oddania dziecka – jest to faryzeizm dość powszechny wśród tzw. dobrych chrześcijan. A przecież poufałość z Bogiem – cudowne i przerażające pocieszenie zrozpaczonej własną nędzą świętości – to nie zuchwałe „za pan brat” letniego chrześcijanina, który działając w życiu na własny rachunek, asekuruje się tylko dodatkowo Panem Bogiem.
Nie tylko chrześcijanin bez pokory bywa faryzeuszem, bywa nim takie chrześcijanin bez nadziei – bez tej wspanialej i tajemniczej siły, która odnawia go codziennie do walki, która każe biec otwierając jedne drzwi po drugich z dziecięcą niecierpliwością i po młodzieńczemu drżeć z uniesienia przed tym, co będzie jutro.
Faryzeusz jest zadowolony ze swego dziś. Nie wyczekuje nowego porywu Łaski – obawiałby się go. A patrzeć na Królestwo przyobiecane jak na polisę w banku asekuracyjnym, to także nie jest – Nadzieja. Faryzeusz nie ma miłosierdzia. Jest skąpcem, bo nie płynie przez niego rzeka, tylko przykrył kamieniem swój płytki zbiornik Daje skąpo, bo uważa, że celnik i tak zmarnuje dar, a w każdym razie pozostanie nie czym innym jak celnikiem. Gdyby zaś tamten za dar faryzejski nie dziękował, lecz złorzeczył – nie ma dlań dość straszliwej kary. – Gdzie są wasze wody żywe, gdy sami schniecie. – szydzą wędrowcy pustyni – Faryzeusz milczy, gdyby podniósł pokrywę swojej cysterny, może by spostrzegł, ze nie pozostało tam już ani kropli. Faryzeusz jest „bogaty duchem”, jest typowym kapitalistą skarbów duchowych. Nie zrozumie nigdy, ze właścicielem winnicy jest tylko Bóg (a i On nie próżnuje, skoro Chrystus zowie go Oraczem), robotnicy zaś muszą codziennie zaczynać od nowa. Tu nie ma renty gruntowej. Codzienny chleb przebaczenia zdobywa się znojem i upaleniem dnia, albo ufną nadzieją ostatniej godziny. Faryzeusz gardzi głodnymi nędzarzami uważając się za wyższego ponad materialne potrzeby. Skoro zaś jemu samemu głód zagrozi, uważa że świat jest wytrącony z toru, a Bóg nie wypłaca się ze swego długu. Bo to on „dał coś Bogu pierwszy” i Bóg powinien uiścić mu się z procentem. „Zna wszystkie Sądy i drogi Boże”, jest Jego doradcą zwłaszcza w karaniu niewiernych. Sądy ogólne faryzeusza – a bardzo chętnie generalizuje – żyją obok siebie niby w zgodzie, choć są głęboko sprzeczne jedne z drugimi. To lub owo bywa raz winą, raz zasługą, raz zbrodnią, raz malutkim grzeszkiem. Faryzeusz parska lub wzrusza ramionami, gdy mu się wskazuje, że taki to jego sąd jest pogański lub bluźnierczy. ###banner### „Jad faryzejski” w mniejszym lub większym nasileniu to trucizna przerażająco przenikliwa. Każdy chrześcijanin, który nie walczy z nim nieustannie, staje się na godziny lub na dni faryzeuszem, aż póki Łaska nie przyjdzie wstrząsnąć nim, „aby nie zasnął w śmierci”. Święci zdumiewali i gorszyli ludzi, bo w ich otoczeniu powstawały przeciwko nim cale złoża ukrytego faryzeizmu. Niektórzy święci mieli jakby za naczelne zadanie swą „ekscentryczną”, „egzaltowaną” postawą ukazywać, że chrześcijaństwo nie jest rentierskim kawałkiem chleba z masłem. Szli przez świat niezmordowani w nadziei, ufności, drżeniu i miłosierdziu, niepomni siebie, bo oglądali czystymi oczyma serca niepojętego dla faryzeuszów Boga Trzykroć Świętego. Ale większość ludzi, między którymi szli, przebudziło się tylko na krótko, by zadrzemać na nowo. Faryzeizm jest chorobą zarówno starych chrześcijan, dziedziców wiekowych pewności i zasług (popatrzmy choćby na potworny faryzeizm saski w Polsce), jak i chrześcijan koniunkturalnych, takich jak znaczna część burżuazji francuskiej w XIX wieku, która zdobywszy wszystko czego chciała, nagle porzuciła swój wolterianizm i chwyciła się oburącz „wiekowego ładu”. Pewne cechy narodowe, klasowe i pseudo–wyznaniowe tej grupy społecznej uczyniły z niej szczególnie zakamieniały i groźny blok faryzeizmu, który zatruł atmosferę religijną! Francji na lat kilkadziesiąt. Stąd ta nieprzejednana walka toczoną z faryzeizmem „dobrze myślących” rodaków przez takich szermierzy jak Leon Bloy, Peguy, Bernanos, Mauriac; walka niezakończona – i jakże miałaby się zakończyć? Walka unosząca czasem w swym wirze namiętnym szermierzy…