W tytułowym szkicu wydanego w tym roku wyboru pism George’a Orwella, na który składają się mało znane marginalia: młodzieńcze próby literackie, reportaże, fragmenty prozy, felietony i zapiski (zebrane, skomentowane i przełożone przez niestrudzonego propagatora Orwella w Polsce, Bartłomieja Zborskiego), pisarz kieruje swoją i naszą uwagę na wiosenne obyczaje ropuch, które na przedprożu wiosny, jeszcze przed jaskółkami, żonkilami i przebiśniegami, budzą się do nowego życia. Wychodzą z ziemi, w której zimowały zagrzebane od jesieni, i kierują się mozolnie ku swojemu naturalnemu żywiołowi – wodzie, by tam oddawać się siłom wzmożonej seksualności.
Orwell z czułością przyrodnika amatora opisuje te płazy wywołujące w potocznym odczuciu reakcję obrzydzenia i wstrętu. Świadomy ich podłej reputacji pisarz gotów jest na krok tak ryzykowny jak uznanie ropuchy za piękne zwierzę. Ropusze piękno jest, w jego słowach, niemal sakralne, gdyż ospałe, skurczone ciała ropuch cechuje „szlachetność i wzniosłość”, przypominająca Orwellowi „ortodoksyjnych wyznawców nurtu eklezjalnego w Kościele anglikańskim, gdy kończy się Wielki Post”.
Ale to nie wszystko. Po tej błyskotliwej obserwacji autor czyni wyznanie, które można odczytać tylko jako deklarację szczególnej, niecodziennej miłości: czym innym bowiem niż dowodem tego właśnie uczucia jest stwierdzenie, że ropucha ma „prawdopodobnie najpiękniejsze oczy wśród zwierząt”? Pomińmy tu kwalifikację „prawdopodobnie”, którą złożyć trzeba na karb przysłowiowej angielskiej wstrzemięźliwości, widocznej po dziś dzień, jak potwierdza to choćby znana reklama piwa Carlsberg, „prawdopodobnie najlepszego piwa na świecie” (browar wprawdzie duński, ale slogan reklamowy angielski). Kiedy Anglik wypowiada sąd tak ogólny, z cechą w stopniu najwyższym, musi zabezpieczyć się kwalifikującym go przysłówkiem. Nie inaczej Orwell.
Mała rewolucja
Ważniejsze jednak w jego stwierdzeniu jest co innego niż owo „prawdopodobnie”, a mianowicie obdarowanie ropuchy atrybutem duchowości. Ma bowiem ona oczy, nie ślepia, czyli narząd, który tradycja nazwała zwierciadłem duszy. Spojrzenie w oczy jest spotkaniem spojrzeń, kontaktem intymnym na tyle, że kiedy zdarza się w miejscach publicznych i między obcymi sobie ludźmi, może rodzić agresję. Orwell patrzy ropusze w oczy i dostrzega w nich wspomnianą już szlachetność, są bowiem podobne do półszlachetnych kamieni. Jest zresztą w dobrym towarzystwie, gdyż o pięknych i szlachetnych oczach ropuchy pisał też Szekspir.
Opis Orwella nie jest oczywiście niewinny. To nie zapis zachwytów domorosłego obserwatora przyrody. Każdy czytający go Anglik zapewne przypomni sobie w tym miejscu nie tylko Szekspira, ale też inny opis świata budzącego się po śnie zimowym, którym zaczynają się Opowieści kanterberyjskie Geoffreya Chaucera: „Gdy kwiecień deszczu rzęsistym strumieniem / Marcową suszę zmoczy do korzeni (…) poczną śpiewać maleńkie ptaszęta, których źrenica we śnie nie zamknięta, / Bo w nich tęsknotę budzi przyrodzenie” (tłum. Helena Pręczkowska). Chaucerowskie przebudzenie wiąże się z przebudzeniem moralnym, z potrzebą oczyszczenia duszy przed nowym etapem życia, zmuszającą ludzi do pielgrzymowania do miejsc świętych. Odrodzeniu towarzyszy rozbudzenie sił witalnych i reprodukcyjnych.
###banner###
Taki obraz początku wiosny, splatającego cielesną regenerację z duchową odnową, przywołuje też w pamięci Anglików inny, starszy utwór poetycki, leżący u samego zarania literatury angielskiej: „Wiosną już rozkwita świat (…) Za cielęciem buczy krowa, / A jagnięcia owca szuka / I swawolą kozy w polu / Hej wesoło kukaj / Kuku, kukaj” (tłum. Janusz A. Ihnatowicz). Zaryzykujmy więc konkluzję: autor, pisząc swój szkic o ropusze zwyczajnej, dokonywał prowokacyjnego przewartościowania, przenicowywał utrwalone w kulturze angielskiej obrazy i wartości. To oczywiście rewolucja, choć szyta na miarę późnego Orwella, który w sens rewolucji zwątpił nieodwołalnie (szkic powstał cztery lata przed śmiercią pisarza, a rok po Folwarku zwierzęcym).
Mała rewolucja, którą proponuje w omawianym szkicu, rozgrywa się więc w myśleniu, a nie w porządku społecznym i jego instytucjach. To rewolucja indywidualna, prywatna, którą może przeprowadzić każdy, w odróżnieniu od rewolucji mas, za którymi stoją partie, ideologie i wielkie procesy społeczne. Tak jak kiedyś Orwell ujmował się za tymi, których społeczeństwo wykluczyło, zepchnęło na margines i odebrało głos, za włóczęgami i bezdomnymi (w recenzowanym tomie znajdziemy kilka wstrząsających tekstów na ten temat), tak teraz w szkicu ewidentnie wielowymiarowym, odsyłającym do drugiego, podskórnego znaczenia, bierze pod lupę lekceważoną ropuchę zwyczajną i czyni z niej figurę pars pro toto, reprezentującą to wszystko, co dominująca kultura skazała na niebyt.
Dlatego też nie bez podstaw można dopatrzyć się w tym szkicu polemiki z literacką tradycją języka angielskiego, z anonimowym autorem średniowiecznego wiersza o wiośnie i z Chaucerem, którzy stworzyli wzorzec opisu wiosny i natury. Orwell tej polemicznej zadziorności w genezie szkicu nie ukrywa – uroda (ropuch) urodą, ale, jak przyznaje, do napisania szkicu natchnęło go to, że w przeciwieństwie do wymienionych w pierwszym zdaniu jaskółek i żonkili, ropucha „nigdy jakoś nie była przesadnie opiewana przez poetów”. Orwell wyrównuje więc rachunki, a jego szkic próbuje oddać sprawiedliwość temu, co wydziedziczone.
Franciszkański socjalizm
O tym, że ewolucja ropuchy do statusu bohatera literackiego ma wymiar szerszy niż tylko przyrodoznawczy, przekonuje mnie komentarz, w którym Orwell przenosi swoją opowieść o przyrodzie do rozważań naznaczonych społeczną świadomością. Wspominając bowiem o zwierzętach, o rozmaitych płazach i ptakach, żyjących w sposób „nieoficjalny” w samym centrum Londynu, Orwell zauważa: „aż przyjemnie pomyśleć, że żaden z nich nie płaci bodaj pół pensa komornego”.
Komorne, podobnie jak podatek, nie jest po prostu jedną z instytucji ekonomicznych dobrze zarządzanego państwa, to raczej dowód na istnienie władzy, hierarchii i prawa, zgodnie z którym za pobyt na ziemi, będący przecież częścią naszej kondycji, należy płacić. A gdy jedni płacą, inni się na tym wzbogacają. Nic dziwnego, że socjalista Orwell z przyjemnością patrzy, jak te ptaki, zamieszkujące nieoficjalnie londyńskie dachy, istnieją poza systemem rynku i kapitału, mnożącego nierówności i utrwalającego podział na tych, co mają i tych, którym się odbiera.
W tym krótkim komentarzu odzywa się w Orwellu nie tyle socjalista, ile człowiek o franciszkańskiej wrażliwości, zauroczony innym porządkiem świata, w którym ptaki na niebie „nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec niebieski żywi je” (Mt 6, 26–27).
Franciszkanizm Orwella? Tak, bo pamiętajmy, że Orwell nie odwrócił się całkiem od religii: w 1945 r. pisał w „Observerze”, że „należałoby odtworzyć religijny stosunek do życia”, a rok wcześniej w artykule w „Tribune” oświadczał, że „trudno stworzyć wizję przyszłości bez uświadomienia sobie, ile straciliśmy wraz z…