Subskrybuj

Apokalipsa już się rozpoczęła

Żyjemy w epoce wstrząsu. Ogłoszenie apokalipsy to dziś jedyny sposób na uratowanie świata. Wyzwanie ludzkości trwa.

W swojej książce, cytując Clausewitza, przywołuje Pan ideę „narastania aż do ostateczności”. Dla Pana apokalipsa już się rozpoczęła…

Myślę, że konieczne jest, by mówić dzisiaj prawdę – w pierwszym rzędzie o zjawiskach związanych z degradacją środowiska. Na przykład topienie się lodów na Grenlandii to coś alarmującego. Wszystkie państwa o tym wiedzą. To obecnie życiowa stawka. Wydarzenia, które zachodzą na naszych oczach, mają jednocześnie charakter naturalny i kulturalny, a to znaczy, że są apokaliptyczne. Aż do dzisiaj słowa Apokalipsy bywały powodem śmiechu. Cały wysiłek myśli nowoczesnej zasadzał się przecież na tym, by oddzielić to, co naturalne, od tego, co kulturowe. Nauka polega na tym, by pokazać, że zjawiska kulturowe nie są naturalnymi i że mylimy się bardzo, jeśli trzęsienie ziemi łączymy z wrzawą wojny, jak dzieje się to w tekście Apokalipsy. Ale nagle nauka zaczyna zdawać sobie sprawę, że ludzkie praktyki prowadzą do zniszczenia natury. To nauka wraca do Apokalipsy.

Taka rzeczywistość wywiera na mnie głębokie wrażenie. Od trzech stuleci nauka uznawała coś zupełnie innego, aby dzisiaj – gdy spodziewaliśmy się tego najmniej – wpaść w sposób zupełnie poważny na takie odkrycie. Inaczej mówiąc, myślenie apokaliptyczne nie jest już szalone, ale właśnie przenika do życia codziennego. Jeśli w najbliższych miesiącach huragan ponownie dotknie Nowy Orlean, to kwestia powiązań między takimi zjawiskami a ludzkimi działaniami znów stanie przed nami. Podczas gdy Apokalipsa łączy je ze sobą, to na planie intelektualnym jest to dziś operacja o monstrualnym znaczeniu, którego dostrzec nie chcą nawet chrześcijanie. Nie ośmielają się oni mówić o Apokalipsie.

Formy myślenia, których używaliśmy w przeszłości, właśnie powracają… a są to formy myślenia ewangelicznego. To, co wydawało się nam archaiczne, powraca niesione na skrzydłach nauki.

Nasi współcześni nie są jeszcze gotowi na zrozumienie tych słów, ale wkrótce będą.

 Dlaczego łączy Pan ze sobą narastanie przemocy i wzrost temperatur na powierzchni Ziemi?

Istnieje między nimi związek bezpośredni. Przemoc definiuję za pomocą rywalizacji. We współczesnym świecie wiele rzeczy odpowiada atmosferze wielkich apokaliptycznych tekstów Nowego Testamentu – w szczególności Mateusza i Marka. Jest w nich wspomniane podstawowe zjawisko mimetyzmu – walka równych sobie: miasta przeciw miastu, regionu przeciw regionowi… To zawsze równi biją się ze sobą, a ich walka nie ma żadnego sensu, ponieważ z dwóch stron znajduje się to samo. W Chinach nic nie wydaje się obecnie bardziej pilne niż dogonienie Stanów Zjednoczonych na wszystkich płaszczyznach, a w szczególności w liczbie autostrad i produkcji samochodów. Czy wyobraża Pan sobie konsekwencje? To oczywiste, że produkcja gospodarcza i wynik przedsiębiorstw uruchomił rywalizację. Clausewitz stwierdził to już w 1820 r., mówiąc, że nie ma nic, co przypominałoby wojnę bardziej niż handel.

Chrześcijanie często zatrzymują się na eschatologicznej interpretacji tekstów Apokalipsy. Mogłoby się wydawać, że to wydarzenia ponadnaturalne… Nic z tych rzeczy! W 16. rozdziale Ewangelii Mateusza Żydzi żądają od Jezusa znaku, a On im odpowiada: „Wieczorem mówicie: »Będzie piękna pogoda, bo niebo się czerwieni«, rano zaś: »Dziś burza, bo niebo się czerwieni i jest zasępione«. Wygląd nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie możecie?”. Inaczej mówiąc, apokalipsa jest tym, co naturalne, w żadnej mierze nie jest boska. To ludzie robią apokalipsę. Mamy dziś do czynienia z momentem wstrząsu, który w najwyższym stopniu mnie interesuje.

Jeśli istnieje jakaś współbieżność między ewolucją świata a tekstami Biblii, to jakie kierują one do nas przesłanie? Ostrzegają przed naszą własną przemocą. Mówią: trzeba się nią zająć. Ale nie mówią, że to Bóg interweniuje przy wzroście poziomu wód albo przy topieniu się lodowców na biegunie północnym. Wielcy przywódcy świata wciąż się zaś zastanawiają, kto w pierwszej kolejności ma prawo wydobywać ropę z tego regionu! Co, oczywiście, może tylko powiększyć ryzyko dla planety. Tu kryje się komiczność i tragiczność naszych czasów. Dobry sposób na słuchanie tych tekstów to uczynienie tego niepokoju naszym własnym dziełem, on bowiem nie pochodzi od Boga. Znaleźliśmy się w nim z jednej przyczyny: źle używaliśmy naszej władzy i wciąż tak robimy. Rozumiemy wszystko na odwrót. Nieprzerwany rozwój uzbrojenia zmierza w tym samym kierunku, tak samo jak biologiczne manipulacje, do których ludzie wciągają nie wiadomo już jakie moce, aby wciąż kontynuować walkę. Czy naprawdę możemy zaufać ludziom, wiedząc, że byli zdolni robić to aż do teraz? To szaleństwo człowieka zostało przewidziane i ogłoszone przez Ewangelię. Bóg nie ponosi tu żadnej odpowiedzialności. W tych okolicznościach nie widzę pilniejszego zadania niż niekończące się przypominanie rzeczywistego charakteru Objawienia i tekstów apokaliptycznych. Ale nawet Kościół już się do nich nie odwołuje.

Ma Pan bardzo pesymistyczną wizję historii…

Czy wie Pan, że w miarę jak narasta zagrożenie, coraz bardziej powszechne staje się głoszenie wizji optymistycznej? Państwa są w stanie dostrzegać problem, gdy już się on pojawi, tylko w krótkiej perspektywie. Ale czy wzięcie w jednym czasie pod uwagę wszystkich problemów, które napierają na naszą epokę, nie jest przerażające? Przyszłość świata zdaje się całkowicie beznadziejna. A jednak to właśnie to, czym trzeba się zająć – jeśli chcemy, żeby nasze dzieci i wnuki mogły żyć na ziemi, gdzie wciąż miałoby to sens. To, co próbuje dziś nas ostrzec, przychodzi w zupełnie ateistycznej atmosferze. Ludzie naszych czasów nie są w stanie pojąć wagi i sensu apokaliptycznych tekstów Biblii. Apokalipsa ma określone trwanie, jeśli te czasy nie zostałyby skrócone, nie ostałby się żaden wyznawca jedynego Boga. W wielkich tekstach synoptycznych Ewangelii czasy te są długie, jesteśmy całkowicie wewnątrz nich. W gruncie rzeczy nie jestem pesymistą. Oczekuję, jak każdy chrześcijanin, nadejścia Królestwa Bożego.

Biorąc za punkt wyjścia Pańskie analizy, jakie słowa zalecałby Pan Kościołom?

Przede wszystkim konieczne jest, by czytać 24. rozdział Ewangelii według św. Mateusza, 13. Marka oraz kilka ustępów z Ewangelii Łukasza. Ale jak rozumieć te fragmenty? Dla mnie człowiek znajduje się zasadniczo w warunkach rywalizacji i przemocy. Pociąga to za sobą zaburzenie każdej wspólnoty i kończy się na zjawisku kozła ofiarnego. W chrześcijaństwie nie może się już ono więcej wytworzyć, ponieważ zrozumieliśmy je wystarczająco dobrze. Aby zjawisko to mogło powstać, koniecznie trzeba wierzyć, że ofiara jest winna. Mieć kozła ofiarnego to nie wiedzieć, że się go ma. A w konsekwencji wiedzieć, że on jest, oznacza być pozbawionym ofiarniczych sposobów na powstrzymanie przemocy. Jesteśmy w takiej oto sytuacji, jesteśmy konfrontowani z nasza własną przemocą i jedyne rozwiązanie – to, które znajduje się właśnie w chrześcijaństwie – pojawiające się jako pierwsze, znacznie wcześniej niż inne, to obietnica Królestwa i powszechny brak odwetu. Logika jest doskonała. Z tej perspektywy nie mogę nic więcej, niż życzyć, by zwrócono się do Chrystusa. W głębi duszy jestem po prostu chrześcijaninem w klasycznym wydaniu…

A co powiedziałby Pan pełniącym dziś władzę polityczną?

Że trzeba zrobić wszystko, aby przerwać te pozbawione końca procesy, które prowadzą nas do zupełnej destrukcji. To znaczy, że należy zaakceptować środki, które są dzisiaj wciąż nie do pomyślenia. Jeśli to konieczne, obniżyć produkcję, by ratować planetę. Wielu Amerykanów związanych z obozem republikańskim sądzi, że wszystkie te apokaliptyczne dyskursy nie mają na celu nic innego, jak tylko przeszkodzić im w zarobieniu pieniędzy, na które zasługują. Konsekwencje tej beztroski są realnym zagrożeniem dla ludzkości. Problem polega na tym, że decydenci, którzy zaczęliby mówić prawdę, nie zostaliby wybrani. Kto może przyciągnąć głosy współobywateli, propagując politykę ograniczeń we wszelkich domenach albo usiłując zakazać używania samochodów? Jak można dziś nie schlebiać opinii publicznej i ogłaszać nowe nieszczęścia?

Bez wątpienia ewolucja naszej planety będzie zależeć od trudnych i wymagających wysiłku środków, jakie będziemy w stanie zastosować. Niemniej demokracja nie jest przygotowana na to, by stawić czoła tej pilnej sytuacji.

Znajdujemy się właśnie w apokaliptycznej perspektywie. Czy strach – jak sugeruje Hans Jonas  – nie mógłby wytworzyć warunków, by odwrócić tę sytuację? Strach jest pedagogiczny, ale tylko do pewnego stopnia. Czy będzie on wystarczający? Wydaje mi się to wielce niepewne. Trzeba kontynuować informowanie opinii publicznej, że wszystko skończy się źle, bo bez tego nigdy się jej nie przebudzi. Ogłoszenie apokalipsy oznacza jedyny dyskurs, który może przyczynić się do uratowania świata. Problem decydentów polega na tym, że sytuują się zawsze w krótkiej perspektywie. Podstawa religijności, na planie społecznym i politycznym, jawi się – przeciwnie – jako myślenie o kontynuacji, troska o przyszłość. W dyskursie religijnym przypomina się wszystkie tradycje, które domagają się podtrzymania, takie jak np. rodzina. Tradycje, które mają powściągnąć doczesność, jaka nam ucieka. Religie są więc w pewnym stopniu konserwatywne.

Czy zgodziłby się Pan ze stwierdzeniem, że „chrześcijaństwo to religia stanowiąca wyjście z religii”?Ci, którzy tak mówią,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wpatrzeni w Europę