Bo chodzi tu o to, żeby sprawdzać, czy profesjonalne mapy nie kłamią” – pisze na swoim blogu pływaczka Daria Mielcarzewicz, która przepłynęła prawie 70 wielkopolskich jezior (www.jeziorawielkopolski.pl). „Rewiduję te wody. Upewniam się, czy naprawdę istnieją, czy są jeziorem czy rybnym stawem, czy są czyste czy zimne, czy otoczone lasem, czy przepływają przez nie rzeki, czy koncertują tam ptaki, czy są tam dzikie plaże, czy śmiecą rybacy, czy można by tam zostać na noc i nie spotkać nikogo, czy dopłynę wpław na koniec jeziora…” – mówi.
Ja zaczynam ostrożnie – jedno jezioro, drabinka, oswajanie się, a potem 30 wymachów, odpoczynek i powrót. Na pomoście układam kamyki, żeby nie stracić rachuby i wypływać swoje. Bo to ma być trening. Żeby coś z plecami zrobić. Trenuję więc zapamiętale. Z każdym kolejnym nawrotem strącam jeden kamyk do wody. Ale to liczenie i kontrolowanie jest okropnie męczące. Próbuję rozbijać tę monotonię czym się da, kupuję sobie nawet wodoodporne słuchawki, ale nic w nich nie słychać, a ich obsługa doprowadza mnie do szału. Żeby wyrwać się z kieratu, z każdym dniem wydłużam więc dystans, na jaki oddalam się od bezpiecznego brzegu. Im dalej wypływam, tym mniej muszę robić nawrotów, mniej kamyków układam i strącam. Aż któregoś ranka przestaję liczyć i odpływam tak daleko, że w pewnym momencie czuję pod stopami wypłycenie na środku jeziora. Wcześniej docierałem tu jedynie kajakiem, teraz mogę stanąć w sięgającej ledwie łydek wodzie, poczuć gruboziarnisty piach pod stopami. Gdzieś tam w tle drą się żurawie, perkozy buszują w trzcinach na drugim brzegu, a we mnie uruchamia się krajoznawczy pierwiastek. Zaczynam wrastać w jezioro.
###banner###
Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale muszę przemierzać. Śmiertelnie nużą mnie sporty, które zmuszają do trwania w jednym miejscu. Po pięciu minutach wykonywania prostej gimnastyki umieram z nudów. Rowerowy trenażer budzi we mnie obrzydzenie, mechaniczna bieżnia nienachalne, acz stanowcze uczucie wstrętu. Być może chodzi o to, o czym pisała Rebecca Solnit w Zewie włóczęgi: „Na bieżni [mechanicznej – F.S.] chodzenie przestaje być formą kontemplacji, flirtu, badania. Staje się naprzemiennym ruchem kończyn dolnych (…). Dawno temu, kiedy kolej zaczęła niszczyć doświadczenie przestrzeni, o podróżach zaczęło się mówić…