Subskrybuj
Profesor filozofii, teolog, fizyk, kosmolog, pracownik Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Fundator i dyrektor Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych (UPJP2-UJ), członek Papieskiej Akademii Nauk, laureat Nagrody Templetona.

Racjonalność i zdziwienie

Nauka się rozwija, coraz mniej jest w naszych teoriach dziur, a rozumowanie badaczy z poprzednich wieków wydaje się nam dziś naiwne. Czy to oznacza, że nie ma już miejsca na podziw dla „cudów przyrody”?

W miarę jak coraz lepiej opanowywałem sztukę czytania struktur matematycznych, rosło moje zdziwienie faktem, że niektóre z  nich precyzyjnie „pasują” do pewnych obszarów świata. Na przykład równanie, które ktoś wymyślił (Maxwell, Einstein, Schrödinger…), a które ja przyswoiłem sobie z wielkim trudem, i to jedynie w pewnym tylko stopniu, tak się zachowuje, jakby w nim była zapisana – lub wręcz zadana – struktura pewnej części (lub aspektu) świata, z detalami, jakich nie mogli znać ci, którzy to równanie po raz pierwszy napisali. Tę zadziwiającą własność świata (i matematyki!) zwykłem nazywać jego racjonalnością. Przecież matematyka jest wykwitem ludzkiej racjonalności i jeżeli świat jej ulega, to można go nazwać – w tym i tylko w tym sensie – racjonalnym. Oczywiście nie chodzi o  matematykę, jaką wyrażamy za pomocą naszych pojęć i symboli, lecz o matematykę, do której nasze pojęcia i symbole jakoś się odnoszą.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem zdanie Leibniza, zapisane przez niego na marginesie tekstu Dialogus: „Gdy Bóg liczy i zamyśla, świat się staje”, uderzyła mnie trafność tej metafory. Rzeczywiście, równania Maxwella, Einsteina, Schrödingera i inne równania fizyki matematycznej zachowują się tak, jakby stanowiły fragmenty programu, według którego Bóg stworzył świat.

Moje zdziwienie skutecznością matematyki stawia nieco szerszy problem: jaka jest rola zdziwienia w  argumentacji za istnieniem Boga?

Natychmiast po postawieniu tego pytania trzeba dodać zastrzeżenie: zdziwienie nie jest argumentem w sensie logicznym (dziwić się można nawet błędom w rozumowaniu!), ale może mieć dużą moc emocjonalną i, skutkiem tego, bardzo wzmacniać lub osłabiać przekonania. Bynajmniej nie znaczy to, że emocje nigdy nie były (nad)używane w charakterze argumentów logicznych, a gdy to miało miejsce, wykazywały dużą moc sprawczą.

Zdziwienie architekturą świata narodziło się prawie równocześnie z naukami przyrodniczymi. Oczom badaczy ukazał się wówczas świat niespodziewany. Niezmienny kosmos Arystotelesa, widziany przez teleskop, okazał się złudzeniem rozumu, który bezkrytycznie wierzy niewydolnym zmysłom. Mikroskop otworzył nowe światy, zaskakujące swoim bogactwem. Kto przedtem mógłby przypuszczać, że oko komara jest precyzyjnym instrumentem optycznym, przewyższającym możliwości ziemskich konstruktorów? A nowa fizyka sir Izaaka Newtona tylko dlatego nie została ochrzczona teorią wszystkiego, że to określenie miano wymyśleć dopiero trzy wieki potem, gdy fizyka uczonego z Trinity College stała się już tylko szczególnym przypadkiem ogólniejszych teorii.

Matematyka Newtona nie działała jednak tak sprawnie, jak można by przypuszczać. Jego wszechświat wymagał warunków początkowych, których sam sobie nie mógł zadać (z tym i dziś mamy kłopoty), oraz „poprawek”, gdy jego struktura ulegała zaburzeniom (np. wskutek nieprzewidzianych odwiedzin komet). Żeby wszechświat działał sprawnie – i w teleskopowej, i w mikroskopowej skali – potrzebny był Konstruktor. Ten sposób myślenia znacznie się rozpowszechnił i z czasem został nazwany fizykoteologią.

 Rodzi się pytanie: czy moje zdziwienie racjonalnością świata nie jest bardziej wyrafinowaną formą tego samego zdziwienia, które zrodziło fizykoteologię? Chcę nad tym pomyśleć.

Zadziwienie światem

Fizykoteologia nie ma dobrych notowań ani w teologii, ani w historii nauki, w szczególności w historii nauki o życiu. Teologowie oskarżają fizykoteologię o zbyt pochopne przeskakiwanie od naturalnego podziwu do dopatrywania się wszędzie bezpośredniej działalności Boga. Biologowie widzą w niej styl myślenia, który blokował drogę do krytycznego myślenia i w efekcie do teorii ewolucji. Z dzisiejszej perspektywy tak to właśnie wygląda, ale w XVII w. perspektywa ta należała do odległej przyszłości. Bo jakie naukowe kontrpropozycje uczeni tamtych czasów mogli przeciwstawić fizykoteologicznym argumentom? Do dyspozycji były dwie wizje świata: Kartezjańska, która na Kontynencie jakiś czas jeszcze się broniła, i Newtonowska – na Wyspach było już oczywiste, że fizyka Kartezjusza w konkurencji z Newtonem długo nie wytrzyma. Kartezjański wszechświat jest światem mechanicznym, działa jak maszyna na zasadzie wzajemnych oddziaływań swoich części (zderzenia, tarcia). Aby wyjaśnić naturę jakiegoś zjawiska, należy odtworzyć jego genezę, to znaczy pokazać, jak mogło ono powstać na skutek działania przyczyn naturalnych (a nie przez odwoływanie się do bezpośredniego działania Boga). Jednakże wyjaśnienia, jakie Kartezjusz proponował przy pomocy swojej opisowo-mechanicznej fizyki, okazywały się nieskuteczne. Z kolei Newton ofiarowywał fizykę w pełni zmatematyzowaną i dobrze przystającą do obserwowanych zjawisk, ale sam podkreślał, że aby cały jego system mógł sprawnie funkcjonować, niezbędne są interwencje Stwórcy w niektórych krytycznych momentach. To właśnie ten pogląd, wywodzący się z wnętrza Newtonowskiej fizyki, walnie przyczynił się do utrwalenia fizykoteologii na Wyspach Brytyjskich.

###banner###

Autorem, którego często cytuje się jako typowego przedstawiciela fizykoteologii i któremu chętnie wytyka się naiwność jego argumentów, jest John Ray (1627–1705). Tę obecną „złą sławę” przyniosła mu jego niegdyś bardzo poczytna książka pt. The Wisdom of God Manifested in the Works of the Creation (Mądrość Boga przejawiająca się w dziełach stworzenia). Był on wybitnym botanikiem swoich czasów. Położył duże zasługi w  dziedzinie biologicznej taksonomii. Jemu biologia zawdzięcza pojęcie gatunku.

Ponieważ w zwięzłym artykule nie sposób dokonać wyczerpującej analizy całego dzieła, proponuję uważną lekturę niewielkiego fragmentu jako małej próbki argumentacji Raya. Chodzi mi o początek rozdziału poświęconego roślinom. Na wstępie Ray wyjaśnia, że przez rośliny rozumie takie ożywione byty, które są obdarzone duszą wegetatywną, i zapowiada, że następujące pytania będą przedmiotem jego zadziwienia: „(…) dlaczego niektóre rośliny wyrastają do dużych wysokości, a  inne czołgają się po ziemi, chociaż mają nasiona tej samej wielkości, albo nawet mniejsza roślina może mieć większe nasienie? Dlaczego każda poszczególna roślina ściśle przestrzega właściwości gatunku, do którego należy, i czyni to z taką stałością, że zawsze wytwarza liście tego samego kształtu, podziału i wzoru brzegów oraz produkuje takie same kwiaty, owoce i nasiona? Czyni to nawet wtedy, gdy się ją przesadzi do gleby, w której nigdy dotychczas nie wyrastały rośliny tego rodzaju. A więc istnieje jakieś logos spermaticos, które to powoduje, albo raczej pewna inteligentna plastyczna Natura (…). W jaki bowiem sposób moglibyśmy wyjaśnić rozwój i wielkość roślin przy pomocy mechanicznych zasad ruchu materii bez odwolywania się do Opatrzności i Nadzoru jakiegoś wyższego Czynnika?”. Sformułowanie tych pytań rzeczywiście brzmi naiwnie dla naszego ucha (np. sugerowanie w nich związku pomiędzy wielkością rośliny i rozmiarami jej nasienia), lecz w gruncie rzeczy dotyczą one rzeczywistych problemów. Świadczy o tym fakt, że dopiero niedawno zdołaliśmy na nie odpowiedzieć za pomocą teorii ewolucji i genetyki. John Ray nie miał do dyspozycji takich narzędzi. Odrzuciwszy (sfalsyfikowawszy) hipotezę, że różnice między roślinami mogą pochodzić od gleby, na której rosną, wyjaśnień szukał w dostępnych mu koncepcjach. Powołuje się na trzy: Arystotelesa, głoszącą, że porządek świata jest wieczny; Epikura, że porządek powstał z przypadkowych ruchów atomów; i Kartezjusza, usiłującego przyczyny celowe całkowicie zastąpić wyjaśnieniami mechanicznymi. Obszerna polemika z tymi „wyjaśnieniami” (najobszerniejsza z Kartezjuszem) pozostawia na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Osiem lekcji na numer 800.