Subskrybuj
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Tutaj nie powinno być żadnych słów

Czy wiesz, jak zrobić koktajl Mołotowa, Filipie? Mój syn, dwunastolatek, wie.

W szkole nie mówią im prawie nic o wojnie, ale na przerwie kolega pokazał mu wideo z YouTube’a. Ja też już wiem, widziałam film na stronie BBC: kobiety upychały w butelkach styropian, rozkruszony, rozdrobniony, wyglądał jak śnieg.

Chcą coś robić, tłumaczyły dziennikarce, instrukcję wzięły może ze strony ukraińskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Przeczytałam ją: potrzebna jest benzyna i olej silnikowy, do tego styropian rozpuszczony w rozpuszczalniku, na przykład w acetonie. Mieszankę wlewa się do butelki z grubego szkła, do dwóch trzecich objętości. Jako korka najlepiej użyć paska tkaniny bawełnianej, pół metra wystarczy, trzeba ciasno zwinąć i poczekać, aż dobrze nasiąknie. Styropian jest potrzebny, bo sprawia, że taka ciecz dłużej się pali. Nie, nie ciecz, przepraszam. Czołg, na który się ją wyleje, dłużej się pali.

Dzisiaj na Facebooku pod zdjęciem warszawskiej Syreny owiniętej w ukraińską flagę ludzie wpisywali pytania, czy taki gest to nie przesada. Wspieram, ale. Rozumiem, że wojna, ale. Po „ale” było wiele podobnych bezdusznych zdań: że jesteśmy w Polsce, że nasza flaga jest biało-czerwona. Sto ripost przyszło mi do głowy, ale każdy komentarz skasowałam. Wszystkie słowa mi się wydawały głupie, nieprzystające, dydaktyzujące albo zbędne. I tutaj też nie powinno być żadnych słów, to powinna być pusta kartka.

Nie chcę pisać tego felietonu.

Słowa coraz częściej przestają mieć znaczenie i nieść znaczenie. Kryzys. Inwazja. Sankcja. Duma. Męstwo. Chwała. Polegli. To są wszystko określenia, których się używa, żeby bardziej atrakcyjnie opisać śmierć i wojnę. Tylko jak opisać wojnę? Jak pisać o osobach, które nocą budzi huk pocisków? Jak pytać o te doświadczenia? Nie mam takiego języka, nie chcę go nawet szukać. Nie chcę pisać tego felietonu.

O czym napiszesz swój?

Podobno Amerykanie zaproponowali Wołodymyrowi Zełenskiemu ewakuację z Kijowa. Odpowiedział: „Potrzebuję amunicji, nie podwózki”. Podoba mi się ta odpowiedź. Ale nie chcę takiego bohaterstwa.

Witalij Skakun, saper ochotnik, wysadził most, ale nie zdążył z niego zejść. Prezydent przyznał mu tytuł Bohatera Ukrainy.

Obrońcy Wyspy Węży odmówili Rosjanom poddania się. Ich dowódca powiedział: „Rosyjski pancerniku, idź na chuj”. Podoba mi się ta fraza, wiele osób ją teraz pożycza. Ale nie chcę takiego bohaterstwa, idźcie z nim na chuj.

O wiele częściej niż o żołnierzach myślę zresztą o kobietach, dziewczynach, Ukrainkach. O żołnierkach, które mają prawo walczyć na stanowiskach bojowych ledwie od paru lat, od 2016 r. Wcześniej mogły na rzecz wojska wykonywać prace wspomagające, być pielęgniarkami, kucharkami, pracowniczkami biurowymi. Teraz w ukraińskich siłach zbrojnych jest kilkanaście procent kobiet, może już nawet jedna piąta, z dnia na dzień zaciąga się ich więcej. To świetnie. Ale nie takiego chcę równouprawnienia.

Zresztą w wojnie nie ma żadnego równouprawnienia, raczej utrwalone podziały: to mężczyźni, którzy byli za granicą, wracają do Ukrainy. Żeby walczyć, zostawiają studia, pracę, życie. To kobiety stoją w wielokilometrowych kolejkach na granicy, żeby przez nią przeprowadzić osoby, które mają pod opieką. Zostawiają studia, pracę, życie. To kobiety sprowadzają dzieci do metra i ukrywają zwierzaki pod kurtkami.

Myślę o tym, oglądając wojnę w internecie.

Wyszukuję filmy, na których Ukrainki rugają rosyjskich żołnierzy. „Nie pokażę wam paszportu – krzyczy blondynka, wysiadając z samochodu, na tylnym siedzeniu wiezie dwoje dzieci. – Na jakiej podstawie, ja kieruję się Konstytucją Ukrainy! Pokażcie twarze, czemu się ukrywacie. Wyście tutaj przyszli, do mnie, na moją ziemię, czemu ja mam paszport pokazywać?”

To są wspaniałe historie, z takich budujemy opowieści o wojnie. O poświęceniu, odwadze. Ale nie chcę takich opowieści.

W wojnie nie ma nic atrakcyjnego, tak myślę, ale może jestem w błędzie, bo przecież tweetujemy o wojnie. Komentujemy wojnę, hakujemy wojnę. Żartujemy z wojny, robimy o niej memy, dziś widziałam taki, który naprawdę mnie rozśmieszył: wielki rosyjski niedźwiedź kroczący wprost na klocek lego zrobiony z dwóch części, na górze niebieska, na dole żółta. Okazuje się, że wojna może też powodować chichot. Ale nie chcę, żeby mnie to bawiło.

Nie chcę butelek z benzyną i zapór przeciwczołgowych na torach.

Serce mi od tych obrazków rośnie tylko na moment.

W wojnie nie ma nic podnoszącego na duchu. Nawet jeśli przez chwilę śmieję się z kolejnego mema.

Wierzysz jeszcze w słowa, Filipie?


Cześć, Olgo! Właśnie miałem do Ciebie dzwonić, gdy przyszedł Twój e-mail.

Redakcja ciśnie, żeby już wysyłać felieton, więc od tygodnia budzę się każdego ranka, aby go w końcu sklecić. To mój sprawdzony sposób na teksty pisane w ostatniej chwili –…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką