Subskrybuj
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Umysł usprawniony?

Naukowcy sprawdzają, jak na naszą kreatywność i funkcjonowanie układu nerwowego wpływają np. mikrodawki LSD. Jestem jednak bardzo ostrożny, gdy ktoś mówi ludziom: tu macie pigułkę, która zapewni wam lepszą pamięć bądź większą wydajność w pracy.

Nasze mózgi są dziś nieustannie przebodźcowane informacjami. Z pomocą przychodzą oczywiście rozmaite środki farmakologiczne czy techniczne (choćby aplikacje w smartfonach czy smartwatche), które obiecują zwiększyć nasze możliwości poznawcze, a przez to naszą efektywność. Jak na te trendy patrzy neurobiolog?

Ostrożnie i sceptycznie – tak jak powinien naukowiec. Głównie z powodu często wątpliwej ich skuteczności, ale nie tylko. Sokrates był przeciwny pismu. Uważał, że człowiek inteligentny nie powinien zapisywać – powinien pamiętać, a zapisywanie rozleniwia. Dlatego to Platon musiał spisać słowa swojego mistrza. Napięcie między tymi dwiema perspektywami jest wciąż obecne. Przykładowo dziś widać, że mamy obniżony poziom pamięci operacyjnej.

Kiedyś, gdy trzeba było zapamiętywać numery telefonów, radziliśmy sobie pod tym względem znacznie lepiej. Zmierzono, że pamięć operacyjna mieściła od 5 do 9 elementów. Obecnie jej pojemność to raczej 3–7 elementów. Przestaliśmy ją ćwiczyć.

Ale taka jest cena używania techniki. Jednak nie marzymy o powrocie do czasów, gdy np. musieliśmy ręcznie myć naczynia albo prać ubrania.

Te technologie oszczędzają czas, jednak nigdy nie były wprost sprzęgnięte z naszym układem nerwowym. W projektowaniu niektórych aplikacji korzysta się zaś z badań dotyczących odczuwania przyjemności tak, żeby ich używanie zwiększało poziom dopaminy w naszych mózgach.

Odpowiem przewrotnie, że według mnie te dawne urządzenia nie różnią się aż tak bardzo od tych nowych. Kiedy zmywarka wykonuje swoją pracę, też przez jakiś czas rośnie nam poziom dopaminy. Odczuwamy przyjemność, bo dzięki technologii nie musimy tyle pracować.

Ale zmywarek nie projektuje się, używając badań dotyczących tego, jak ludzie zachowują się w kasynach. A niektóre aplikacje – niestety tak.

To prawda – w drugim przypadku mamy do czynienia ze świadomym działaniem twórców, których nadrzędnym celem jest pozyskanie naszego czasu. Do opracowania tego rodzaju narzędzi nie potrzebujemy odwoływać się do neurobiologii. Wystarczy, że twórcy tych aplikacji rejestrują i analizują czas, jaki spędzamy np. przy danym filmiku. Używają do analizy tych danych algorytmów wyłapujących charakterystyczne wzorce, co pozwala serwować treści tak, żeby jak najdłużej przykuć uwagę odbiorcy. Ale tutaj w zasadzie nie wychodzimy poza śledzenie statystyk klikalności czy oglądalności. Wiadomo, że w mózgu odbiorcy coś się dzieje – a to, przy czym spędza więcej czasu, zwykle jest tym, co sprawia mu przyjemność. Nie ma tu wielkiej tajemnicy, nie trzeba powoływać się na neuronaukę.

Zbyt szybko zaczynamy szukać „mózgowego” wyjaśnienia takich zagadnień?

Tak jak istnieje zjawisko „greenwashingu”, czyli celowe wywoływanie fałszywego wrażenia, że jakiś produkt jest ekologiczny, tak też mamy „neurowashing”. Nie w sensie „prania mózgu”, ale „prania mózgiem”: używania cząstki „neuro”, żeby dodać nowości i pozoru naukowości głoszonym twierdzeniom. Dobrym przykładem jest np. neurodydaktyka. Moim zdaniem i  zdaniem wielu naukowców to pewnego rodzaju twór medialny. Głównym przesłaniem neurodydaktyki jest to, że należy dzieci uczyć tak, żeby się nie nudziły i  miały przyjemność z  tego procesu. To bardzo słuszne przesłanie, ale myślę, że nauczyciele wiedzą o tym od tysięcy lat. To, co próbuje wnieść neurodydaktyka, to wiedza o funkcjonowaniu mózgu, jednak robi to niefachowo i nieudolnie, głównie celem „dosmaczenia”. Twierdzenie, że coś powoduje zwiększenie dopaminy w mózgu, jest twierdzeniem pośrednim – trudno przeprowadzić rzetelne badania sprawdzające np. poziom dopaminy u uczniów podczas ciekawej lekcji.

Wracając do manipulacji wykorzystywanych przez Facebooka, TikToka czy inne serwisy internetowe, to właściwie nie potrzebujemy do zwiększania ich skuteczności neurobiologii. Możemy się opierać na wskaźnikach takich jak śledzenie naszego wzroku – czas patrzenia na części sceny, kolejność kierowania wzroku – co wykorzystywane jest przy np. projektowaniu sklepów, zarówno realnych, jak i  internetowych.

Kiedy mówię komuś, że zajmuję się neurobiologią, to słyszę często, że zaraz przyczepimy wszystkim elektrody i będziemy mogli dzięki temu kontrolować ludzi. A przecież do kontrolowania ludzi nie potrzeba żadnych elektrod – są na to sztuczki psychomanipulacji znane od dawna.

W związku z wielością informacji, które codziennie przyswajamy, pojawia się pytanie, czy nie powinniśmy móc sięgnąć po środki farmakologiczne, które mogą zwiększyć nasze możliwości poznawcze (zwłaszcza w kontekście naukowym). Już kilkanaście lat temu Michael Gazzaniga, w pewnym sensie ojciec założyciel neuronauki poznawczej, apelował (wspólnie z grupą innych naukowców) o umożliwienie dostępu do różnych substancji prokognitywnych osobom zdrowym i komunikację między naukowcami, lekarzami, bioetykami i użytkownikami tych substancji. Pozwoliłoby to opracować protokoły zażywania tych środków bez kontekstu terapeutycznego. Te substancje to zwykle leki powstające z myślą o osobach z różnymi zaburzeniami neurologicznymi czy psychiatrycznymi (np. narkolepsją czy ADHD). Co Pan sądzi o takiej drodze poszukiwania usprawnień naszych zdolności?

Jestem raczej sceptyczny. Z jednej strony uważam, że nie powinniśmy stosować zakazu badań substancji psychoaktywnych, zwłaszcza gdy mogą być one wykorzystywane jako potencjalne leki. Obecnie w kontekście terapeutycznym testuje się np. LSD i inne substancje psychodeliczne. To bardzo dobrze. Z drugiej strony znane mi metaanalizy dotyczące leków nootropowych czy innych substancji prokognitywnych, zwłaszcza roślinnych, pokazują, że efekty ich stosowania u zdrowych osób są znikome. Powiem szczerze, że gdyby ktoś rozłożył przede mną całą aptekę i poprosił o wskazanie substancji na poprawę kondycji umysłowej, to zasugerowałbym mu raczej dobre wakacje, porządne wysypianie się, aktywność umysłową i regularną gimnastykę.

###banner###

Rozczarował Pan właśnie niektórych czytelników. Są jednak uczeni przekonani, że niewielkie ilości środków psychoaktywnych mogą np. wspomagać kreatywność w pracy naukowej czy artystycznej.

Zgadzam się, że badania w tym zakresie powinny być prowadzone. Jednak znane mi rezultaty dotyczące prokognitywnego wpływu np. miłorzębu pokazują, że jego efekt był praktycznie na poziomie placebo. W przypadku takich środków efekt oczekiwania jest bardzo silny i  podając dwie duże, czerwone tabletki – najsilniejszy efekt placebo – możemy sprawić, że ludzie będą twierdzić, że lepiej się czują i lepiej zapamiętują.

Jedną z takich substancji usprawniających jest modafinil, który przyjmuje się jako lek ułatwiający radzenie sobie z deprywacją snu, np. z jet lagiem. Kilka lat temu pojawiły się dobrze udokumentowane przypuszczenia, że stosuje go Barack Obama. Badania sugerują, że nie tylko działa on na osoby mające kłopoty ze snem po zmianie czasu, ale także innym przemęczonym osobom przywraca poczucie względnego optimum. Może więc stosowanie takich środków nie powinno być zarezerwowane tylko dla celów leczniczych, ale także dla osób zdrowych, które chcą usprawnić swoje funkcjonowanie?

Jeżeli ktoś ma już problemy związane ze stresem i z przepracowaniem, to taka substancja może pomóc wrócić mu do utraconej równowagi. Jednak nie znam badań, które by jednoznacznie pokazywały, że możemy podnieść zdolności umysłowe ponad wartość charakterystyczną dla danej osoby. Często to, co obserwujemy, to wspomniany już efekt placebo. Musimy też pamiętać, że wprowadzanie każdej zmiany biochemicznej powoduje, iż nasz organizm przyzwyczaja się do podawanej mu substancji. Długotrwałe używanie tego typu polepszaczy może spowodować, że ich odstawienie będzie bardzo trudne. Widać to np. u ludzi, którzy cierpią na problemy ze snem. Leki nasenne są cennym narzędziem w walce z bezsennością, pozwalają funkcjonować osobom mającym kłopoty z  mózgowym układem regulacji aktywności i snu. Jeżeli jednak osoba mająca jedynie lekkie problemy ze snem, które mogłaby rozwiązać za pomocą różnego rodzaju technik behawioralnych (regularnego trybu spania czy unikania patrzenia na ekran przed snem), wejdzie na drogę farmakologiczną, to później trudno z niej zejść. Niestety, każda substancja mająca potencjalne działanie neuromodulujące, czyli taka, która przechodzi przez barierę krew–mózg i wpływa na komórki nerwowe, ma potencjał do wywołania długotrwałej zmiany. Zawsze istnieje pytanie o proporcje korzyści i szkód, na które musi odpowiedzieć specjalista w ścisłej współpracy z pacjentem.

Co do zasady uważam, że nie powinniśmy blokować naukowcom możliwości szukania nowych środków i eksperymentowania np. z podawaniem mikrodawek LSD. Takie badania mogą nam powiedzieć, jakie są podstawy funkcjonowania naszego układu nerwowego i ludzkiej kreatywności. Również jestem za depenalizacją niektórych substancji psychoaktywnych. Uważam, że marihuana powinna być dostępna tak, jak nikotyna. Tam, gdzie depenalizuje się substancje, które nie mają dużego potencjału uzależniającego, wcale nie zwiększa się popyt na inne, twarde narkotyki. Byłbym jednak zawsze bardzo ostrożny, żeby wmawiać ludziom: tu macie pigułkę, która wam zapewni np. lepszą pamięć. Żeby udowodnić taką tezę, potrzebne są rozbudowane, wielokrotnie powtarzane badania, a takich producenci suplementów nie robią i nie chcą robić.

David Nutt, brytyjski psychofarmakolog, stwierdził, że gdyby alkohol wynaleziono dzisiaj, to byłby on prawdopodobnie zaklasyfikowany w grupie najgroźniejszych, najbardziej toksycznych i uzależniających substancji.

Zgadza się. Ma spory potencjał uzależniający, niesie ogromne koszty społeczne, jest rakotwórczy i  w  nawet niewielkich ilościach powoduje zmniejszenie objętości mózgu.

Nie jest zakazany, a wręcz jest dziś tak łatwo dostępny, wyłącznie ze względu na to, że przez tysiąclecia wytworzyliśmy wokół niego pewną kulturę. Może wokół substancji prokognitywnych – również wobec psychodelików, które są wielokrotnie mniej szkodliwe niż alkohol – też z czasem powstanie taka akceptowana „kultura spożycia”?

To prawda, że kulturowa kontrola spożywania takich substancji jest ogromnie ważna. Do tego dochodzi technologia. Prof. Jerzy Vetulani twierdził, że jedną z przyczyn problemów naszej cywilizacji z alkoholem było wynalezienie destylacji. Alkohol jest substancją naturalną i  ludzie od wieków produkowali różne rodzaje piwa i wina. W tych napojach występują raczej niskie stężenia alkoholu, łatwiej kontrolować spożycie. Po wynalezieniu destylacji pojawiły się produkty o  bardzo wysokim stężeniu alkoholu, które powodują, że stosunkowo szybko i tanim kosztem możemy się wprowadzić w stan odurzenia. Dodatkową barierą był też wspomniany mechanizm kulturowy – alkohol jako produkt spożywany wspólnie i od święta pod kontrolą społeczności. W dzisiejszych, bardziej zatomizowanych społeczeństwach ten hamulec działa w słabszym stopniu. Ale ma Pan rację – być może za jakiś czas, kiedy rzeczywiście wykażemy, że substancje takie jak psylocybina mają np. potencjał wzmacniający kreatywność, będą one używane tak, jak teraz kofeina.

Może gdyby istniała taka kultura zażywania różnych substancji psychoaktywnych (w kontekście nootropowym, przeciwbólowym, relaksacyjnym), to epidemia uzależnienia od opioidów, która zwłaszcza w USA zbiera swoje żniwo, byłaby łatwiejsza do powstrzymania?

To ciekawy przykład. Mówiąc w dużym uproszczeniu, epidemia nadużywania opioidów w USA wybuchła w wyniku niedostatecznych regulacji systemu wolnorynkowego. Producenci opioidów wiedzieli, jak „zhakować” system: wmówili agencjom regulacyjnym i ludziom, że ich produkty nie uzależniają, oraz skierowali swoje siły marketingowe na lekarzy. Kłopot w tym, że jest na odwrót – opioidy mają jeden z najsilniejszych potencjałów uzależniających. Każdy farmakolog o tym wie. Działają fantastycznie na poziomie rdzenia kręgowego, blokując ból, ale jednocześnie przenikają przez barierę krew–mózg i pobudzają mózgowy układ nagrody. Powinny być używane wszędzie tam, gdzie są wskazane, np. w chorobach onkologicznych czy bólach neuropatycznych. W Polsce opioidowe leki przeciwbólowe są ordynowane zbyt rzadko. Jednocześnie substancje te muszą podlegać ścisłej kontroli, bo działają na wspomniany układ nagrody, czyli bezpośrednio sprawiają, że człowiekowi jest miło i przyjemnie. Niestety taka „pigułka…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Neuronauka i neurobzdury