W chwili gdy piszę te słowa, rosyjskie rakiety spadają na Kijów, a wojska agresora próbują przełamać linię obrony ukraińskiej stolicy. Zaledwie kilka tygodni temu mało kto mógł wyobrazić sobie równie tragiczną, co surrealistyczną sytuację. Jeszcze trudniej było ją przewidzieć w momencie upadku komunizmu w Europie Wschodniej i rozpadu Związku Radzieckiego, gdy kształtował się nowy globalny układ.
To wtedy Francis Fukuyama ogłosił koniec zimnej wojny końcem historii jako takiej, tzn. „ostatnią fazą ideologicznej ewolucji ludzkości” i rozpowszechnieniem zachodniej demokracji liberalnej jako ostatecznej formy rządów. Niezależnie od oceny samej prognozy rozpad ZSRR był powszechnie postrzegany jako odrębne wydarzenie, które zdawało się dokonać w cudowny sposób, niemalże z dnia na dzień; miało więc stanowić punkt zwrotny w jakimś procesie – a nie proces sam w sobie. „Trudno mi wyobrazić sobie wydarzenie dziwniejsze i bardziej zaskakujące, a na pierwszy rzut oka bardziej niewytłumaczalne niż nagły i całkowity rozpad, zniknięcie ze sceny międzynarodowej (…) wielkiego mocarstwa znanego kolejno jako Imperium Rosyjskie i Związek Radziecki” – napisał w 1995 r. George F. Kennan, nestor amerykańskiej sowietologii.
Patrząc wstecz, rok 1991 wcale nie oznaczał końca historii ani rozumianej jako ideologiczna ewolucja ludzkości, ani w znaczeniu dyscypliny naukowej, która udokumentowała długotrwały i bolesny rozpad większości światowych imperiów. Tym, co obecnie obserwujemy na obszarze postsowieckim, jest kontynuacja procesu rozpadu ZSRR, wraz z wiążącym się z tym dążeniem do ustanowienia stref wpływów, trwającymi sporami granicznymi i otwartymi działaniami wojennymi. Dostrzegamy także powrót Rosji na scenę międzynarodową, próbującej odgrywać rolę już nie tylko regionalnego, ale i globalnego mocarstwa na wzór swoich poprzedników, Imperium Rosyjskiego i Związku Radzieckiego.
Kto chciał odejść z ZSRR
Po osłabnięciu euforii z początku lat 90. potrafimy dokonać trzeźwiejszej oceny rozpadu ZSRR i jego przyczyn. Możemy zarazem sprecyzować kierunek, zgodnie z którym dokonuje się opisywany przez nas proces, a dzięki temu, być może, będziemy zdolni postawić rzetelniejsze prognozy na przyszłość. Trzeba rozpocząć od rzeczy najbardziej oczywistej: przestrzeń postsowiecka rozpadła się na kilkanaście mniejszych państw, każde z nich o innej dynamice, często zmierzające w różnych kierunkach. Ważną rolę w rozwoju sytuacji w regionie po upadku ZSRR odegrało przedradzieckie dziedzictwo dawnych republik.
Wskazuje na to fakt, że upadek Związku Radzieckiego rozpoczął się na ziemiach zaanektowanych najpóźniej, w czasie II wojny światowej, zajętych najpierw w konsekwencji paktu Ribbentrop-Mołotow, a następnie odzyskanych od nazistowskich Niemiec w latach 1944–1945 w wyniku porozumień jałtańskich. Parę dekad później na czele mobilizacji przeciwko centrum sowieckiemu stanęły właśnie kraje bałtyckie. Estonia jako pierwsza republika radziecka ogłosiła suwerenność, uznając tym samym nadrzędność jej własnego prawa względem prawa ZSRR.
Z kolei Litwa jako pierwsza zadeklarowała całkowitą niezależność od Związku Radzieckiego. Uczyniła to w marcu 1990 r. na pierwszej sesji wybranego w wolnych wyborach parlamentu. Nawet Komunistyczna Partia Litwy odżegnała się od ZSRR, ogłaszając odłączenie się od Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Przywództwo przeszło w ręce przedstawicieli nowej elity, składającej się z intelektualistów i technokratów, podobnie jak kilka lat później w Europie Wschodniej.
Dążenie Bałtów do odzyskania niepodległości utraconej w płomieniach II wojny światowej wywołało efekt fali w całym Związku Radzieckim. Aby poradzić sobie z bałtyckimi „frontami ludowymi” – organizacjami niepodległościowymi, które do osiągnięcia celu wyprowadzały na ulice setki tysięcy ludzi – Moskwa i lokalne elity partyjne zorganizowały „fronty międzynarodowe”, które starały się zaktywizować rosyjskie i rosyjskojęzyczne mniejszości w republikach.
Mobilizacja Rosjan na zachodnich kresach ZSRR wkrótce wpłynęła na wydarzenia w Moskwie. Hasło „najpierw Rosja” zjednoczyło rosyjskich nacjonalistów i demokratów, dzięki którym Borys Jelcyn (wpierw protegowany Gorbaczowa, później jego zaprzysięgły wróg) objął stanowisko przewodniczącego rosyjskiego parlamentu, a następnie prezydenta Rosji.
Zwycięstwo Jelcyna było wynikiem zarówno uaktywniania się działaczy w największych miastach, jak i wsparcia na nowo organizujących się robotników, strajkujących z powodu warunków ekonomicznych, ale też oczekujących, że władze rosyjskie pomogą im w czasie, gdy zawiodły instytucje centralne.
###banner###
Do czerwca 1991 r. Moskwa miała dwóch prezydentów: Rosji i ZSRR. Jednak w Rosji, w przeciwieństwie do republik bałtyckich, funkcję lidera opozycji wobec władz centralnych pełnił były szef partii, a nie jak na Litwie – intelektualista Vytautas Landsbergis, profesor muzykologii. Mimo że Jelcyn publicznie porzucił partię komunistyczną, a następnie zawiesił jej działalność, to zasadnicza różnica polegała na tym, że w przeciwieństwie do krajów bałtyckich nowa elita rosyjska nigdy nie zerwała dostatecznie z radziecką przeszłością.
Aktywizacja w Ukrainie, drugiej po Rosji pod względem liczby ludności i gospodarki republice radzieckiej, łączyła w sobie obie dążności. Na zachodnich obszarach Ukrainy, anektowanych przez Związek Radziecki na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, mobilizacja przebiegała według modelu bałtyckiego, koncentrując się na kwestiach historii, języka, kultury i suwerenności narodowej. Ogłoszenie przez Ukrainę niepodległości w następstwie nieudanego puczu w Moskwie w sierpniu 1991 r. nie tylko jednak było wynikiem sojuszu nacjonalistów, demokratów i strajkujących w regionie Donbasu robotników, ale doszło do skutku także dzięki wsparciu aparatu partyjnego, zagrożonego po zawieszeniu przez Borysa Jelcyna działalności partii komunistycznej.
1 grudnia 1991 r. Ukraińcy zadali ostateczny cios Związkowi Radzieckiemu, głosując przytłaczającą większością głosów (91%) za niepodległością.
W tym czasie kraje bałtyckie, podobnie jak Mołdawia i znaczna część Kaukazu, nie były już częścią ZSRR. Za to Białoruś i środkowoazjatyckie republiki, wciąż liczące na dostawy subsydiowanego gazu i ropy z Rosji, nie spieszyły się z odejściem. Nawet bogaty w surowce Kazachstan wahał się przed deklaracją niezależności, częściowo ze względu na znaczącą liczbę ludności słowiańskiej. Jednak decyzja Rosji, by uznać niepodległość Kijowa i nie brać na siebie ciężaru utrzymania jedności bez znacznych zasobów ludzkich i gospodarczych Ukrainy, oznaczała koniec ZSRR. Chcąc nie chcąc, Białoruś i republiki Azji Środkowej również musiały się odłączyć.
25 grudnia 1991 r. Michaił Gorbaczow ogłosił rezygnację z funkcji prezydenta po tym, jak Związek Radziecki przestał już istnieć jako podmiot prawny, a więc został formalnie rozwiązany przez przywódców republik związkowych. Okazało się, że był to początek procesu rozpadu, ale nie jego koniec.
Demokracje ograniczone i upadłe
Upadek ZSRR nie był bynajmniej triumfem demokracji, jak sądzono w 1991 r., lecz wspólnym zwycięstwem nacjonalistów, demokratów i partyjnych aparatczyków, których role i ideologie różniły się w poszczególnych republikach. W niektórych przypadkach władzę skonsolidowały najkonserwatywniejsze sowieckie elity.
Zróżnicowane drogi ku niepodległości pośród poszczególnych republik wpłynęły na dalszą trajektorię formalnie niepodległych od tej pory państw. Zaczęły one, z godnym uwagi wyjątkiem krajów Azji Środkowej, od znacznej demokratyzacji instytucji i życia politycznego. Jednak nie wszystkie państwa były w stanie utrzymać lub umocnić tendencje demokratyczne w trakcie burzliwych lat transformacji postsowieckiej. W rzeczywistości większości z nich nie udało się tego dokonać.
Demokracja odniosła pełny sukces jedynie w krajach bałtyckich, gdzie okazała się trwalsza i odporniejsza na naciski autorytarne, nawet w porównaniu z nienależącymi do ZSRR krajami byłego bloku komunistycznego, zwłaszcza Węgier i Polski. Demokracja w formie opartych na konkurencji wyborów przetrwała w Ukrainie, w Mołdawii, Gruzji, Armenii i, do pewnego stopnia, w Kirgistanie, który pod tym względem stanowił wyjątek wśród państw Azji Środkowej. Nie udało się tego osiągnąć w pozostałych krajach regionu – w Kazachstanie, Uzbekistanie, Turkmenistanie i Tadżykistanie.
Na Białorusi proces osuwania się w autorytaryzm rozpoczął się w połowie lat 90., po wyborze Aleksandra Łukaszenki na prezydenta. Prawdziwa dyktatura nastała w 2020 r., gdy Łukaszenka użył nieograniczonej przemocy wobec pokojowych demonstrantów, którzy protestowali przeciwko powszechnym fałszerstwom wyborczym popełnianym przez rząd walczący o utrzymanie władzy.
W Rosji, która na przełomie lat 80. i 90. była ostoją demokracji dla konserwatywniejszych republik, autorytaryzm zaczął przybierać na sile po nieudanym zamachu stanu przeciwko Borysowi Jelcynowi w 1993 r. Prezydent Rosji rozkazał swojemu wojsku zdławić pucz przy użyciu czołgów i zmienił konstytucję tak, aby wzmocnić uprawnienia sprawowanej przez niego funkcji. Władimir Putin, zasiadając w 2000 r. na Kremlu, w pełni wykorzystał reformy poprzednika.
W 2021 r., po dwukrotnym sprawowaniu funkcji premiera i w trakcie kolejnej prezydentury, Putin ponownie zmienił konstytucję, umożliwiając sobie dwie następne kadencje głowy państwa, z których każda została przedłużona z pierwotnych pięciu lat do siedmiu.
Liczne indeksy rozwoju demokracji niezmiennie plasują trzy kraje bałtyckie daleko przed innymi byłymi radzieckimi republikami. Opracowywany przez fundację Bertelsmanna Indeks Transformacji (2020 r.) wyróżnia wśród nich trzy kategorie. Ukraina, z wynikiem 6,81 punktu, wyprzedza Armenię, Gruzję, Kirgistan i Mołdawię w grupie „ograniczonej demokracji”. Rosja, z wynikiem 5,3, przewodzi kategorii „bardzo ograniczonej demokracji”. Za nią plasują się Kazachstan, Białoruś, Azerbejdżan i Uzbekistan. Na samym dole znajdują się Tadżykistan i Turkmenistan, które uzyskały odpowiednio 3,32 i 2,71 punktu i tworzą obóz „upadłej demokracji”.
Wbrew oczekiwaniom z 1991 r. demokracja liberalna nie zdołała objąć większości krajów byłego Związku Radzieckiego, a większość państw postsowieckich, w tym Rosja, znajduje się obecnie na ścieżce autorytaryzmu, a nie demokracji.
Bogaci i biedni
Wydaje się, że historia dobiegła końca w 1991 r. pod jednym względem – odrzucenia monopolistycznej własności państwowej i centralnego planowania wraz z przyjęciem, w różnym stopniu, zasad własności prywatnej, wolnej przedsiębiorczości i gospodarki rynkowej.
Niestety, rządy prawa nie stały się zasadą definiującą życie polityczne, społeczne i gospodarcze. Silne regulacje państwowe i manipulacje, którym towarzyszyła korupcja, stały się stale obecnymi cechami ekonomicznego działania w regionie. Po raz kolejny kraje bałtyckie stanowią jedyny wyjątek od tej ogólnej reguły. Demokracja i rządy prawa idą tam w parze z najwyższym PKB per capitana obszarze poradzieckim (w 2020 r. liderem była Estonia z wynikiem 23 tys. USD rocznie). Tam gdzie demokracji nie towarzyszą rządy prawa, transformacja gospodarcza ostatnich 30 lat przyniosła mniej niż skromne rezultaty. Ukraina, o najwyższym poziomie rozwoju demokracji, znajduje się na samym dole…