Przemówienie z okazji otrzymania doktoratu honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego
Jego Magnificencjo, Wysoki Senacie, Szanowni Państwo!
Pozwólcie mi, proszę, że na wstępie powitam imiennie jedną osobę – wybitną chirurg Uniwersytetu Jagiellońskiego, mojej żony i moją przyjaciółkę od gimnazjalno-licealnych sandomierskich czasów, prof. Jadwigę Stypułkowską.
Szanowni Państwo, to wielki i niespodziewany zaszczyt spadł na mnie, że u kresu życia, gdy, mówiąc metaforycznie, dobiegam już do mety, a wszystkie moje ambicje, aspiracje, pragnienia i oczekiwania zanurzają się w strefie cienia, Uniwersytet Jagielloński w swoją 658. rocznicę obdarza mnie godnością doktora honoris causa. Jeśli pomyślę, że ta wielowiekowość i duch Uniwersytetu były ostoją nadziei Polaków, mnie, nieskorego już do emocji, ogarnia wzruszenie.
Dziękuję władzom Uniwersytetu za tę godność, chociaż nie wiem, czy moja literatura na nią zasłużyła. To nie kokieteria. Zbyt długo żyję i zbyt dużo wiem o literaturze, nie tylko o jej przeszłości, także współczesności, aby nie zdawać sobie sprawy i nie odnosić tego również do siebie, że – jak powiedziałem przed laty, otrzymując pierwszą Nagrodę Nike – dzieje literatury to cmentarzysko i tylko nielicznym udało się zmartwychwstać. Ta świadomość towarzyszyła mi od pierwszego zdania w moim debiutanckim Nagim sadzie. A nawet dużo wcześniej – od pierwszej myśli, że może bym spróbował coś napisać, nie wiedząc jeszcze co. Ta myśl długo we mnie dojrzewała, ostrzegając przed ryzykiem, zadręczając wątpliwościami. Przystępowałem do pisania z lękiem, z niewiarą, po kryjomu przed wszystkimi, oprócz mojej żony. Toteż debiutowałem późno, mając 35 lat. I mimo niejakiego sukcesu mojego debiutu to poczucie ryzyka i dręczące mnie wówczas wątpliwości nie opuściły mnie do dziś. Żyją we mnie w tym samym nasileniu przy pisaniu każdej kolejnej książki. Tak że czuję się wiecznym debiutantem. Z każdą książką doznaję niemocy, pokory, każda doświadcza mnie poczuciem nie jak umiem pisać, lecz jak nie umiem.
To poczucie nie jest jednak bezowocne. Wyzwala we mnie jakiś rodzaj przeciwstawnej energii, jakiś rodzaj sporu z otaczającym nas światem, który czyha na naszą wyobraźnię, nasze myśli, naszą osobność jako samodzielnego bytu, który chce nas zawłaszczyć, podporządkować swoim masowym, jednolitym normom. W tym trudzie oporu wobec zachłanności świata, w trudzie bycia wolnym widzę sens uprawiania literatury, mimo kosztów, jakie za to płacę. Patrząc na swoje życie z perspektywy 90 lat, sądzę, że to literatura nauczyła mnie wolności.
Szanowni Państwo, być może nie jest to dobry czas, aby mówić o literaturze. Za naszą wschodnią granicą toczy się barbarzyńska wojna i wszystkie nasze emocje, myśli, działania są ku niej skierowane. Bezmiar naszego współczucia przejawia się w nieprawdopodobnej skali niesienia pomocy ofiarom, co budzi podziw świata, ale i nas samych, Polaków, zdumiewa, że jesteśmy do takiej bezinteresowności zdolni. Jeśli można tak powiedzieć – jakbyśmy dzięki tej wojnie dokopali się w nas pokładów człowieczeństwa, nieskażonych żadnymi uprzedzeniami, kalkulacjami czy ideologiami. Skąd się to w nas bierze? – możemy zapytać. Żyjemy przecież w świecie permanentnych wojen i straszniejszych od tej na Ukrainie. Nie mam na myśli wojen historycznych, lecz te współczesne, żeby wymienić dla przykładu wojnę wietnamską czy rzeź plemienną w Rwandzie. Tylko te wszystkie wojny, które w świecie się toczyły i toczą, to wojny oddalone, których fragmenty docierają do nas w przekazach telewizyjnych, prasowych, a od niedawna również internetowych. Wyjątkowość wojny na Ukrainie bierze się stąd, że ta wojna może przekroczyć i nasz próg. A dla zdecydowanej większości Polaków jest to pierwsza wojna w ich życiu.
Jeśli przyjąć, że świat jest dla każdego zawsze teraźniejszy i zawsze dzieje się w granicach jego lat, to dla mnie ze względu na mój wiek teraźniejsza jest i poprzednia wojna – wielka światowa. I to nie jest kwestia pamięci tamtych zdarzeń, lecz mojego ciągłego ich przeżywania.
Wciąż stoję przy drodze, którą gonią kolumnę Żydów polskich na śmierć. I wciąż stoję w tłumie zgromadzonej przymusowo wsi, spoglądając w górę na trzech mężczyzn wieszanych za nieoddanie kontyngentu. Jeszcze się szamoczą.
Przywołuję tamtą wojnę, nie żeby umniejszyć tragiczności tej na Ukrainie. Przywołuję, ażeby poszerzyć sobie pole zadumy nad dręczącym mnie pytaniem, kim jest człowiek, kim jestem ja jako ja, bo to pytanie podstawowe, żeby choć w części zrozumieć świat, w którym żyję. Do czego jestem zdolny w takich czy innych okolicznościach, nie winiąc okoliczności? A na ile moje człowieczeństwo jest zależne od takich lub innych okoliczności? A jaka jest moc takich lub innych okoliczności, że potrafią wydobyć z człowieka anioła lub potwora? Czy to nie my, ludzie,…