Subskrybuj
Dr hab., semiotyk kultury, pracownik Instytutu Kultury UW. Interesuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i antropologią codzienności. Autor książek: Mitologia współczesna (2013), Władza wyobraźni (2014), Powstanie umarłych (2016). Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Powstanie warszawskie, czyli ortografia pamięci

Być może jest tak, że obszary życia społecznego, które raz zostały zatrute nowomową, pozostają pod jej wpływem jeszcze długo po upadku dyktatury – może nawet na zawsze? Z pewnością o powstaniu warszawskim długo jeszcze nie będzie można pisać „tak po prostu”.

Od ośmiu lat naukowo zajmuję się pamięcią kulturową. W skali akademickiej to wprawdzie niewiele, jednak wystarczająco długo, by zaobserwować pewne ciekawostki i powtarzające się zjawiska. Kiedy piszę o rewolucji francuskiej, powstaniu styczniowym albo II wojnie światowej – nikt się nie dziwi. Natomiast gdy piszę o powstaniu warszawskim, pojawia się konsternacja. Czy nie chodzi aby o Powstanie Warszawskie? Niekiedy korekta w dyskretny sposób zamienia „powstanie” na „Powstanie”. Innym razem dostaję e-mail z zapytaniem w tej sprawie. Nie upieram się przy „powstaniu” – choć gdy zależy to ode mnie, to w dyskursie naukowym i publicystycznym staram się konsekwentnie stosować małe litery, a wielkie zachować dla mów okolicznościowych bądź tekstów pamiątkowych. To na pozór błahe zagadnienie skłoniło mnie do napisania tekstu o znaczeniu marginaliów i drobnych szczegółów w polityce pamięci.

Walka o język

„Kwestia ortograficzna” niekiedy pojawia się przy okazji spotkań z ludźmi, którzy „znają mnie tylko z czytania”. Małe litery w zapisie powstania sugerują wbrew mojej intencji negatywny stosunek do wydarzenia. Tymczasem zgodnie z regułami ortografii to właśnie taki zapis powinien być traktowany jako neutralny, natomiast kapitałki – wskazywać na stosunek szczególnie pozytywny. Według Wielkiego słownika ortograficznego PWN nazwy wydarzeń historycznych można pisać wielką literą „ze względów uczuciowych bądź dla uwydatnienia szacunku”. Powstanie Warszawskie jest nawet jednym z przywołanych w tym kontekście przykładów. Mirosław Bańko, autorytet w dziedzinie poprawności językowej, do którego internauci kilkakrotnie zwracali się z pytaniem o „powstanie” lub „Powstanie”, radzi, by „ze swobody, jaką daje ten przepis (…) korzystać z umiarem, aby nie spowodować dewaluacji wielkich liter jako sygnału wyjątkowości wydarzenia”.

Dlaczego więc pisownia „powstanie warszawskie” zaskakuje tak wielu, a niektórych nawet oburza? Wydaje się, że nie chodzi tu o językową poprawność. Język jest podstawowym narzędziem kształtowania pamięci historycznej – bronią w walce o interpretację i ocenę poszczególnych wydarzeń. Powstanie warszawskie, szczególnie doświadczone językowymi zabiegami komunistycznej propagandy, jest niezwykle wrażliwym punktem, jeśli chodzi o wszelkie interwencje lingwistyczne i retoryczne.

Cztery i pół dekady Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej to czas walki o pamięć historyczną prowadzonej różnymi środkami. Często były to także potyczki z komunistyczną nowomową. Szczególne znaczenie powstania we współczesnym pejzażu polskiej pamięci zbiorowej jest w dużej mierze skutkiem tej długiej walki i wynikającego z niej wyczulenia, a nawet uczulenia na najdrobniejsze szczegóły, nierzadko związane właśnie z językiem, gestami, konwencją. W rzeczywistości, w której relacja między władzą a obywatelami często opierała się na czytelnych dla obu stron oszustwach językowych, sztuka czytania między wierszami i wrażliwość na niuanse stanowiły warunek przetrwania i działania w sferze publicznej. Często także były jedynym środkiem ocalenia pamięci. Wielka litera, cudzysłów, drobna, na pozór nieznacząca zmiana – obrazy przeszłości atakuje się właśnie poprzez szczegóły i poprzez szczegóły się ich broni…

Podobnie jak mity i rytuały, język propagandy politycznej nie tyle opisuje rzeczywistość, ile ją tworzy. Słowo powołuje do istnienia fakty. Co w nowomowie nie ma odpowiedniego określenia – stwierdza w pewnym momencie bohater Roku 1984 – przestaje istnieć. Ze względu na tę specyfikę propagandy walka o pamięć często odbywała się nie w języku historyków, którzy także potrafią spierać się o szczegóły, lecz w języku kapłanów-strażników pamięci. Opozycja mierząca się z językiem magicznym propagandy politycznej czasem musiała sama uciekać się do środków rytualnych. Dzisiejszy język zbiorowej pamięci jako spadkobierca tamtej walki zachował wiele z tych cech. Oczywiście biada temu, kto zostanie przyłapany na pomyleniu nazw batalionów albo zagubi się w skomplikowanej geografii przedwojennych ulic. Nie tylko  m e r y t o r y c z n e  szczegóły liczą się jednak w walce o pamięć.

Rok 1984

Trudno się temu dziwić. Przez ponad 40 lat to,  j a k  mówiono o powstaniu, nierzadko okazywało się istotniejsze, niż to, c o mówiono. Język oficjalnych przemówień i okolicznościowych artykułów prasowych został trwale skażony przez jego utożsamienie z propagandą. Granica dzieląca dwie wizje przeszłości przebiegała pomiędzy tym, co mówiło się w domu i wśród przyjaciół, a tym, co słyszało się na wiecach, oglądało w telewizji i czytało w podręcznikach. Konsekwentna walka z propagandą – także w wymiarze drobnych językowych szczegółów – stanowiła istotę zmagań o pamięć historyczną.

Przyjrzyjmy się działaniu propagandy dotyczącej pamięci na przykładzie obchodów 40. rocznicy powstania. W notatce sporządzonej przez Wydział Ideologiczny Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej czytamy: „Obchody 40. wybuchu Powstania Warszawskiego [!] zbiegają się w czasie z kulminacją obchodów 40. Polski Ludowej, a tym samym są częścią kampanii ideowo-politycznej związanej z jubileuszem ludowej państwowości. Ten fakt nadaje szczególny sens propagandowym przygotowaniom do rocznicy Powstania Warszawskiego”1.

Proponowany kalendarz imprez przedstawia się rzeczywiście okazale. Na liście planowanych „imprez głównych” liczącej kilkanaście punktów znalazły się m.in.: „uroczysta akademia w Sali Kongresowej PKiN”, „wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę Pomnika Powstańców Warszawy”, „sesja naukowa poświęcona 40. rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowana przez Wojskowy Instytut Historyczny przy współudziale ZG ZBoWiD i Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, „oddanie hołdu poległym członkom Sztabu AL”, „widowisko plenerowe (…) związane treścią z 45. rocznicą Września pod hasłem »Nigdy więcej wojny – pokój światu«”. Przewidziano także okolicznościowe programy w radio i telewizji oraz „publicystykę prasową opartą na wstępnych założeniach notatki”. Te ostatnie brzmiały następująco: „Pamięć o Powstaniu Warszawskim to trwały element polskiej świadomości narodowej. Pamięć ta powinna łączyć nas dzisiaj nie tylko w szacunku do bohaterskich losów walczącej stolicy, lecz i w świadomości rezultatów klasowego egoizmu, politycznej głupoty i nieodpowiedzialności inicjatorów Powstania Warszawskiego”2.

Mimo wszystkich zmian, jakie w ciągu 40 lat zaszły w rzeczywistości społecznej i politycznej, a także – jak by się wydawało – w języku propagandy, słowa te są niemal dosłownym powtórzeniem tego, co w pierwszą rocznicę powstania powiedział Władysław Gomułka: „Trzeba powiedzieć o nim [o powstaniu warszawskim – M.N.] (…) pełną i całkowitą prawdę, wszystkim i każdemu: i bohaterom, biorącym w nim udział, i jego sanacyjnym aranżerom”3.

Dlaczego kalki językowe takie jak „sanacyjni aranżerowie” czy „klasowy egoizm” okazały się tak trwałe? „Procedurą w nowomowie najistotniejszą jest narzucanie wyrazistego znaku wartości – pisze Michał Głowiński w najważniejszym chyba opracowaniu na temat polskiej nowomowy komunistycznej – znak ten, prowadzący do przejrzystych polaryzacji, nie ma prawa budzić wątpliwości, jego punktem docelowym jest zdecydowana, nie podlegająca zakwestionowaniu ocena”. Nierzadko oceny te, podkreśla Głowiński, stają się ważniejsze od znaczenia4. Negatywna ocena ideologicznej słuszności powstania była więc niejako niezależna od (ewentualnego) oddawania hołdu poległym, który w niektórych okresach PRL dopuszczano, a nawet pochwalano.

Przyjęcie języka, za pomocą którego władza mówiła o powstaniu, oznaczało podpisanie się pod jego oceną opartą na wizji „klasowych aranżerów”. Stąd też brała się wrażliwość opozycji na wszelkie subtelności odnośnie do tego, jak o powstaniu mówiono, a także – bo relacja ta jest obustronna – waga, którą do szczegółów przywiązywała władza. Zwłaszcza wówczas kiedy – jak w roku 1984 – jej monopol na interpretację przeszłości był wyraźnie zagrożony. W 40. rocznicę powstania decydenci zajmujący się pamięcią oficjalną mieli już tego faktu świadomość. „Trzeba się liczyć z tym – czytamy w przywoływanej już notatce Wydziału Ideologicznego KC PZPR – że antysocjalistyczne ośrodki za granicą i w kraju oraz część prasy katolickiej, podejmą próbę stworzenia atmosfery, w której antykomunistyczna i antyradziecka interpretacja rocznicy Powstania miałaby zdominować nasze dotychczasowe oceny w tym zakresie”.

Przez wszystkie lata PRL walka o pamięć historyczną toczyła się więc nie tylko o wielkie kłamstwa i ideologiczne zniekształcenia historii, lecz także – a może przede wszystkim – o drobne, lecz znaczące szczegóły.

Rząd i „rząd”

Wypowiadając się, nieustannie przywołujemy nieswoje opinie, nieraz całe wypowiedzi. Mowa cudza, jak często określa się to zjawisko za rosyjskim literaturoznawcą Michaiłem Bachtinem, stanowi ważny element poezji, prozy, a także codziennego dialogu. Dla języka propagandy łatwo jednak może stać się problemem. Jak bowiem cytować tezy wypowiadane przez wroga, żeby je potem obalić, jeśli – jak widzieliśmy – każde słowo w języku propagandy niesie ze sobą ocenę? Jak na chwilę zawiesić magiczną moc twórczą, którą nadało się propagandzie, żeby powtarzając słowa adwersarzy, nie powoływać do rzeczy tego, co oni głoszą?

Ironiczny cudzysłów był jedną z ulubionych figur propagandy komunistycznej. Na Zachodzie według „Trybuny Ludu” panował nie dobrobyt, ale „dobrobyt”; zamiary Harry’ego Trumana były nie pokojowe, ale „pokojowe”; walczący z systemem zamiast odwagi wykazywali się „odwagą”. „W przypadku arbitralnie przyjętej czy narzuconej nazwy – pisze w tym kontekście Jerzy Bralczyk – zawsze można mieć zastrzeżenia do jej adekwatności. Podając zatem jakąś nazwę, która zdaniem nadawcy nie jest dobra i odpowiednia (…) nadawca może ją wziąć w cudzysłów. Spotęgowaniem tego zabiegu jest użycie przed przytoczeniem nazwy zwrotu tak zwany lub jego skrótu tzw”5. W przypadku upamiętniania powstania warszawskiego tego rodzaju ironia i odcięcie się od opisywanych wydarzeń było częstym zjawiskiem. Chodziło o to, by powstanie upamiętnić (zupełne milczenie zbyt odcięłoby władzę od społeczeństwa), lecz jednocześnie odmówić wydarzeniu „ideologicznej słuszności”. Mamy tu zatem do czynienia z interesującą sytuacją, w której spór o polityczną legitymizację przeniesiony został na grunt językowy, obejmując nazewnictwo, a nawet zapis. Na przykład kwestia tego, który rząd w 1944 r. był w Polsce legalny, stanowił kluczowe zagadnienie leżące u źródeł powstania. Kiedy 1 sierpnia powstańcy chwytali za broń, czynili to m.in. po to, by potwierdzić swój status gospodarzy przed nadchodzącą Armią Czerwoną oraz towarzyszącymi jej żołnierzami Berlinga i wysłannikami Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Nieco upraszczając złożoną sytuację polityczną, powiedzieć można, że Rząd Londyński chciał w Warszawie powitać Rząd Lubelski. To, których słów (i znaków) używało się, mówiąc o tych dwóch rządach, stanowiło przez cały czas PRL niezawodną miarę tego, po której stronie znajduje się nadawca. Czytelnik, dostając do rąk tekst, w którym mianem rządu określano „Londyńczyków”, mógł być niemal pewny, że jest to publikacja nieskażona propagandą. Tam gdzie rządem nazywano PKWN, spodziewać się można było przedstawienia całkiem innej wizji historii. ###banner### Utożsamienie walki o słowa i walki o władzę miało szczególne znaczenie w pierwszych miesiącach po powstaniu. Warszawę wyzwolono 17 stycznia 1945 r. Rada Ministrów odbyła tam pierwsze posiedzenie już 1 lutego! Imponujące tempo przeprowadzki do zrujnowanego przecież miasta miało swój wyraźny propagandowy wymiar. Dotychczas o miano legalnej władzy rywalizowały Rząd Lubelski i Rząd Londyński. W momencie gdy jeden z nich dla swych potrzeb zajął stolicę, stał się, przynajmniej według sprzyjającej komunistom prasy, po prostu rządem, a więc rządem prawdziwym. Trudno wszak mówić „Rząd Lubelski” o organizacji, która obraduje w Warszawie… Zarazem nowa władza…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nazywaj rzeczy po imieniu