Subskrybuj
Konstanty „Kot” Jeleński na balkonie willi Alexandrine w Vance, 15 sierpnia 1967 r. fot. Bohdan Paczowski / Fotonova
wieloletni członek redakcji miesięcznika „Znak”, prezes S.I.W. Znak, działacz opozycji demokratycznej, publicysta, tłumacz. Uczestnik ekipy Tadeusza Mazowieckiego w latach 1989—­1990. Członek władz organizacji społecznych, m.in. Fundacji Batorego, KiK­u, Fundacji Roberta Schumana, PEN­Clubu. Odznaczony m.in. Krzyżem...

Twarze Kota Jeleńskiego

Miłość Kota Jeleńskiego do ludzi, hojność i bezinteresowność w najszerszym sensie słowa bywały odwzajemniane, choć wielcy artyści, których podziwiał, rozumiał i pracował nad ich uznaniem – jak Gombrowicz czy Miłosz – mieli do niego nieco wampiryczny stosunek.

Od urodzin Konstantego Jeleńskiego upłynęło w tym roku 100 lat, a 35 dzieli nas od jego śmierci. Starości nie dożył – choć zapewne ze swoją zdolnością odnajdywania się w każdej sytuacji potrafiłby jej sprostać, znalazłby dla niej odpowiednią formę w sobie. Ale trudno wyobrazić sobie jego starość, bowiem Kot, nawet gdy zapuścił szpakowatą brodę, otoczony był aurą młodości. Szybki w ruchach i słowach, w rozmowie natychmiast chwytający sedno rzeczy, błyskotliwy w sposób najbardziej naturalny, nigdy wysilony czy popisowy, w ubiorze z reguły casual, w manierach – pełen uwagi, delikatności i łatwego uśmiechu. Osobom znającym go powierzchownie, jak ja, mógł się wydawać radosny, pełen światła, optymistyczny i apolliński, z największą swobodą pokonujący trudności codziennego życia i pracy. Dopiero pasjonująca biografia pióra Anny Arno, a także wydany ostatnio wybór korespondencji z rodzicami pokazały mi jego stronę ciemną, depresyjną, a nawet nihilistyczną, znaną niektórym z jego najbliższych przyjaciół, zagłuszaną czy przezwyciężaną intensywnymi przeżyciami i eksperymentami erotycznymi oraz doznaniami natury artystycznej.

Postać „nieco proteuszowa”

Jeleński sam siebie widział jako postać „nieco proteuszową”, o wielu twarzach, jawiącą się bliskim i dalszym przyjaciołom w dobranych dla nich wcieleniach. Bo kimże on nie był w kolejnych życiowych rolach, publicznych i prywatnych? Dzielnym żołnierzem ochotnikiem w wojsku najbardziej polskim, w Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Maczka, kilkakrotnie odznaczonym za zasługi bojowe orderami polskimi i brytyjskimi. Choć tylko kilkanaście lat spędził w Polsce, w ziemiańsko-inteligenckim środowisku i w kilku językach, w kilku kulturach czuł się jak w domu – pisał po francusku, angielsku i włosku, na te języki też tłumaczył – to jednak polszczyznę obrał za język najważniejszych i najbardziej osobistych swoich esejów i z polskim losem emigracyjnym związał się, choć mógł wybrać inaczej, współpracując z „Kulturą” paryską i z jej kręgiem. Nie zmienia to faktu, że równocześnie był autentycznym kosmopolitą czującym się jak ryba w wodzie wśród elit intelektualnych i politycznych kilku krajów, często pełniąc funkcję łącznika między nimi tak jak między bliskimi mu osobami. Był Jeleński bardzo solidnym i sumiennym urzędnikiem kilku ważnych międzynarodowych instytucji, a także Kongresu Wolności Kultury, organizacji zrzeszającej grono najwybitniejszych liberalnych i lewicowych intelektualistów zachodnich, pracujących na rzecz wolnej myśli i twórczości w krajach pod władzą dyktatur, zwłaszcza komunistycznych, ale również prawicowych, faszyzujących – jak Hiszpania, Portugalia czy niektóre kraje Ameryki Łacińskiej. W sekretariacie generalnym odpowiedzialny był głównie za organizację międzynarodowych seminariów i za kontakty z Europą leżącą po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Po upadku Kongresu spowodowanym ujawnieniem jego finansowania ze źródeł CIA kontynuował podobne działania w Fondation d’Entraide Intellectuelle Européenne i w Centre Royaumont założonym przez Jacques’a Monoda. W życiu prywatnym – mimo swego „nienasycenia” – był także przez lata wiernym i oddanym towarzyszem życia malarki Leonor Fini, jedynej bodaj prawdziwej swojej miłości. Był odpowiedzialnym, lojalnym, troskliwym i kochającym synem dosyć nieodpowiedzialnych rodziców, których do śmierci z niemałym często wysiłkiem utrzymywał i na rozmaite sposoby wspierał, nie odbierając emocjonalnego rewanżu ze strony matki, kochanej nad życie. Był też przyjacielem nad wyraz spolegliwym – o czym świadczą m.in. jego korespondencja z Gombrowiczem, Miłoszem, Czapskim, Giedroyciem i innymi, lecz także dokonania. Czy bez znanych dziś szczegółowo zabiegów Kota Gombrowicz stałby się tym, kim jest w literaturze światowej? Czy Miłosz uporałby się z emigracyjną traumą i depresjami bez jego wsparcia? Czy „Kultura” bez jego inspiracji i – last but not least – tekstów byłaby tak niezwykłym ogniskiem twórczej myśli?

Pisarz czy „człowiek piszący”?

Jeleński uważał się za „człowieka piszącego”, nie za „pisarza”, a jednak można być pewnym, że jego eseje, w których obejmował klarowną i wszechstronną myślą i nadzwyczajnie plastycznym słowem rozległe obszary sztuki, literatury, antropologii, socjologii, weszły na trwałe do klasyki literatury polskiej w tym gatunku. „Miał umiejętność łączenia ze sobą wielu rzeczy przy jednoczesnym oglądaniu jednej rzeczy z wielu punktów widzenia. Jego tekstom nie groziła nuda pedantyzmu (…). Do własnych zdolności, także pisarskich, Jeleński miał stosunek pełen ironicznej rezerwy. Może dlatego potrafił zdobyć się na własny styl, o uderzającej sile i celności” – pisał Wojciech Karpiński. Fascynowała go twórczość, zwłaszcza poezja i malarstwo. Nieomylnym słuchem wyławiał rzeczy wybitne, a mimo uszu puszczał wszelkie pustosłowie i nieautentyczność. W sztuce, a szczególnie w malarstwie, pasjonował go element sensotwórczy czy mocniej: mitotwórczy. Żywioł sztuki – twórcza wyobraźnia – zaspokaja jakże ludzką potrzebę zarazem ładu i wolności. Chociaż zarówno jedno, jak i drugie jest zapewne jakąś formą iluzji. „Czy można uzasadnić »metafizyczny« charakter sztuki? Pytanie to ma dla mnie sens tylko w ramach zakreślonych przez Kołakowskiego w Obecności mitu. Obraz może wzmocnić w nas przekonanie, że chaos świata oparty jest na ukrytym porządku, nie obalając pewności, że przekonanie to jest tylko najdziwniejszą pochodną chaosu” – pisał w 1974 r. A dekadę wcześniej deklarował: „…zagadnienia dotyczące uwolnienia człowieka są częściej przedmiotem studiów, teorią niż praktyką. Jedynie w literaturze (Joyce, Gombrowicz), czasem w sztuce (nadrealiści) pojawia się praktyka wolności. (…) dzieło takie ma wartość przykładu: przez błyskawiczną chwilę daje nam intuicję tego, czym mogłaby być wolność”. Fortyfikacjami tej wolności są zaś instynkt, autonomia snu, podświadomość.

W oczach przyjaciół

Jeleński napisał kilka stronic autobiograficznych na prośbę Piotra Kłoczowskiego, który zebrał jego eseje i skłonił autora do ich wydania najpierw w Polsce poza cenzurą (Kraków 1981), a potem w Instytucie Literackim. Ale bodaj niektóre zdania pisane przez niego o przyjaciołach lepiej charakteryzują jego samego niż słowa wprost o sobie. O Pawle Hostowcu, czyli Jerzym Stempowskim, pisze: „Potrafi on czytać Tukidydesa ze świeżością odczucia ateńskiego czytelnika z V wieku przed Chrystusem, (…) równie żywo czuje się współczesnym nadrealistów, Becketta. (…) Ta swoboda poruszania się w czasie jest połączona ze swobodą poruszania się w przestrzeni. Hostowiec czuje się u siebie w najszerszych ramach tak zwanej cywilizacji zachodniej, niezależnie od wieku i miejsca: wszędzie tam, gdzie powołaniem człowieka jest wyciśnięcie swego piętna na przyrodzie, wszędzie tam, gdzie toczy się między jednostką i społeczeństwem dialog Antygony i Kreona, i wszędzie tam, gdzie istnieje rozdarcie między poczuciem winy i marzeniem o wolności. (…) »Kosmopolityzm« Hostowca jest zarazem odwieczny i prekursorski”. Te słowa można śmiało odnieść do ich autora, podobnie jak inną charakterystykę jego pióra, dotyczącą Auberona Herberta, angielskiego arystokraty, przyjaciela Polski i Polaków, który odrzucony z powodów zdrowotnych przez armię brytyjską, zaciągnął się do wojska polskiego i w Pierwszej Dywizji Pancernej przeszedł szlak bojowy. „Auberon – pisze Jeleński – czuł się u siebie w każdym środowisku, nigdy do żadnego się nie dostosowując”. A dalej cytuje sir Isaiaha Berlina: Auberon „był utalentowany, kulturalny, świetnie wychowany i nienawidził umiarkowania w jakiejkolwiek postaci”. To widzenie innych poprzez siebie i siebie poprzez innych tłumaczy może „geniusz stosunku z ludźmi”, jak pisał o Kocie Czapski, czy to, że wedle słów Giedroycia „Kot kochał się w ludziach”. Ta jego miłość do ludzi, hojność i bezinteresowność w najszerszym sensie słowa doświadczane przez wielu rozmówców Jeleńskiego czy osób, dla których zdobywał na Zachodzie stypendia, kwatery, książki, załatwiał owocne kontakty, bywały odwzajemniane, choć wielcy artyści, których Kot podziwiał, rozumiał i pracował nad…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co nam dają algorytmy?