Choć część młodości spędził najprawdopodobniej w wojsku, nie jest bynajmniej człowiekiem zapalczywym. Paterson dzieli swoją domową przestrzeń z piękną, niezwykle pomysłową żoną Laurą (Golshifteh Farahani) i buldogiem francuskim o imieniu Marvin. Ich wspólne życie jest z jednej strony jak najbardziej zwyczajne, a z drugiej – zupełnie „niezwyczajne”. Choć Paterson i jego najbliżsi funkcjonują w określonej i powtarzalnej strukturze, to każdy dzień wydaje się przynosić coś nowego. A co najważniejsze: każdy dzień dostarcza głównemu bohaterowi szansę na napisanie kolejnego – silnie inspirowanego otaczającą go rzeczywistością – wiersza. Nawiązując do słów uwielbianego przez Patersona literata Williama Carlosa Williamsa: „Wielkie rzeczy zaczynają się od drobiazgów codziennego życia”.
Muszę przyznać, że mój stosunek do filmu Jima Jarmuscha zmienił się w czasie. W momencie kinowej premiery Patersona (2016) upatrywałam w ekranowym obrazie bohatera kogoś, kto najprawdopodobniej cierpi na depresję, kto w pisanych przez siebie ukradkiem tekstach ukrywa głębokie (zawodowo-egzystencjalne) niespełnienie. Wypalonego outsidera, którego trzymają w ryzach schematyczność i oddanie partnerce. Wydawało mi się wówczas, że Laurę przedstawiono w sposób krzywdzący jako osobę raczej niepoważną, pozbawioną trwałego centrum; kogoś, kto odnajduje siebie na nowo z każdą nowo wymyśloną pasją czy kolejnym zakupem. Nie mogłam dostrzec jakiejkolwiek symetrii w ich relacji. Czułam, że pod całą tą fasadą kontemplacji wszystko tak naprawdę boleśnie drży.
Mamy rok 2022, a ja uważam, że Paterson i…