Rozmawiam z Twoim wcieleniem muzycznym – nie tyle pisarką, ile artystką scen. Pamiętam, jak na początku kariery pisarskiej, kiedy publikowałaś felietony w „Przekroju”, ujawniłaś się jako miłośniczka smutnego rocka. Dzisiaj nagrywasz w konwencji rapowej. Czy szukasz i odnajdujesz dzisiaj to, co kiedyś pociągało Cię w innych brzmieniach?
Muszę przyznać, że dawno już nie próbowałam precyzować swojego gustu muzycznego. W ciągu 40 lat mojego życia jeździł on na pstrym koniu. Za długo żyję, by utożsamiać się z muzyką, której słucham, poza tym słucham teraz skrajnie różnych rzeczy, rzadko smutnych. Młodzi ludzie z niedoborem bólu istnienia szukają go gdzie popadnie. Też tak robiłam – nim doświadczyłam w życiu prawdziwego smutku, lubiłam nurzać się w otchłaniach smutnej muzyki. Między innymi zimnej fali, jakiegoś indie rocka. Ciekawe, czy to były ćwiczenia z człowieczeństwa, jakieś manewry hartujące przed przyszłymi cierpieniami. Na przykład moja przygoda z płytą Pornography The Cure czy Amnesiac Radiohead, których słuchałam po prostu, aż polała się krew. Teraz nie lubię, gdy muzyka ciągnie mnie w ciemność. Używam jej raczej do ożywiania się i kontemplacji życia.
To ciekawe, że wierzysz w takie oddziaływanie muzyki: to, że jest w stanie wywołać sugestywne stany emocjonalne, że ingeruje w naszą psychiczną strukturę.
Sposób słuchania muzyki, który praktykujemy – zindywidualizowany, wyrażający się osobistymi, unikatowymi „soundtrackami do życia” – był nieznany naszym rodzicom. Oni uczestniczyli w muzyce z publicznego przydziału, oficjalnie przyznawanej, projektowanej i zamawianej dla nich w ramach polityki społecznej.
Teraz podlega ona w dużej mierze indywidualnym wyborom. Oczywiście to też pozorne, bo na ich podstawie Spotify i YouTube więżą nas w swoich algorytmach. Jednak na pewno jest w tym dużo więcej indywidualności.
Myślę, że nasze preferencje muzyczne wynikają z naszych doświadczeń i równocześnie je powodują. Z czegoś w nas się biorą: z niewyrażonych w inny sposób intuicji, pragnień, marzeń o sobie. A potem nas determinują – wywołują różne stany i postawy emocjonalne oraz duchowe. To bardzo pierwotna i naturalna cecha piosenki, zrytmizowanej frazy, która oddziałuje na umysł i wkręca się w niego w postaci automatycznych, gotowych myśli – poprzez wielokrotne wysłuchanie, stają się częścią naszego jestestwa.
Wydawało mi się, że w polskiej muzyce nastąpił poniekąd odwrót od szlagwortu. Wojciech Młynarski twierdził, że trzeba od niego zacząć, a później reszta nawija się jak wata cukrowa. W czasach „muzyki środka” lat 90. i 2000. stało się to rzadsze. Poza wyjątkami zapadającymi w pamięć – jak „widziałam orła cień” i „bo do tanga trzeba dwojga” – wiele fraz się powtarzało. „Na ulicy tłum”, „marzyć chcę”, „dziś wiem”, „parę chwil” – pojemne gotowce.
To było ściśle sprzężone z ukształtowaniem się rynku muzycznego. Moim zdaniem wtedy piosenki w dużej mierze przestali pisać songwriterzy i nastał etap powszechnych prób liryki osobistej. Zaczęto dążyć do autentyczności, która polega na tym, że wokalistka sama pisze i śpiewa teksty w pierwszej osobie. Wcześniej artystka sceniczna zajmowała się interpretacją. Oczywiście były Kora i Beata Kozidrak, które same dla siebie pisały, ale generalnie to mężczyźni pisali kobietom.
Mimo że na poziomie frazy były to profesjonalne produkcje wysokiej jakości, to psychologicznie były to blefy.
Sprytnie napisane i błyskotliwe, ale blefy. Nie opowiadały doświadczenia kobiety, tylko pewne wyobrażenie o nim mężczyzny, podejmowały próbę uprawdopodobnienia go. Myślę, że dobrym przykładem są piosenki Anny Jurksztowicz z płyty Diamentowy kolczyk – te teksty są niby zaczepne, wywrotowe, takie „nie, nie, nie”, „hey, man”. To była próba złapania rzeczywistości za jaja, z przekąsem. Podmiot liryczny okrutnie drwi z konsumpcjonizmu: dżinsów i modnych adidasów, których właściciel ma „wzrok pusty tak jak po śmierci Elvis”. Podrywana kobieta nie daje się na nie nabrać; można o tym myśleć jako o mściwej fantazji songwritera, który ustami Anny Jurksztowicz przekreśla bananowego podrywacza i jego szpanerskie atrybuty.
Choć czuję się trochę wychowanką tych piosenek, Koncertu życzeń i Szansy na sukces, to powiedziałabym, że moja muzyczna emancypacja to np. Elf Varius Manx. To były zarówno subtelne liryczne piosenki jak Bez, ale też power songi w rodzaju Pocałuj noc. W międzyczasie pojawiła się też piosenka publicznego użytku, np. Łzy i Ich Troje – hybryda muzyki biesiadnej z elementami rocka. Co musiało ryczeć w sercach Polaków, kiedy tak gremialnie, w histerii wykrzykiwali to „Wstań, powiedz: nie jestem sam”?
To, czego nie oferowała umiarkowana muzyka środka, radiowy pop tamtych czasów. Potrzebny był zespół przesadzony, operetkowy, jakiś.
Z jeszcze innej strony to było ciężkie emo, sam wokal Michała Wiśniewskiego brzmiał jak rozdzierana szata. I kluczowe wydaje mi się tutaj to pożądanie emocji totalnych, ogólnożyciowych: jakkolwiek bardzo muzyka byłaby rynkiem, a wykonawcy produktami lepiej lub gorzej sprzedanymi, to jednak za kolektywnym ryczeniem „wstań, powiedz: nie jestem sam” stoi właśnie ono.
Mamy też inne piosenki do zbiorowego ryczenia. Biesiadne albo smutne. Whisky, moja żono, Na jednej z dzikich plaż albo Mury. Podobno nie jesteśmy zbyt rozśpiewanym społeczeństwem i być może jeśli już zdarza się nam śpiewać, odbywa się to właśnie poprzez ryk.
Ciekawa teoria. Sama często intonuję na imprezach Whisky, moja żono i rzeczywiście to jest coś, co każdy potrafi wyryczeć. Jestem wielką fanką wspólnego ryczenia – wszyscy nagle dziczeją, łapią kontakt z jakąś serdeczną, nostalgiczną energią, lubię to prowokować i obserwować. Myślę, że wtedy nikną podziały, zaczyna się dziwna podróż w czasie. Tę magiczną funkcję wspólnego śpiewania i tańczenia bardzo cenię. Od wielu lat słucham wyłącznie Radia Pogoda i myślę o polskich piosenkach właściwie codziennie. Nawet dzisiaj chciałam zgłosić się tam z propozycją nagrania: „Pozdrawiam wszystkich słuchaczy – Dorota Masłowska”, bo oni tam puszczają takie pozdrowienia od różnych celebrytów między piosenkami i reklamami. Już kliknęłam w kontakt, ale się spłoszyłam.
Czy to autorytet wielu dekad piosenki polskiej tak cię przytłoczył?
Raczej powodował mną lęk przed dziwnością takiej proaktywności, choć jestem zagorzałą słuchaczką tego radia i znam na pamięć pakiety, w których są nadawane piosenki. Myślę o nich jako o pewnym rezerwuarze polskości i mentalności w ogóle; miały obosieczne działanie, o którym mówiłam wcześniej – z jednej strony te piosenki były takie, bo takie było życie, a z drugiej strony one mu przewodziły i stwarzały takim właśnie. Jawna męskocentryczność, mizoginia w ogóle nie przeszkadzają słuchaczom na nich wychowanym. Na przykład ten szlagier o ojcu, który wraca do domu, kiedy chce, i potem długo słychać w nocy matki płacz [Gang Marcela – przyp. O.D.]. Albo: „Czego się boisz, głupia, czemu nie chcesz iść na całość?”.
Pewnie często pojawia się na tych falach Maryla Rodowicz, która przecież śpiewała teksty Agnieszki Osieckiej. To głos trochę melancholijnej baby, co jest dość wzruszające.
Myślę, że piosenki Osieckiej absolutnie się wyróżniają, bo w stekach nic nieznaczących rymowanek niosą nagle wytrawną poezję. Zmysłową, obrazową, błyskotliwą. Jednocześnie wybrzmiewa w nich jakaś nierealna z dzisiejszej perspektywy wódczaność. Wszyscy zalewają w nich smutki, wychylają kilka głębszych na melancholię. Często ta gorycz dopada już 20-latków.
Rozczarowanie jest rewersem młodości. Mamy kult „16 lat i siedmiu dni, kiedy kwiecień świeżą przyniósł zieleń”. Zakochanie, po nim małżeństwo i zaraz potem proza życia. Krach marzeń.
„Już ci niosą suknię z welonem”, i to jest smutne wydarzenie.
„Telewizor, meble, mały fiat”.
To jest stagnacja. Stagnacja w M2.
No i tu pojawia się „kilka głębszych”, żeby zalać smutki albo ożywić zmartwiałe serce, jeszcze cokolwiek poczuć. Widzisz, mamy bardzo ciekawy wymaz z rzeczywistości kilku dekad. Dlatego interesuje mnie to, jak piosenki wirusują umysły ludzi i jak ich stwarzają. To trochę narzędzie inżynierii społecznej.
A czy słuchasz również nowych piosenek pod kątem liryki?
Tak, bo ciekawi mnie, jak współczesność przenosi się do popkultury. Teraz pop jest bardzo miałki, bardzo obcina szczegóły, nie odbija rzeczywistości w tak ciekawy sposób. Rzadko coś się prześlizgnie.
I na co ciekawego trafiłaś? Kiedy mówiłaś o Ich Troje, pomyślałam o pewnym lirycznym niezgrabiaszostwie, które nie przeszkadzało nikomu naprawdę lubić piosenki o „sępie miłości”. Albo „w pustej szklance pomarańcze” – to dla odmiany Feel. Teraz artyści śpiewają lepszą polszczyzną, ale co nam ona mówi?
Często niewiele. Nie ma „sępów miłości”, lecz bywa, że nie ma też nic innego.
Gdy przypadkiem trafię gdzieś na jakieś Radio Zet, to słucham z zadziwieniem, jakie rejestry beztreściowości można w tekście osiągnąć. W najbardziej użytkowym popie słowa są składane w czysto pretekstowe konstrukcje, sprowadzane do wymiaru dźwięków. Te piosenki, mimo że są kompletnie puste, też przecież wkręcają się w mózgi słuchaczy. Oni nimi potem myślą, wyznają miłość – wypełniają je swoją emocjonalną treścią trochę na tej zasadzie, jak ja w dzieciństwie słuchałam angielskich piosenek i wyobrażałam sobie własną treść. Często dużo – jak się potem okazywało – głębszą i bardziej złożoną niż oryginalna.
Patrycja Kosiarkiewicz, która pisze piosenki dla wielu polskich artystów, mówi, że tekst musi mieć zahaczenie w konkrecie. Na przykład geograficzne – wtedy w piosence musi być, powiedzmy, przejazd autostradą A2 albo stacja benzynowa gdzieś w świętokrzyskim. Może być też posiłek albo przedmiot, coś, co przemawia do doświadczenia. To przeciwieństwo słownej waty z generatora tekstów, którą pamiętam z lat 90.Cóż, dziwnie mi się to słyszy jako „zasadę”, której należy się trzymać. Ale może to jakieś antidotum na całkowitą pustkę piosenki: taki banał życia, który piosenki z lat 90. usiłowały wyeliminować i przenieść je w nierealne przestrzenie uczuć. Wydaje mi się, że pisząc teksty na moją płytę, korzystałam z obydwu konwencji. Poruszałam się zarówno między konkretem a bezpretensjonalnością, jak i między konkretem a wielką pretensjonalnością, poezją. Dlatego teksty moich…