Wysokie, jasne budowle rzucające głębokie cienie; puste skrzyżowania przypominające o tym, jak trudno wybrać – nawet nie właściwą, po prostu jakąkolwiek – drogę; szerokie pola drzew, które już za chwilę zmiecie wiatr wielkich ekonomicznych przemian. Trudno w tej rzeczywistości zapuścić korzenie, łatwiej jest się ślizgać po powierzchni, szukać drobnych poszlak i śladów. Śladów spojrzeń, słów, niewypowiedzianych myśli, niespełnionych obietnic, niedoszłych spotkań.
Refleksja o „uczuciowej tożsamości przestrzeni” wybrzmiewa najpełniej w Zaćmieniu (1962). Obok Przygody, Nocy i Czerwonej pustyni to jedno z najbardziej znanych i cenionych dzieł tandemu Michelangelo Antonioni-Monica Vitti. Nie ukrywam, że obecnie to moja ulubiona część słynnej tetralogii włoskiego mistrza. Jestem teraz w wieku zbliżonym do filmowej Vittorii i w pełni identyfikuję się z jej zagubieniem, lękiem, niezdecydowaniem. Manifestowana przez bohaterkę silna potrzeba „bycia po swojemu”, która skazuje ją ostatecznie na samotność, wydaje mi się niezwykle aktualna. Choć w zachodniej rzeczywistości lat 60. dostrzec można zaczątki transformacji prowadzących do późniejszej kultury kontestacji i emancypacji, społeczeństwo chciałoby już zdefiniować Vittorię jako czyjąś dziewczynę, żonę, a może nawet już matkę.
Coraz mocniejszy rozdźwięk między człowiekiem a społecznymi wymogami Antonioni akcentuje właśnie za sprawą osadzenia postaci w chłodnej, modernistycznej przestrzeni. Przestrzeni, która osacza niepotrafiących się ze sobą komunikować…