Jeśli naprawdę dotyka i obchodzi nas dzieło, potrącając w nas mocno struny zachwytu, zdumienia, odkrycia, ale też sprzeciwu i protestu, to zwykle chcemy się czegoś dowiedzieć o autorze, i to czegoś więcej, niż dzieło samo nam objawia. Bo choćbyśmy nie wiedzieć jak żarliwie głosili zasadę autonomii sztuki – przecież nie unieważnia ona pytania o źródło dzieła, o kształt życia i wyobraźni jego twórcy. Niekiedy to pytanie przesłania dzieło samo, bo twórca okazuje się ciekawszy od utworu albo dzieło okazuje się elementem autokreacji czy wreszcie nie jesteśmy w stanie zinterpretować go inaczej jak w kluczu biograficznym lub psychologicznym. Niezależnie jednak od tego, czy autor przesłania swe dzieło i sam staje się obiektem naszych przeżyć estetycznych i poznawczych, czy poprzez niego szukamy dostępu do dzieła, tropienie wiarygodnych źródeł dla poznania twórcy jest wysiłkiem zaspokajającym potrzebę prawowitą i owocną. Popularność biografii artystów i uczonych świadczy, mam nadzieję, o takiej właśnie potrzebie, a nie tylko o chęci zajrzenia za życiowe kulisy osoby wyrastającej ponad anonimową zbiorowość.
Nierzadko najwięcej o ludziach i sprawach dla nich najważniejszych mówi korespondencja. Wobec jednego, ważnego dla autora listu adresata nadawca przedstawia się inaczej niż wobec zbiorowości, do której kieruje swoje utwory. „Dla innych ludzi mam twarz jednakową – ale przed tobą głąb serca otworzę” – można by sparafrazować wieszcza. Korespondencja jest dialogiem, a już dość dawno temu odkryto, jak skutecznie szlak rzetelnego dialogu prowadzi do prawdy – o sobie, o innych, czasem nawet o świecie i o tym, co dalej jeszcze.
Od kilku lat jesteśmy świadkami wyłaniania się z niebytu – a może raczej z bytowania dostępnego nielicznym pamiętającym go, wtajemniczonym i duchowo bliskim – Józefa Czapskiego. Obok poświęconych jego osobie i dziełu książek, studiów, konferencji naukowych, obok krakowskiego muzeum jego imienia kluczową rolę w tym procesie odgrywają kolejne tomy korespondencji – a był Czapski korespondentem niespożytym i niezrównanym. Po dwóch ogromnych zbiorach listów wymienionych z Ludwikiem Heringiem, po korespondencji z Katarzyną i Zbigniewem Herbertami, po późnych listach do Zygmunta Mycielskiego otrzymaliśmy ostatnio pierwszy z planowanych trzech tomów listów do i od Jerzego Giedroycia, tom korespondencji ze Sławomirem Mrożkiem i objętościowo niewielką, choć niesłychanie bogatą, niezwykłą książkę pokazującą przyjaźń starego już malarza z młodszym o blisko dwa pokolenia poetą Adamem Zagajewskim. Ta ostatnia, obok listów, obejmuje kilka esejów Zagajewskiego poświęconych Czapskiemu, spośród których najpóźniejszy pozostał niedokończony, przerwany przez śmierć poety w 2021 r. Dostajemy ponadto w tym tomie wybrane zapisy z dzienników malarza poświęcone poecie, spotkaniom z nim, dyskutowanym kwestiom i przeżyciom wyniesionym z lektury wierszy, mamy poezje i fragmenty prozy autora Ody do wielości inspirowane osobą i twórczością Czapskiego i wreszcie klamrę w postaci przenikliwego i dogłębnie „rozumiejącego” posłowia Andrzeja Franaszka, który łącząc wrażliwość oddanego czytelnika poezji z sumiennością biografa, wysnuł główne nici wiążących malarza i poetę relacji, opisując podobieństwa i różnice ich sylwetek intelektualnych i emocjonalnych.
Ta sztuka nie powiodła się, niestety, autorowi wstępu do listów pomiędzy Mrożkiem a Czapskim, wybitnemu skądinąd znawcy wielu literatur i błyskotliwemu eseiście Michałowi Pawłowi Markowskiemu, który pisząc o Czapskim, kilka kul ulokował w płocie. Nie tylko określenie „subtelny dyskutant” pasuje do artysty jak pięść do nosa. Jeszcze gorzej wypada przedstawianie go jako „przede wszystkim” arystokratę, znajdującego liczne koligacje w Almanachu Gotajskim, a przy okazji powtarzanie z powagą genealogicznej legendy rodzinnej, z której Czapski z upodobaniem podrwiwał. Owszem, familia Czapskiego należała do arystokracji, lecz arystokratyczna samoidentyfikacja była malarzowi zupełnie obca. Markowskiemu jednak potrzebny był klasowy klucz wyjaśniający jakoby stosunek Mrożka – człowieka znikąd, nieosadzonego w żadnym środowisku i muszącego dopiero wywalczyć sobie jakąś własną formę – do arystokraty Czapskiego. Równie nietrafna jest też teza przeciwstawiająca pełnego resentymentu i kompleksów niższości Mrożka Czapskiemu, rzekomo nigdy nienawiedzanemu przez lęk przed podrzędnością. Wystarczy zajrzeć do dzienników malarza, żeby przekonać się, ile pretensji wobec samego siebie, słabości charakteru, niedotrzymanych postanowień, ile niepewności i obaw związanych z niedokonaniami artystycznymi towarzyszyło mu przez całe życie. Owszem, trudno znaleźć postacie mniej pasujące do siebie niż Mrożek i Czapski. Gdzie indziej jednak trzeba szukać konstytutywnych różnic. Znacznie ciekawsze jest wszakże to, co ich zbliżyło. Dlaczego przez lata korespondowali, a także spotykali się i rozmawiali, choć – jak pisze Czapski – „to nigdy prawie nam nie wychodziło”. Dwa widzę wątki, które powracają jawnie lub skrycie w tej wymianie listów – jeden dotyczy samego Mrożka i jego stosunku do twórczości, a drugi metafizyki. I w obu Mrożek zdaje się oczekiwać pomocy, wsparcia od starszego malarza – i wsparcie to otrzymuje. Autor Tanga skarży się na swe pisarskie niedostatki, marzy, by mieć „prawdziwy, wielki, druzgocący talent”, nie czuje konieczności tworzenia i choć pisarstwo – jak zaznacza w swoich dziennikach – broni go przed poczuciem „niedoistnienia”, mógłby robić co innego. Czapski dzieli się z Mrożkiem wrażeniami wyniesionymi z lektury jego dzieł i z ich scenicznych realizacji w paryskich teatrach, widzi w nim wielkiego pisarza, genialnego demaskatora kolejnych warstw fałszu w nas, „zmuszającego do…