Subskrybuj
Zdjęcie autorstwa Vivian Maier, Chicago, 1975 r. fot. The Estate of Vivian Maier / Dzięki uprzejmości zarządcy spadku po Vivian Maier i Maloof Collection
Z wykształcenia ukrainistka i polonistka. Redaktorka, autorka, tłumaczka. Promotorka kultury ukraińskiej. W „Gazecie Wyborczej” producentka i wydawczyni podcastów

Vivian Maier. W obiektywie pełnym kontrastów

 Nie lubiła dotyku, przytuleń, jednocześnie często ingerowała w prywatną przestrzeń innych, by uzyskać wymarzony i intymny kadr. Vivian Maier – niania skrzętnie ukrywająca swoją tożsamość, a także fotografka uliczna i artystka, która pozostawiła po sobie imponującą kolekcję blisko 150 tys. zdjęć

Ta historia rozpoczyna się w 2007 r., kiedy 26-letni agent nieruchomości, kolekcjoner amator John Maloof wylicytował na aukcji komorniczej w Chicago kilka pudeł negatywów nieznanego pochodzenia. Próbował ustalić tożsamość osoby, której podpis widniał na kopertach z przeźroczami. Bezskutecznie przeszukiwał internet do 2009 r., kiedy to pojawił się nekrolog 83-letniej Vivian Maier, „nadzwyczajnej fotografki”, „drugiej matki dla Johna, Lane’a i Matthew”. Maloof zaczął opracowywać zakupioną przez siebie kolekcję zdjęć (równolegle szukał kolejnych negatywów), archiwizować ją, a następnie udostępniać w serwisie Flickr. Okazało się, że prace błyskawicznie zyskały popularność także za sprawą tajemnicy życia anonimowej niani-fotografki.

Dziś zdjęcia Vivian Maier nie tylko ustanowiły kanon fotografii ulicznej XX w., ale także rekordowo szybko zostały uznane za kultowe. Roberta Smith, wybitna krytyczka sztuki na łamach „New Yorkera” stwierdziła, że już pierwsze upublicznione zdjęcia Maier pozwalają „nominować ją na nową kandydatkę do panteonu wielkich ulicznych fotografów XX w.”. Zaczęto porównywać ją do profesjonalistów: Roberta Franka, Helen Levitt, Diane Arbus, a nawet do mistrzów fotoreportażu i fotografii ulicznej Weegee’ego czy Henriego Cartier-Bressona. W „Los Angeles Timesie” pisano, że prace Vivian „charakteryzuje bystra formalna inteligencja, żywe poczucie humoru i doskonałe wyczucie przypadkowej choreografii życia codziennego”. Historia jej pośmiertnej nobilitacji i uznania przypomina jednak najbardziej losy wytrawnego portrecisty, samouka z Arkansas Mike’a Disfarmera, który zmarł w 1959 r., a jego fotografie dopiero w latach 70. uzyskały rangę dzieł sztuki. Zarówno Disfarmer, jak i Maier pozostawali niewidzialni dla współczesnego im świata artystycznego, doskonalili swoje umiejętności na własną rękę, zostali włączeni do grona artystów outsiderów, a ich talent doceniono pośmiertnie.

Z cienia

Wśród pozostawionych przez Vivian Maier zdjęć zachowała się pokaźna kolekcja autoportretów. Do tych najbardziej znanych należy szereg czarno-białych fotografii, na których wyprostowana krótkowłosa Maier ubrana w porządnie dopasowaną marynarkę, z kapelusikiem z okrągłym rondem na głowie trzyma w masywnych dłoniach zawieszony na wysokości linii pępka aparat. Czasem zastyga w pozie i odbija się w witrynie sklepowej, niekiedy w lusterkach pojawia się wielokrotne odbicie jej twarzy. Widać lekko zadarty nos, skupiony wzrok, rzadko uśmiech. Późne portrety są inne jak ten kolorowy z 1975 r. – zieloną trawę inkrustowaną żółciutkimi jaskrami pokrywa cień, kontur postaci w kapeluszu. Maier mówiła o sobie, że jest „swego rodzaju szpieginią”, a te autoportrety cieni zdają się jej słowa potwierdzać. Węszyła, polowała na okazję, by zrobić najlepsze zdjęcie, uchwycić intymny moment. Jej czarno-białe fotografie olśniewają pod względem kompozycyjnym. Z jednej strony unieruchamiają postaci czy pozwalają zastygnąć ulicznym scenom, z drugiej – są przepełnione ruchem (np. fotografia mężczyzny na absurdalnie wielkim koniu stojącym pod mostem z 1953 r.) Zdjęcia kolorowe zaś ukazują jej wrażliwość na barwy (jak zdjęcie z Chicago z 1975 r., na którym dwóch mężczyzn w żółtych bermudach i kobieta w żółtej sukience przechodzą przez ulicę, każde patrzy w swoją stronę).

Fotografowała wszystko: alpejskie pejzaże, nowojorską architekturę, europejskie cmentarze, graffiti, stacje kolejowe, kasy kin, ślepe zaułki na przedmieściach, parkingi.

Jednak najważniejsi zawsze byli ludzie. Robiła zdjęcia nieupozowanych osób, ludzi z tzw. marginesu i płaczących dzieci. Rejestrowała przemoc fizyczną, konflikty na tle rasowym, znęcanie się nad zwierzętami. Na wielu kadrach uchwyciła spracowane dłonie.

Nie bez powodu uznaje się ją także za kronikarkę nowojorskiej i chicagowskiej codzienności. Poświęcała wolny czas na kwestie sprawiedliwości społecznej, chodziła na wykłady do Africa International House (organizacji promującej kulturę afrykańską) i wiece w obronie praw pracowniczych. Uznaje się ją za działaczkę, aktywistkę w sprawie rdzennych Amerykanów. Biografka Maier Ann Marks pisze: „Jej zainteresowania były na tyle metodyczne i głębokie, że większość swoich urlopów zaplanowała tak, by spotykać się z rdzennymi Amerykanami i wspierać ich interesy. Archiwum Vivian zawiera fotografie kilkunastu rdzennych grup, a także dokumentuje jej aktywne zaangażowanie w działania American Indian Center w Chicago. Ze zrobionych tam zdjęć wynika, że bardzo mało białych kobiet brało udział w takich inicjatywach, a rdzenni Amerykanie uzyskali jakiekolwiek ustawowe uregulowanie podstawowych praw dopiero w 1968 roku” (tłum. T. Macios). Dokumentowała obyczaje, które dziś zanikły – pisanie listów, wspólne czytanie gazet (ich lektura łączyła wówczas społeczności), albo sytuacje, które dziś nie mają miejsca, jak np. niemowlęta jadące na kolanach rodziców zamiast w fotelikach. Wychwytywała sceny, w których niemowlęta leżały na chybotliwych stolikach bez zabezpieczenia przed upadkiem, dzieci biegały po ulicach wielkiego miasta samopas. Uwieczniała kobiety, których praca pozostawała niewidzialna.

Fotografie Vivian Maier nie są sentymentalne – była surowa nie tylko dla siebie, ale także dla osób, które fotografowała. Nie bała się wyciągnąć aparatu w momencie, kiedy elegancko ubrany mężczyzna przypiera do muru swoją partnerkę i trzyma ją za gardło, fotografowała kobietę ukradkiem poprawiającą welon koleżanki, poparzonego mężczyznę w budce telefonicznej czy alkoholika leżącego na brzuchu. Pokazywała ludzi w momentach kruchości, wahania. Nie bała się smutku, odarcia z glamour.

Niania fotografka

Porównywano ją do książkowej Mary Poppins. Nic dziwnego. Ekscentryczna, tajemnicza, w kapelusiku, fundowała swoim podopiecznym przygody, których nie zapewniali im rodzice. Obie nianie zabierały dzieci na cudaczne wycieczki – sęk w tym, że egzotyczne podróże Mary Poppins miały pobudzać dziecięcą wyobraźnię, natomiast opuszczanie wypolerowanych chicagowskich i nowojorskich przedmieść miało przynieść Maier przede wszystkim intrygujący i nęcący materiał fotograficzny, dopiero później służyło za rozrywkę dla podopiecznych. Najbardziej przyciągały ją zaśmiecone amerykańskie ulice, umorusane i zanoszące się płaczem dzieci, osoby w kryzysie bezdomności, przysadziste, często źle umalowane kobiety.

Vivian Maier obejrzała film Mary Poppins w 1965 r. i otwarcie nim pogardzała, nazywając go „staroświeckim” i „prawdziwą porażką” – wydawało się, że najbardziej mierzi ją relacja, w której niania ma wyłącznie służyć dzieciom. Biografie Maier wskazują jednoznacznie na to, że nie była ona opiekunką poświęcającą się dzieciom – pracę traktowała jako źródło utrzymania, które pozwalało jej rozwijać i szkolić umiejętności fotograficzne. Często zmieniała zatrudnienie, zachowały się zapiski wskazujące na to, że swoich podopiecznych dotkliwie karciła, czasem stosując kary cielesne. Kiedy była świadkinią wypadku małego chłopca, nie rzuciła się mu na pomoc, natomiast chwyciła za aparat, żeby sfotografować całe zajście. W roku 1959 postanowiła wyjechać w półroczną podróż dookoła świata, zostawiła rodzinę, u której wówczas mieszkała. Samotna podróżniczka odwiedziła egzotyczne porty, do których wówczas nie zapuszczały się w pojedynkę kobiety.

Chłód i brak empatii to niejedyne oblicze niani Maier. Wiele wspomnień wskazuje na to, że była zabawna i potrafiła nawiązać szczególną więź z dziećmi, ponieważ nie traktowała ich paternalistycznie. Choć nie pozwalała dzieciom sobą rządzić, dbała o ich rozwój na własnych warunkach.

Zabierała je na cmentarze, wymyślała fascynujące historie na podstawie epitafiów, nie bała się chodzić z podopiecznymi do teatrów i opery. Szczególną relację utrzymywała z rodziną Gensburgów, u których pracowała najdłużej, aż 11 lat (to właśnie dla chłopców z rodziny Gensburgów była „drugą matką”, o czym wspomniano w nekrologu). Nancy Gensburg, rzeźbiarka z przedmieść Chicago, nie otrzymała od Vivian żadnych referencji, mimo że ta pracowała wcześniej w kilkunastu domach. Skrzętnie zacierała ślady swojej przeszłości. Wydawać by się mogło, że wykonuje jedną z bardziej tradycyjnych i konserwatywnych prac, która ma niewiele wspólnego z feminizmem. Jednak Maier od młodości żywiła głębokie przekonanie, że kobiety są równe mężczyznom, a może nawet ich przewyższają. Wywodziła się z katolickiej rodziny, lecz wspierała prawo do aborcji, opowiadała się za kontrolą urodzeń. Nie przeszkadzało jej to jednak w jakimś sensie służyć innym.

Poza

Od chwili upublicznienia zdjęć Vivian Maier w sieci zawrzało, a rynek sztuki oszalał. Historia zwykłej niani, która okazała się uzdolnioną fotografką, była elektryzująca – od razu zaczęto tworzyć spekulacje na temat życia Maier, na pierwszy plan wysuwały się pytania: skąd wziął się ten samorodny talent fotografii ulicznej? Kim była osoba, która całe życie poświęciła robieniu zdjęć, a jej geniusz za życia pozostał niezauważony? Już w 2013 r. powstały dwa filmy próbujące odpowiedzieć na pytania dotyczące tej zagadki: brytyjska produkcja Vivian Maier: Who Took Nanny’s Pictures (Vivian Maier. Kto zabrał zdjęcia niani) w reżyserii Jill Nicholls, a także amerykańska – Szukając Vivian Maier w reżyserii Johna Maloofa i Charliego Siskela (w 2014 r. film nominowano do Oscara), a w 2017 r. z kolei swoją premierę miał krótkometrażowy film biograficzny The Woman in the Mirror (Kobieta w lustrze) wyreżyserowany przez Ryana Alexandra Huanga. Poza publikacjami z fotografiami Maier w Stanach Zjednoczonych wydano także dwie pokaźne biografie – Pameli Bannos w 2017 r. Vivian Maier: a Photographer’s Life and Afterlife (Vivian Maier….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu