Obudził się zimną nocą w lesie, wyciągnął rękę i dotknął śpiącego obok dziecka. Noce ciemniejsze od ciemności, każdy nowy dzień bardziej szary od poprzedniego.
Cormac McCarthy, Droga, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021
-
STREFA
Obudziłam się zimną nocą i wyciągnęłam rękę, aby dotknąć śpiącego obok dziecka. Dziecko śpi, ale zsunęło z siebie kołdry i palta, ciężkie jak sterta desek. Leży na brzuchu w polarowym zajęczym kostiumie, z wielkimi uszami sterczącymi z kaptura. Hej, zajączku. Zajączko. Przykryję cię. Tak? Nasuwam na nią po kolei kołdry i płaszcze, a ona wyczołguje się spod nich przez sen. Odgarniam więc te wszystkie warstwy i przykrywam ją tylko pierzynką, którą kupiłeś nam na rocznicę ślubu. Dziecko zwija się w kłębek, nieruchomieje, oddycha spokojnie i cicho. Chce mi się palić. Wkładam twoją puchówkę i wychodzę na taras. Nie jest zimniej niż w domu, wiatr jest prawie ciepły, papieros rozgrzewa mnie od środka. Przelatują dwa drony, szperając po krzakach reflektorami, potem zapada cisza, niezwykła, bo zawsze jakieś warkoty, dalekie wystrzały, krzyki. I nagle widzę z daleka płomyczek, jakby ktoś przypalał papierosa. A potem ognik, wędrujący po czarnej tablicy lasu. Palimy. Jak żołnierze w okopach po dwóch stronach frontu. – Mamo, pani Ola mówiła, że papierosy są szkodliwe. Pytała, czy nasi rodzice palą papierosy. – I co? Powiedziałaś, że palę? – Nie. Pani Ola też pali papierosy. – Skąd wiesz? – Po zapachu. Pachnie jak ty. I po spojrzeniu. Bo pod koniec lekcji patrzy na swoją torebkę. Wtedy zaczynamy szaleć. A pani Ola nic na to nie mówi. Bierze torebkę i sprawdza, czy ma w środku papierosy. – Będziesz świetnym detektywem. – Już jestem detektywem. Wyśledziłam, jakie papierosy pali pani Ola. Marlboro. Ty też palisz marlboro. Zawsze będziesz palić papierosy, prawda mamo? – Powinnam rzucić. – Nie wyrzucaj papierosów, dobrze? Jak śpię i się budzę, i nie ma cię w łóżku, to czuję twój dym. Lubię twój dym. Nie jestem dobrą matką. A ty nie jesteś dobrym ojcem. Zostawiłeś mnie samą z twoim dziwnym dzieckiem. I z wielkim domem na pustkowiu. Powinnam przestać palić. Papierosy są drogie. Zamaskowany robokop patrzy na dziecko i oczy o mało co nie wyskoczą mu z otworów w kominiarce. – To pani dziecko? Co mam mu powiedzieć? Że to dziecko faceta, który wyjechał do Meksyku? Dziecko ratuje sytuację. – To moja mama. Nie widzisz? I nie celuj w nas karabinem. – Nie jest podobna do pani. – Jestem podobna do taty. Odjeżdżamy, a robokop nam macha. Widzę w lusterku, jak drugi robokop wychodzi zza krzaka, zapinając spodnie, ciągnąc za sobą karabinek. Łajzy. To kłamstwo, że dziecko jest podobne do ciebie. Do ciebie, świńskiego blondyna z niebieskimi oczami, z piegami w każdym możliwym miejscu? Pewnie podobne jest do matki. Nie znam matki twojego dziecka, nie widziałam nawet jej zdjęcia. A może to nie jest twoje dziecko? Może je sobie kupiłeś na targu, na jakimś suku, gdzie na ubitej ziemi stoją stragany ze wszystkim? Lepiej nie drążyć. Póki nikt nie wie, że zaginąłeś, dziecko może być ze mną. Mam twój paszport, jeszcze bez odcisków palców, wziąłeś ze sobą inny, na inne nazwisko. Jak wpadniemy w kłopoty, poderwę faceta podobnego do ciebie. Może nawet nie stąd, jakiś wojenny uciekinier może zechce zostać tu na zawsze, z twoim imieniem, twoją żoną, twoim domem. To mój plan B, gdyby chcieli odebrać mi dziecko. Gdyby tylko nie było tak zimno. Jeszcze mam plan C. Nie powiem jaki. Zadzwoniła pani Ola. – Lepiej, żeby pani sama odwoziła córkę do szkoły. – Dlaczego? – No, wie pani, mieszka pani najdalej. Kierowca autobusu narzeka. – Możemy podchodzić do furtki Marcina. – Nie chciałam tego mówić, ale to chodzi o pani córkę. – Sprawia kłopoty? – Nie. Ale tak. Jak Łowcy kontrolują autobus. Wie pani, oni wchodzą do autobusu z bronią. I zawsze sprawdzają pani córkę. Ją na pewno to stresuje. – Tylko moją córkę? – Jej wygląd… Mnie to nie przeszkadza, naprawdę. – Co z nią? Ma zły wygląd? – Nie jest podobna do pani. A może chciałaby pani załatwić jej nauczanie domowe? Pani jest taka wykształcona. – O co chodzi, pani Olu? – Sama pani wie. Te jej oczy. Wygląda jak nie stąd… Podczas tej rozmowy pani Ola wypaliła dwa papierosy. Słyszałam, jak zapala papierosa. Też zapaliłam. – Gdzie pani teraz jest? – spytałam na koniec, niespodziewanie. – Spaceruję. Oddycham świeżym powietrzem. „Akurat. Oddychasz marlboro, głupia krowo. Świeże powietrze by cię zabiło”. To tylko pomyślałam. – Co ty, mamo. Chcę chodzić do szkoły. I nie chcę, żebyś mnie woziła. Wiesz, my lubimy czekpointy. Jak długo sprawdzają, to spóźniamy się na lekcje. Marcin zawsze mnie namawia, żebym udawała nielegala. Raz nawet wziął trochę ziemi i pobrudził mi twarz. Wyglądałam jak dziecko z lasu. Takie jak w telewizji. – To niebezpieczne, kochanie. Łowcy mogą się zdenerwować i zrobić coś złego, z nerwów. Nie powinnaś jeździć autobusem. – W samochodzie też nie jest bezpiecznie, mamo. Obudziłam się zimną nocą i otworzyłam oczy. Dziecko stało na tle wielkiego jak boisko okna, na tle chmur pędzących przez jasną polanę, pośrodku której tkwił księżyc. Pełnia. Usiadłam i postawiłam stopy na podłodze. Przeszył mnie kamienny chłód. – Zamówiłem marmurowe kafle w Alicante – powiedziałeś. – Będziemy mieli podłogę jak w tamtym hotelu na Majorce. – Zwariowałeś, to nie ten klimat. Nie chcę marmuru na podłodze. – A właśnie, że chcesz. Marmurowa posadzka rozgrzana słońcem. Zobaczysz. Będzie super. Tak miało być. Super. Malutka, przygarbiona postać stoi na krawędzi domu, na tle okna tak wielkiego, że nie wygląda jak okno, tylko ściana, której nie ma. – Czemu nie śpisz? Co robisz, szaraczku? – Czekam na nielegale. Tamte dwa z dzieckiem. Nie widzę ich. Mówili w telewizji, że jest mróz i że wszystkie nielegale zamarzną. Będą mieli wychłodzenie organizmu. To się nazywa hipotermia, takie słowo. – Ależ, kochanie, na pewno nie zamarzną. – Mamo, czy tamtej dziewczynce jest ciepło? – Skąd wiesz, że to dziewczynka? – Wiem. Dom na pustkowiu. Pustina, pustota, pustka. Nikogo dookoła, tylko sarny i dziki. Brzozowy zagajnik na piaskowym pagórku, szarorude lisy i czerwonogłowe grzyby. Niżej brunatnozielone bagno, rzeczka, dalej puszcza, knieje. Będziemy tu szczęśliwi, mówiłeś. Tylko ty, ja i dziecko. Będziemy mieli jeszcze inne dzieci, nasze. Ostatniego dnia staliśmy na werandzie w promieniach zachodzącego słońca. Miałeś na głowie kowbojski kapelusz, ja byłam w białej sukience. Dziecko spało w hamaku. Oparłeś sztucer o ścianę domu. – Co to, kurwa, ma być? Western? Zostawisz mi tę strzelbę i pojedziesz do Meksyku, a ja będę strzelała do Indian, żeby nie spalili naszej hacjendy? – Ktoś musi utrzymać ten dom. Nie zarobisz na niego tym swoim pisaniem – powiedziałeś. Budzę się zimną nocą. Dziecko stoi pod oknem, na tle chmur oświetlonych księżycem. Płaska księżycowa twarz ukazuje się co chwila pomiędzy poszarpanymi kształtami, a dziecko unosi rękę, jakby dawało komuś znak. Biorę koc, podchodzę do okna, owijam dziecko. – Zmarzniesz. – Nie chcę. Drapie. Myślę o dziewczynce. Wtedy bawiłyśmy się w Teletubisie. Ja byłam Laa-Laa, a ona była Po. – Była tutaj? – Nie, mamo. Bawiłyśmy się z daleka. Ja też widziałam tamtą dziewczynkę z daleka. Miała czerwony kombinezon. Obok niej stały dwie kobiety, stara i młoda. Chciałam podnieść rękę i pomachać. Rozmawiałam przez telefon. Łowcy podjeżdżają na sygnale. Wpadają na kawę, jakby byli sąsiadami. Jest ich troje, dwóch mężczyzn i kobieta. „Zimno tu u pani” – mówią. Stoję przy zlewie w twojej kurtce. Twoje dziecko w żółtym kombinezonie narciarskim siedzi na podłodze i rysuje. – Hej, zdejmij kaptur – mówi kobieta. Dziecko zsuwa kaptur nie przestając rysować. Rysuje coraz szybciej, zamazuje czarną kredką cały karton. – Fajny masz kombinezon, idziesz na narty? – Nie widzisz, że nie ma śniegu? Łowczyni patrzy zaskoczona. Jakby nie spodziewała się, że dziecko odpowie. Teraz moja kolej. – Śliczna dziewczynka. To pani córeczka? – Aha. – Bo pani blondynka. I te niebieskie oczy. Soczewki. A włosy. Możemy wszystko, prawda? Utlenić, ufarbować. Jak nam się podoba. Pani ma piękne. Platynowe. Łowczyni bierze kubek kawy, dwaj Łowcy idą sprawdzić dom, czy nie zakradł się jakiś nielegal. Wychodzę z Łowczynią na taras. Kawa i papierosy, jak u Jarmuscha. Jak w kinie. Następnego dnia dostaję maila od pani Oli. Dzieci miały narysować laurki dla Łowców. W ataczmencie rysunek. Dziecko w żółtym kombinezonie i troje Łowców w mundurach, dwóch mężczyzn i kobieta z długimi włosami. Dziecko mierzy do nich z karabinu, Łowcy stoją z rękami w górze. Nasz dom jest najpiękniejszy w okolicy. Oddalony od innych, wyrastający z ciemnozielonego wzgórza. Drewno, szkło i rośliny. Dwie ściany salonu z zielonych porostów, dwie ze szkła. Nie sposób umyć tych ogromnych szklanych powierzchni, a porosty, które utrzymywał skomplikowany system nawadniania, bez specjalnej konserwacji po prostu uschły. Dobrze, że nie zgniły. Wieś, przez którą prowadzi droga do naszego domu, to zwykła wiocha, wzdłuż szosy ciągną się żelazne ogrodzenia i ciemnozielone ściany tui. Nikt nie chodził ulicą, wieczorami było pusto i cicho, tylko telewizory świeciły w oknach. Tak było, zanim zrobili Strefę. Bo teraz mieszkamy w Strefie, w kwadracie LG 54. Zamknięta granica, wojenne pojazdy rozjeżdżające drogi, drony jak osy, helikoptery jak szerszenie, wszędzie ludzie bez twarzy, z bronią, w mundurach. Tylko w sklepie zakładają swoje twarze. Żołnierze dzieci o rumianych policzkach i łakomych oczach, stojące karnie w kolejce po chipsy, słodkie napoje, papierosy i płaskie buteleczki wódki z obrazkami owoców na etykietach. Nikt ich nie pyta, czy są pełnoletni, czy mogą legalnie pić alkohol. – Kupisz mi, mamo? Taką z brzoskwinkami. Dzieci w mundurach się śmieją, twoje dziecko razem z nimi. Gdy wracamy z zakupami do domu, zatrzymują nas dwa razy. – Co pani ma w bagażniku? – Po co pani dwie zgrzewki wody? Mieszka pani tylko z dzieckiem? Duże te zakupy. Spodziewa się pani gości? Dziecko śpi na tylnym siedzeniu z buzią ukrytą pod kapturem. – No dobrze. Niech pani jedzie. Niech pani nie zatrzymuje się po drodze. Odjeżdżamy i dziecko podnosi głowę. – Wcale nie spałam – mówi. – Dobrze, że nie kazali ci się pokazać. – Bo już mnie widzieli. W piątek. Pamiętasz? Jeden zapytał, kto mi pobrudził oczy, że mam takie czarne. – Skąd wiesz, że to ci sami? Wszyscy wyglądają tak samo. – Każdy ma inny głos. Posłuchaj ich, mamo. Następnym razem. Zajeżdżamy pod dom i idę na taras zapalić. Dziecko sadowi się obok mnie. – Może przyjdą nielegale. No wiesz, tamta dziewczynka. I mama dziewczynki. I babcia. – Skąd wiesz, że to mama i babcia? – Widziałam. Wiesz, martwię się, że dziewczynka nie ma nic do jedzenia. – Na pewno ma co jeść. – Zaprosimy ją do domu, jak przyjdzie? – Nie możemy. Mogłabym iść za to do więzienia. – To pobawimy się w ogrodzie. Dziecko wstaje i wbiega do domu. Każda pora roku tutaj jest inna. Zima szara, wiosna seledynowa, lato zielone… Najbardziej lubię kolory jesienne, takie jak teraz, brunatne, szarobure, zgniłozielone. W nocy był mróz, spadło trochę śniegu, białe łaty na pagórkach, powietrze jak kryształowy kieliszek. Dziecko wraca i wręcza mi twoją myśliwską lornetkę. Przynosi też małą lunetę. Patrzymy, ja przez lornetkę, ono przez lunetę, którą przyciska do lewego oka. Wiemy, czego szukamy. I znajdujemy, jednocześnie. Na skraju lasu. Czerwony kombinezon wtulony w niebieską kurtkę z kapturem, a dalej czarny płaszcz, plecak, jakieś rzeczy. W zaroślach, przyprószone śniegiem. Dziecko zrywa się i biegnie w stronę lasu. Łapię je i trzymam mocno, wrzeszczące, kopiące, młócące pięściami. – Nie widziałaś tamtej dziewczynki. Nie ma jej tam. Ona wróciła…