Już raczej o słabość. A człowiek niemłody jest oczywiście najsłabszy. Młody jest silniejszy. To znaczy młody jest niby bezwzględnie słabszy, ale względnie jest o wiele silniejszy, bo mu zostało – niczym w jakiejś gierce komputerowej – jeszcze wiele żyć. Stać go po prostu. Stary z kolei jest silny, bo praktycznie jest już nie do ruszenia. Poza zasięgiem po prostu. Człowiek niemłody zaś, człowiek, który już nie jest młody – ktoś taki jak ja wtedy – jest słaby jak ostatnie kocię z miotu. Człowiek niemłody szoruje na oparach tamtej dawnej młodzieńczej siły, nie umiejąc – lub nie chcąc – budować w sobie tej nowej siły starczej. Człowiek niemłody udaje, że ciągle gra w tę grę, w którą już ani trochę nie gra, równocześnie uparcie odmawiając świadomego udziału w grze, w którą, chcąc nie chcąc, od jakiegoś już czasu pogrywać musi. Nic więc dziwnego, że przegrywa. W obu tych grach. Człowiek niemłody jest najsłabszy. Wszystko można z nim zrobić. Wszystko można mu zrobić. Wszystko. *** – Wiesz, te dwadzieścia tysięcy to ja mam ogólnie w dupie – mówię. – Tu w ogóle nie o to chodzi. – No tak – mówi. – Rozumiem. – I ja nie żałuję tych pieniędzy. Jeśli czegoś żałuję, to na pewno nie tych pieniędzy. – Sam nie wiem, czy ty tu powinnaś czegoś żałować… – zaczyna. – No, na pewno nie tych dwudziestu tysięcy – powtarzam. – Co to zresztą jest za kwota w sumie… – No wiesz – mówi. – No jednak… – No ja wiem – mówię. – No jednak. Dobrze. Ale mnie nie o to tu w tym wszystkim chodzi. Mnie nie o to chodziło wtedy… Możesz oczywiście powiedzieć, że jemu z kolei właśnie o to… – Tak – mówi. – Właśnie. – Że jemu tylko o to chodziło, że właśnie o to. I masz rację. Ale dla mnie to też jest jakoś bez znaczenia w sumie. Zresztą ja bym mu przecież… No, bez problemu. Rzecz w tym… – Tak? – Że to nie jest jednak element mojej relacji z nim. Rozumiesz? – Nie całkiem – przyznaje. – Bo mnie z nim żadne dwadzieścia tysięcy nie łączyło. Czy tam dzieliło… Mnie się to dwadzieścia tysięcy przydarzyło z jakimś innym kimś, kogo ja w ogóle nie znałam. A z tamtym, którego ja znałam, to nic takiego nie miało miejsca. I mnie może nawet tamtego jakoś, powiedzmy, brakować, i zupełnie mi nic to nie zmienia, że ten drugi, ten inny jakiś… – Tyle tylko, że to ten sam – mówi. – No tak, wiem. Wiem przecież. Myślisz, że ja nie wiem? – Ja nie wiem, czego ty nie wiesz – mówi. – Bo sam zobacz – mówię. – Ja mogę mieć żal też jakiś tylko do tamtego, którego znałam. Do tamtego człowieka sprzed. Do niego mogę mieć żal, chociaż ty mówisz, że nie wiesz, czy ja powinnam czegoś żałować tutaj. Ale gdyby. To tylko do tamtego. Do tego, który mi żadnych dwudziestu tysięcy nie zabrał. Rozumiesz? – Próbuję – mówi. – Ale to jest trochę… – Co? – Trochę taka sofistyka. – No, może. – I może ci to jest potrzebne teraz – mówi. – Takie rozgraniczenie, żeby to sobie jakoś uporządkować. – Właśnie – potwierdzam. – Bo ja nie mam żalu o te dwadzieścia tysięcy. Nie chcę, abyś ty myślał, że mnie o te dwadzieścia tysięcy chodzi. – Nie podejrzewałem cię o to – mówi. – Czyli rozumiesz? – upewniam się. – Tak. Chyba tak – mówi. – Słuchaj… – No? – Ja oddzwonię za chwilę, dobra? Bo muszę tu jeszcze coś ogarnąć… Ale zaraz oddzwonię, dobrze? – Jasne – mówię. – Na spokojnie. Jasne. *** Jedyną osobą, z którą mogłam wtedy porozmawiać, był Maciek, taka jest prawda. Wydzwaniałam więc do niego bez przerwy i godzinami wisiałam na telefonie. Przed, w trakcie i po. Chociaż po to oczywiście nie od razu. Długo po – to tak. Wiele dni po, kilka tygodni po. Wtedy bez przerwy. Ale zaraz po, przez tych kilka pierwszych dni, niemal wcale się do niego nie odzywałam. Może się wstydziłam po prostu. Że tak się to skończyło. Może nie mogłam w to zwyczajnie uwierzyć. Chociaż przecież wierzyłam – wiedziałam – właściwie od razu, to znaczy już w trakcie tamtej rozmowy. I tylko nie chciałam przed Maćkiem tego przyznać, bobym musiała w ten sposób przyznać to przed samą sobą. Głośno to powiedzieć. Nazwać to tym nieciekawym imieniem. Chyba wolałam to odwlec chociaż trochę. Dlatego też przez kilka dni w ogóle do niego nie dzwoniłam, aż wreszcie to on zaczął do mnie wydzwaniać – chyba pierwszy raz przez te wszystkie tygodnie. Dzwonił i pytał: „Ej, wszystko dobrze? Czego się nie odzywasz?”. A ja przez te kilka dni cały czas: „Tak, tak, wszystko dobrze, tak, ogarniam wszystko powoli, no tak, on nadal w tej Hiszpanii”. Ale w końcu mnie oczywiście przycisnął i wszystko ze mnie wydobył. Nie dał zbyt długo sobie wciskać tej fasoli. Teraz myślę, że to musiało być zupełnie jednak niewiarygodne. Bardzo łatwo się było zorientować, że coś jest nie tak, właśnie po tym moim milczeniu. Bo niby dlaczego przestałam dzwonić po tym, jak przez kilka tygodni wydzwaniałam do niego codziennie? Po tym i przed tym – bo oczywiście jak już to ze mnie wyciągnął, to zaczęłam do niego wydzwaniać jeszcze częściej. Nie wiem, skąd on brał cierpliwość na to wtedy. Bo miał ją w zasadzie w nieskończonych ilościach. Miał, a w każdym razie: okazywał. „Tak, jasne. Pewnie, że mam czas. Możesz, możesz”. I czasem tylko mówił po jakichś moich naprawdę przydługich wynurzeniach: „Słuchaj, oddzwonię za chwilę, dobrze? Mam tu coś do ogarnięcia. Dzieci mi tu płaczą, coś tam. Zaraz oddzwonię”. A wtedy wiedziałam, że musi chwilę odpocząć po prostu. Musi zaczerpnąć tchu, musi na moment wynurzyć się z tego mojego bagna. Ale zaraz oddzwoni. „Jestem, już jestem”. I zawsze oddzwaniał. „Mów, mów. Już jestem”. *** A może nie chciałam Maćkowi od razu powiedzieć, bo się bałam, że on wtedy powie coś w stylu: „A nie mówiłem?”. Chociaż pewnie nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Zresztą niczego takiego wcześniej nie mówił… Nie krakał. Nie zapeszał. Nie wywoływał z lasu. Nie snuł czarnych scenariuszy. Zawsze mówił, że ludziom można albo zasadniczo ufać, albo nie ufać. I że w tej pierwszej opcji w skali życia człowiek dwa albo trzy razy dostanie po dupie. W tym raz mocno. A w tej drugiej opcji to się człowiek od jednego z tych razów wywinie. Ale nie od tego mocnego. I że się życie wówczas przeżyje w koszmarze. I że się nie opłaca raczej. Nie straszył więc, nie zniechęcał i nie ostrzegał. Może tylko nie całkiem podzielał entuzjazm. Własnego entuzjazmu nie odczuwał, no ale niby czemu by miał odczuwać? Mojego w każdym razie nie tępił. Czasem tylko mówił to swoje: „O, aha”. Co mi z perspektywy czasu brzmi trochę jak: „Weź, nie pierdol”. – No i umówiliśmy się na jutro. – O, aha. – No i jadę z nim nad morze, jak wróci z Hiszpanii. – O, aha. – No i wiesz, może i coś z tego wszystkiego będzie nawet. – O, aha. Czasem pozwalał sobie tylko na takie bardzo lekkie wyrażenie wątpliwości. Humorystyczne, powiedzmy. Pieszczotliwe. Zresztą i to bardzo rzadko. Zresztą zaraz się wycofywał. Zresztą wyrażał przy tym moje własne wątpliwości. I nie przerywał mi, gdy zza fasady tych wątpliwości wylewała się kolejna rzeka entuzjazmu. – Słuchaj… – powiedział przeciągle pewnego razu, przerywając na moment te moje kaskady. – No? – spytałam. – No co? – A to nie jest jakiś, no nie wiem… – No co? – Jakiś wariat to nie jest? – W jakim sensie? – Zjeżyłam się. – No w potocznym, kurwa, sensie. W psychiatrycznym sensie. – A ty myślisz – zagotowałam się – że we mnie to się można zakochać już tylko w ramach psychiatrycznych, tak? – A nie, nie! – zaprotestował. – We wszelkich możliwych ramach można się w tobie spokojnie jeszcze zakochać. No, chyba że pytasz tak raczej filozoficznie… O samo zjawisko. Bo wtedy owszem… Ale jeśli pytasz osobniczo… Jeśli jednostkowo, w sensie egzemplarza… Czy w tobie konkretnie się można, powiedzmy, zakochać? No to tak, a pewnie, jak najbardziej. Sam bym się w tobie zaraz zakochał, gdybym tylko miał wolną godzinkę. No ale nie mam, dzieci mi płaczą, mam tu jeszcze coś do ogarnięcia, zaraz oddzwonię, dobra? *** Pierwszym wariactwem było oczywiście to, aby w ogóle kogoś poznać w realu. Tak się już nie robi podobno. Poznać kogoś na ulicy – dosłownie na samym środku ulicy – a nie po raz tysięczny przez jakąś aplikację czy inny serwis. Zagadnąć – dać się zagadnąć – obcego faceta na ulicy zamiast tych kolejnych pseudoflirtów z jakimś dawno zapomnianym znajomym sprzed lat. Ze studiów. Z liceum nawet. „Hej, pamiętasz mnie? Świetnie wyglądasz. Co w ogóle u ciebie?” No więc nie bez powodu pamiętam cię raczej niewyraźnie. I wcale tak nie wyglądam. To zdjęcie w internecie jest. Ile ty masz lat? Ale oczywiście wcale się tak nie odpisuje. Tylko: „O, jasne, pewnie, hej, ty też się super trzymasz, u mnie dużo zmian, a co u ciebie?”. I tak się to ciągnie, i daje tę jakąś nieświadomą nadzieję – i te wszystkie niespełnione nadzieje wybuchają potem nagle w tej jednej gigantycznej, wulkanicznej erupcji nadziei, kiedy ktoś nagle zagaduje cię na środku ulicy. Leżąc wcześniej na masce twojego samochodu. – Bo to jest tak, że w naszych czasach… – tłumaczy Maciek. – A teraz nie są nasze czasy, tak? – Trochę jednak mniej nasze – precyzuje Maciek. – Więc w naszych czasach to się normalni ludzie poznawali w autobusach, knajpach, parkach i na ulicach, tak? W rzeczywistości fizycznej. A jak ktoś pisał do ciebie przez internet, bo już przecież bywał internet, to od razu było wiadomo, że to jest jakiś, jak to się wtedy mówiło, zboczeniec. – No tak – mówię. – No, wiadomo. – A teraz to jest dokładnie odwrotnie – wyrokuje Maciek. – Teraz normalni ludzie się poznają przez internet. A jak ktoś do ciebie podchodzi na ulicy, to od razu wiadomo, że trzeba dzwonić na dziewięćset jedenaście. – Dziewięć, dziewięć, siedem – poprawiam. – W Polsce jesteśmy. – Tak – mówi. – Ale wiesz, będą musieli uruchomić niedługo jakieś przekierowanie z tego dziewięćset jedenaście w Polsce też. Bo przecież wszyscy już czerpiemy wiedzę o życiu i świecie wyłącznie z amerykańskich seriali. I nikt pewnie nie pamięta tamtego szkolenia w przedszkolu, a każdy ma w głowie to: kol najn łan łan. I wtedy myślę, że on po to rozwijał ten wielopiętrowy żart, aby przywołać jednak i ten temat. Ten jeden jedyny raz. Bo już nigdy potem go nie przywołał, jak się miało okazać. – A ty myślałaś w ogóle, żeby to gdzieś, no nie wiem… – Nie – mówię. – Raczej nie. No nie… Nie będę. – Rozumiem – mówi. – A ty uważasz, że powinnam? – pytam. – Sam nie wiem – odpowiada. – Jako podatnik i obywatel chciałbym, aby takie rzeczy były zgłaszane. Jak i wiele innych za rzadko zgłaszanych rzeczy, wiadomo. Ale jeśli chodzi konkretnie o ciebie… Jeśli tu w grę wchodzisz akurat ty… To ja nie wiem, czy ja mogę powiedzieć, że to dobry pomysł. No nie wiem. Rozumiesz? *** A wtedy, na początku, też oczywiście natychmiast zadzwoniłam do Maćka. – Słuchaj, pamiętasz…
Prozaik, tłumacz. Psycholog. Opublikował zbiory opowiadań: Wist (2014), Drugie spotkanie (2017) i Trzeci dzień świąt (2021) oraz powieść System Sulta (2019). Wiosną 2024 r. nakładem Wydawnictwa Próby ukaże się zbiór jego esejów Anatomia opowiadania. Wykłada...