Subskrybuj
Amerykańska psycholożka Brené Brown na premierze filmu dokumentalnego Brené Brown. Odwagi!, Los Angeles, 16 kwietnia 2019 r. Brown jest słynną popularyzatorką psychologii, jej konto na Instagramie śledzi ponad 5 mln osób fot. Joe Scarnici/Getty
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Psychologia z Instagrama

Jeszcze dekadę temu otwarte przyznawanie się do zaburzenia psychicznego było czymś raczej rzadkim i mogło narazić na nieprzyjemności. Dzisiaj media społecznościowe pełne są konfesyjnych treści i diagnoz. Co to o nas mówi?

„Fuck nudes, send me a dated invoice from your therapist so I know you’re working on yourself ” (Pieprzyć nagie fotki, wyślij mi rachunek od swojego terapeuty, żebym wiedziała, że nad sobą pracujesz) – to opis, który dość często pojawia się na aplikacjach randkowych, takich jak Tinder czy Bumble. Na tych samych aplikacjach wśród wylistowanych zainteresowań można znaleźć „terapię” i „zdrowie psychiczne”. Część osób w tinderowym opisie zawiera swoje „F-y”, czyli kategorie diagnostyczne z ICD-10 (International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems) – międzynarodowej klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych. Pod literką „F” kryją się „zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania”. Na marginesie można dodać, że obecnie wdraża się nową wersję klasyfikacji – ICD-11.

To nie będzie jednak tekst o aplikacjach randkowych. To będzie artykuł o języku psychoterapii, który wydostał się z gabinetów i stworzył jeden z istotniejszych trzonów dzisiejszej kultury klasy średniej i wyższej. A aplikacje randkowe są tylko jednym z pól ekspansji tego dyskursu.

Psychiatra Jeffrey Lieberman, były szef American Psychiatric Association, organizacji tworzącej m.in. kolejne wersje Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM), „diagnostyczną biblię” chorób i zaburzeń psychicznych, w książce Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii opisał znamienną historię przyjęcia, które odbyło się na Manhattanie w okolicach 2010 r.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Sarę Foster, członkinię nowojorskiej socjety, „lwicę salonową”, jak opisuje ją autor. Na bankiecie pojawiła się nowojorska śmietanka towarzyska – prawnicy, lekarze, architekci, eksperci w swoich dziedzinach, ludzie zamożni i wpływowi. Celem Foster było zebranie funduszy na badania psychiatryczne. Kobieta stała się rzeczniczką osób chorujących psychicznie po tym, jak jej cierpiący na schizofrenię syn popełnił samobójstwo kilka lat wcześniej. Lieberman wygłosił wtedy mowę o istotności kwestii zdrowia psychicznego, po czym uczestniczył w prywatnych rozmowach przy „marynowanym łososiu i chablis”. Wielu ze znamienitych gości wychwalało postawę Foster, podkreślało, jak istotna jest sprawa. Nikt jednak nie przyznał, że problem może w jakiś sposób dotyczyć jego lub kogoś z jego rodziny.

Kilka dni później Lieberman, praktykujący psychiatra, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w Stanach Zjednoczonych, zaczął odbierać telefony od gości z przyjęcia. Szukali pomocy i ulgi w cierpieniu psychicznym – swoim lub bliskich. Jednym z istotniejszych przesłań wydanej w USA w 2015 r. książki Liebermana było odtabuizowanie zaburzeń psychicznych.

Około półtorej dekady później w dobrze wykształconym, wielkomiejskim środowisku osób zajmujących się pracą kreatywną wymienianie się diagnozami to sposób na przełamywanie lodów w towarzystwie. Nieraz byłem świadkiem takich rozmów. Młodzi dziennikarze, badacze, artyści, pracownicy szeroko rozumianej branży kreatywnej, zapoznając się, opowiadają o swoich diagnozach, rozmawiają na temat objawów, przyjmowanych leków. Zwykle im młodsze osoby, tym chętniej podejmują tę kwestię. Temat zdrowia psychicznego dla pochodzących z dobrych domów przedstawicieli generacji Z oraz dla milenialsów tworzących klasę średnią-wyższą stał się nowym small talkiem, wypierając narzekanie na to, że „znów zimno i pada, i zimno i pada na to miejsce w środku Europy”, jak w latach swojej świetności śpiewał Kazik.

Diagnozy autyzmu, ADHD, choroby dwubiegunowej można znaleźć w opisach podcastów lub kont Instagramowych. Jeden z dość znanych aktywistów w piątym zdaniu bio na swojej stronie internetowej pisze: „Od lutego 2021 leczę się psychiatrycznie w związku zaburzeniami depresyjnymi, głównie na tle lękowym i zaburzonego rytmu dobowego”.

O ile jeszcze dekadę temu otwarte przyznawanie się do choroby lub zaburzenia psychicznego było czymś raczej rzadkim i rzeczywiście mogło narazić na nieprzyjemności, o tyle dzisiaj media społecznościowe pełne są konfesyjnych treści o depresji, osobowości borderline czy neuroatypowości. Osoba, która dokonuje tego rodzaju coming outu, może zresztą liczyć na grad lajków, serduszek, komentarzy: „Trzymaj się”, „emocjonalnych kocyków”, słowem – wyrazów społecznego wsparcia. Niezwykle ironicznie na tym tle wyglądają komentarze: „To bardzo odważne wyznanie”, pochodzące jakby z poprzedniej epoki, w której tego typu szczerość mogła prowadzić do społecznego ostracyzmu.

Robiąc chwilową przerwę w researchu do tego tekstu, zajrzałem na social media (oczywiście to uzależnienie behawioralne). Podczas scrollowania jako drugi post pojawiła mi się wrzutka konta „Smutne historie spisane na kacu i tanim papierze”. W minikomiksie widzimy, jak dwie kobiety rozmawiają o koledze. Jedna mówi do drugiej: „Spójrz tylko na niego. Stoi swobodnie, rozmawia, żartuje. Normalnie dusza towarzystwa”. Na ostatnim obrazku dziewczyna ma założone ręce, jakby była trochę obrażona, i podsumowuje: „To takie neurotypowe”. W hashtagach: #neuroatypowość, #autyzm, #spektrum, #duszatowarzystwa.

Jakkolwiek obrazek byłby zabawny, jest również symptomatyczny. O normalnym, nomen omen, spektrum ludzkich zachowań takich jak otwartość czy nieśmiałość popkultura mówi językiem diagnoz psychiatrycznych. A te stają się elementami indywidualnych tożsamości, na co wskazują wcześniej przytoczone autoopisy osób publicznych. Na marginesie dodam, że jedna z komentujących post „Smutnych historii” napisała: „Coś mnie ominęło czy nabijamy się z osób ze spektrum autyzmu teraz?”. Pewien rodzaj przewrażliwienia (to słowo jest na cenzurowanym w ramach psychoterapeutycznego dyskursu; na instagramowych kontach taki zarzut jest oddalany formułką „Twoje emocje są valid”, liczą się) również wydaje się spleciony z kulturą terapeutyczną. Do tego wątku jeszcze wrócę.

Jak się tu znaleźliśmy?

„Kultura terapeutyczna” nie jest pojęciem nowym. Ma ona swoich egzegetów, którzy przyglądają się jej od dobrych kilku dekad. Eva Illouz, jedna z najważniejszych badaczek zajmujących się tą kwestią, jej źródeł upatruje nie tylko u Freuda, stawiając nawet symboliczną datę jej początku – rok 1909, czyli moment przybycia Austriaka do Stanów Zjednoczonych. Dostrzega ją również w psychologicznych formach zarządzania, które wkroczyły do amerykańskich przedsiębiorstw w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Zadomowienie się freudowskiego i postfreudowskiego podejścia do psychiki oraz rozlewanie się jego myśli na coraz to nowsze obszary ludzkiej działalności Illouz nazywa narodzinami „kultury emocjonalnej”.

O klasowym aspekcie zjawiska pisze wspomniany już Lieberman w Czarnej owcy medycyny. Zauważa on, że to, co dzisiaj nazywamy psychiatrią, do początku XX w. koncentrowało większość swojej uwagi na osobach „obłąkanych”, czyli dotkniętych najcięższymi dolegliwościami: schizofrenią, trudnymi przypadkami depresji, chorobą afektywną dwubiegunową. Zajmowali się nimi tzw. alieniści. Nazwę swojej profesji zawdzięczali temu, że ośrodki dla osób cierpiących psychicznie sytuowano w spokojnych, oddalonych od miast okolicach.

Dopiero psychoanaliza zaimportowana do Stanów Zjednoczonych z Europy w pierwszych dekadach XX w. stworzyła nową jakość – gabinety terapeutyczne, w których zamożni ludzie mogli opowiadać psychoanalitykom (zdaniem Liebermana przez dekady psychiatria, zwłaszcza amerykańska, była zdominowana właśnie przez ten nurt) o swoich „nerwicach”.

Lieberman pisze nawet o swoistej „modzie” w Hollywood na posiadanie swojego psychoanalityka – shrinka. Słowo to zresztą prawdopodobnie wywodzi się właśnie z hollywoodzkiego kontekstu. Autor obstawia dwie etymologie słowa. Headshrinkerem był ktoś, kto miał „odchudzić” ego hollywoodzkich gwiazd. Inna interpretacja jest taka, że sława psychoanalityków zbiegła się w czasie z popularnością hollywoodzkich filmów o kanibalach, gdzie rekwizytami były wysuszone głowy wrogów.

Omawiając związek języka terapeutycznego i kultury terapeutycznej z klasowością, trudno nie wspomnieć o filmach Woody’ego Allena z lat 70. Jednym z głównych bohaterów obrazów reżysera jest jakiś rodzaj alter ego samego Allena – znerwicowany nowojorski Żyd z klasy wyższej próbujący radzić sobie ze swoim neurotyzmem przez wizyty u terapeutów, w których skuteczność nie do końca wierzy.

Innym przykładem przesączania się języka terapii do kultury z tamtego okresu był choćby wydany w 1969 r. Kompleks Portnoya. Osią kontrowersyjnej na owe czasy książki Philipa Rotha jest strumień świadomości 30-letniego mężczyzny, który leżąc na kozetce, źródła swoich wewnętrznych, oscylujących oczywiście wokół życia seksualnego, konfliktów poszukuje we wpływie rodziców. W powieści nie wypowiada się nikt inny poza nim; tytułowy Alex Portnoy sam więc niejako dokonuje swojej terapii, używając psychoanalitycznej siatki pojęciowej. Tytuł książki w sposób oczywisty nawiązuje do wprowadzonego przez Freuda kompleksu Edypa, czyli rzekomej nieuświadomionej chęci uprawiania seksu z matką przy jednoczesnym pragnieniu zabicia ojca.

O ile w tamtych dziełach można odnaleźć wiele języka psychoanalitycznego – obsesyjne skupienie na seksie, nerwicach, poszukiwaniu źródeł swoich neuroz w nieuświadomionych konfliktach mających swój początek w dzieciństwie – o tyle dzisiejsza kultura jest odbiciem rozwoju wielu innych szkół terapeutycznych.

Nie mówimy już raczej o kompleksie Elektry, id, superego i Tanatosie. Mówimy o stylu przywiązania, stawianiu granic, kontakcie z ciałem (które wysyła sygnały, a tych należy słuchać), posiadaniu przestrzeni, zasobach emocjonalnych, wysokiej wrażliwości, traumach (które należy przepracować), coping mechanisms, dynamikach władzy w relacjach, osobach w kryzysie tego i tamtego. Nawet jeśli nie używają Państwo na co dzień tych zbitek, to z pewnością słyszeli je nie raz. A jeśli zdarza Wam się uczestniczyć w debatach aktywistów i spotkaniach artystycznych, to któreś z tych zbitek (albo wszystkie) niemal z pewnością przynajmniej raz podczas nich padły.

Ta siatka pojęciowa stała się jednym z socjolektów klasy średniej wyższej i wyższej – językiem właściwym dla danej grupy społecznej wyznaczającym dyskretne granice przynależności do grona osób o wysokim kapitale kulturowym. O ile Illouz do kultury terapeutycznej zalicza wszystkie przejawy „psychologizowania” społecznych aktywności, w tym podręczniki samopomocy i mówców motywacyjnych, o tyle mnie interesuje ta część dyskursu, która ma charakter klasowej dystynkcji.

Prawdopodobnie jednym z najistotniejszych źródeł dzisiejszej odsłony kolonizacji dyskursu przez język psychoterapii jest obiektywne zjawisko obserwowane od lat w wielu krajach rozwiniętych. Chodzi o pogarszanie się kondycji psychicznej młodego pokolenia.

O zjawisku tym pisała Jean M. Twenge, profesorka psychologii na San Diego State University, w książce o długim, choć znamiennym tytule IGen. Dlaczego dzieciaki dorastające w sieci są mniej zbuntowane, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe i zupełnie nieprzygotowane do dorosłości – i co to oznacza dla nas wszystkich.

Naukowczyni powołuje się na badanie Monitoring the future, które od lat 70. XX w. zadaje podobne pytania tym samym grupom wiekowym – 14-latkom, 16-latkom oraz 18-latkom. Od mniej więcej lat 2010–2012 widać trend spadkowy, jeśli chodzi o „zadowolenie z siebie” i „zadowolenie z życia ogółem”. W 2010 r. ok. 73% dzieciaków twierdziło, że jest „zadowolonych z siebie”. W 2014 r. było to już 66%. Nie mamy do czynienia z gigantyczną różnicą, ale jednocześnie jest to najniższy notowany wynik od 1976 r., kiedy rozpoczęto badania. W 2010 r. również ok. 73% spośród młodych twierdziło, że jest „zadowolonych z życia ogółem”. W 2014 r. było to już 63% – znów najniższy odsetek od poł. lat 70.

W 2010 r. ok. 25% osób młodych „czuło się wykluczonych”. W 2015 r. stanowili już 33% – najwięcej od początku lat 90. Znacząco wzrosły też odsetki tych, którzy podpisaliby się pod stwierdzeniami: „Życie mnie nie cieszy”, „Moje życie jest bezużyteczne”, „Niczego nie mogę zrobić dobrze”. W przypadku studentów z kolei mniej więcej w tym samym czasie zaczęły rosnąć odsetki osób, które odczuwały „przytłoczenie”. Coraz więcej ankietowanych również zaczęło zgłaszać symptomy obniżonego nastroju.

Część komentatorów twierdzi, że może to być wynikiem rosnącej świadomości społecznej dotyczącej zdrowia psychicznego i mniejszego odium ciążącego na tych, którzy przyznają się do gorszego samopoczucia i cierpienia. Pamiętają Państwo anegdotę Liebermana o nowojorskim przyjęciu dla socjety wyprawionym w okolicach roku 2010, kiedy nikt nie chciał się przyznać do kłopotów psychicznych? Być może był to przełomowy moment, w którym kulturowe tabu chorób psychicznych zaczęło się poluzowywać. Nie jest to wykluczone. Niestety, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, pogarszanie się kondycji psychicznej widać w innych, bardziej obiektywnych niż autodeklaracje, wskaźnikach. Wzrosła tam też częstotliwość samookaleczeń i prób samobójczych, również tych zakończonych zgonem.

Dla Polski nie mamy danych na opartych na autodeklaracjach młodzieży sięgających dekady wstecz. Dysponujemy jednak policyjnymi rejestrami odnoszącymi się do prób samobójczych osób w wieku 13–18 lat, w tym prób, które zakończyły się zgonem. W 2013 r. odnotowano 348 tego typu aktów w tej samej grupie wiekowej, w tym zakończonych tragicznie – 144. W 2022 prób samobójczych było 2008, a w tych zakończonych zgonem – 150. Choć liczba zgonów pozostała na stałym poziomie, to liczba…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: W kulturze ciągłej terapii