Jest w tym coś z dziecięcej ciekawości, a coś z kiepskiego podrywu. Idziesz ulicą, słuchasz audiobooka i nagle kątem oka zauważasz ten zarys, kusząco wyraźny na szarym tle roztopów. Zatrzymujesz się, podchodzisz i zaczynasz się przyglądać. Z początku ukradkiem, niepewnie, bo nie chcesz wyjść przed ludźmi na dziwną. Wkrótce zapominasz o wstydzie, podchodzisz bliżej i zaczynasz się bezwstydnie gapić na jej kształty, poczerwieniałą skórę. Czasem idealnie gładką, czasem nieco pomarszczoną. W głowie kołacze ci się, że już kiedyś ją spotkałaś, że przedstawiono ci ją i poznałaś jej imię, za nic jednak nie możesz sobie przypomnieć, kim jest. Wyciągasz więc telefon i niemal na oślep klikasz w znajomą ikonkę. Robisz zbliżenie. Potem jeszcze jedno. I czekasz kilka sekund, aż aplikacja wypluje zdjęcia potencjalnych kandydatek. Zielone, bujne, nijak niepodobne do ogołoconego pnącza, które zwisa ci przed nosem. Po prostu na żywo, bez filtra, wygląda inaczej. Ale przynajmniej wiesz już, kim jest, przynajmniej poznałaś jej imię i zaspokoiłaś ciekawość, więc możesz iść dalej. Nie pytając o samopoczucie ani nie oglądając się za siebie. Bo o czym niby miałybyście rozmawiać? Przecież w gruncie rzeczy wcale się nie znacie. Może potem, jak znajdziesz chwilę, przeczytasz coś na jej temat w Wikipedii. A może zapomnisz. Wiadomo, ile teraz wszystkie mamy na głowie. Przynajmniej kiedy następnym razem na nią wpadniesz, nie pomylisz jej znów z głogiem, zatem nie będzie ci głupio. Chociaż z drugiej strony co za różnica? W końcu „to, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało”. Oj, powąchałabyś teraz takie róże w rozkwicie. Albo głogi, jeśli też kwitną. Albo berberysy. Byleby kusiły intensywnym zapachem i przyzywały kolorem. Byleby dały ci pogładzić palcami miękkie jedwabiste płatki.
Kolonialna taksonomia
Choć Pl@ntNet, iNaturalist czy Flora Incognita to aplikacje do rozpoznawania roślin, a nie Tinder czy Pokemon Go, to kuszą nas podobną fantazją o świecie. Obietnicą, że za pomocą kilku kliknięć i dostępu do wszechwładnego algorytmu oraz bazy odgórnie narzuconych kategorii możemy innych poznać oraz posiąść. Wpleść ich na stałe w nasze życie. Albo poszerzyć o ich imiona nasze imponujące kolekcje.
Samo w sobie jest to oczywiście bardzo przyjemne, o czym wiedział już Karol Linneusz, kiedy w XVIII w. łaził tam i z powrotem po łąkach wokół szwedzkiej Uppsali, chcąc zarejestrować i skategoryzować wszystkie napotkane gatunki, według wymyślonych przez niego na podstawie ówczesnej wiedzy rozróżnień. Klasyfikacji, których używamy do dziś w odniesieniu do całej, globalnej flory, mimo że Linneusz stworzył je, nie ruszając się poza Szwecję, Holandię i Finlandię. I pracował pod patronatem George’a Clifforda, dyrektora Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej – czyli za pieniądze wielkiej kolonialnej korporacji, czerpiącej zyski z handlu niewolnikami i cudzymi zasobami naturalnymi. Linneusz wiele jej zawdzięczał, ponieważ posadę na uniwersytecie i profesurę z botaniki otrzymał dopiero po ogłoszeniu swojej systematyki. Wcześniej był po prostu amatorem i hobbystą. A botaniką zajął się wiek przed publikacją O powstawaniu gatunków Darwina, na długo zanim dyskurs naukowy dał się przekonać do koncepcji ewolucji, o genetyce nie wspominając.
Dlaczego więc nomenklatura Linneusza tak bardzo zakorzeniła się w zachodniej botanice i ekologii? Bo ułatwiła wszystkim życie, choć trudno w to z dzisiejszej perspektywy uwierzyć.
Jak jednak tłumaczyła w zeszłym roku na łamach „New Yorkera” Kathryn Schulz w artykule How Carl Linnaeus Set Out to Label All of Life, z perspektywy ówczesnej nauki dwuczłonowe łacińskie nazwy, którymi Linneusz obdarzył wszystko, co żyje – a przynajmniej wszystko, co znał – nie były wcale hermetyczne, lecz eleganckie i zwięzłe. Podobnie jak kryjąca się za nimi logika grupowania przyrody według jednego stałego systemu, która niezwykle uprościła język nauki, dotąd raczej opisowy niż analityczny. Mięta pieprzowa z Mentha floribus capitatis foliis lanceolatis serratis subpetiolatis (czyli w wolnym tłumaczeniu „mięty o kwiatach główkowatych i liściach lancelowatych, ząbkowanych, z krótkim ogonkiem”) zmieniła się w znacznie poręczniejszą Mentha piperita. Nic dziwnego, że zdecydowano się przeklasyfikować tak wszystkie gatunki. Także te, które Europejczycy „odkryli” w toku wcześniejszych i późniejszych wypraw kolonialnych, wieków imperialnych aneksji.
Nadając łacińskie nazwy gatunkom kluczowym dla lokalnych kultur, wyparto rdzenną wiedzę ekologiczną i medyczną poza obszar nauki i uznania.
Gdzie tkwią do dziś, dopiero od niedawna odzyskiwane i rehabilitowane przez takie badaczki jak pochodząca z plemienia Potawatomi ekolożka Robin Wall Kimmerer, która po latach uczenia studentów o Hierochloë odorata, turówce wonnej, w Polsce zwanej żubrówką, postanowiła zacząć nazywać ją wiingaashk, „słodko pachnącymi włosami Matki Ziemi”, świętą trawą jej przodkiń.
Nie po to tylko, żeby wskrzesić o nich pamięć i uszanować ich wiedzę, ale i po to, żeby uświadomić studentkom ekologii i innym młodym ludziom, że nawet w dobie antropogenicznych zmian klimatu – i galopujących doniesień o kolejnych skażeniach wód, masowych wycinkach i globalnym wymieraniu gatunków – oparta na szacunku „pozytywna współzależność” oraz „ekologiczna równowaga” między człowiekiem a przyrodą są możliwe. Wiara w nie wymaga jednak innego języka, innej logiki, innej opowieści o świecie niż ta, którą zaproponował Linneusz. Nieprzypadkowo przezwany przez Schulz „Marie Kondo biologii, nieustannie sortującą i systematyzującą” to, czego na dłużej uporządkować się nie da.
Wątpliwe pożytki?
Niestety, to właśnie duch Linneusza oraz karmiąca się binarnymi opozycjami sztuczna inteligencja napędzają współczesne aplikacje do rozpoznawania roślin. Inaczej generowane przez nie dane nie byłyby przydatne dla nauki, polityki i biznesu, które potrzebują jak najszerszych i jednocześnie wystandaryzowanych, skalowalnych zbiorów informacji. Najlepiej darmowych, pobranych za automatyczną zgodą użytkowniczek. I podanych w formie, która usprawni dalszą agregację, co pozwoli zaprzęgnąć nasze zdjęcia, kliki i metadane do cudzych celów.
Czasem w imię wspólnego dobra. Tak jest w przypadku badań zespołu dr Jany Wäldchen z Instytutu Biochemii im. Maxa Plancka, która używa danych zebranych przez użytkowniczki darmowej niemieckiej aplikacji Flora Incognita do tworzenia nowoczesnych modeli zmian klimatu, aby śledzić transformację lokalnych środowisk w czasie rzeczywistym i łatwiej przeciwdziałać negatywnym skutkom antropocenu. Jednak inne projekty korzystające z crowdsourcingowych baz aplikacji do rozpoznawania roślin mogą budzić więcej zastrzeżeń. Przykładowo, brytyjski National Pipeline Mapping System (NPMS; Krajowy Program Monitorowania Roślin), w toku którego od 2015 r. wolontariuszki dokumentują florę Wysp na zamówienie środowiskowej organizacji pozarządowej UK Centre for Ecology and Hydrology (UKCEH). Od 2022 r. UKCEH rozszerzyło NPMS o pilotażowy program zautomatyzowanego nadzoru występowania gatunków inwazyjnych – takich jak panoszący się po Wielkiej Brytanii rdestowiec japoński – w celu szybszego tych gatunków wyplenienia [o podobnych projektach mówiła w nr 826 „Znaku” Nuria Selva Fernandez – przyp. red.].
To niewątpliwie ułatwi pracę ekolożkom, ale jednocześnie sprowadza rośliny do roli międzynarodowych przestępczyń, monitorowanych i ściganych przez organy władzy za wykroczenia przeciwko lokalnemu ekosystemowi.
Choć to my je tu przywlekłyśmy, kultywując je i zapewniając im wspaniałe warunki do rozrostu, a one nie mają jak się przed naszym nadzorem bronić. Poza parkami narodowymi i innymi rezerwatami przyrody roślinom nie przysługuje prawo ani do życia, ani do prywatności.
Ale to i tak nic w porównaniu z inicjatywą start-upu Deep Learning Analytics, który w 2019 r. wykorzystał bazę iNaturalist do stworzenia produktu na zamówienie Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Powstała aplikacja BioThreat ID pozwala siłom specjalnym identyfikować jadalną i trującą roślinność oraz grzyby na wrogich terytoriach i wykorzystywać je podczas operacji wojskowych. Dzięki danym z wolnego dostępu, zgromadzonym w dobrej wierze przez mieszkanki tych terytoriów, zanim odcięto im prąd, spalono ich pola uprawne i zbombardowano domy. To nie przypadek, że ostatnie zdjęcia zarejestrowane na iNaturalist z Doniecka czy Bachmutu pochodzą sprzed rosyjskiej inwazji. Potem nie było już czego dokumentować. Ani komu.
Jest to podwójnie okropne, kiedy pomyśli się, że u swych korzeni darmowe aplikacje do rozpoznawania roślin miały służyć za narzędzie citizen science, czyli nauki współtworzonej przez oddolne sieci obywatelek, wolontariuszy i amatorek.
Ich obserwacje, wsparte, wchłonięte i dystrybuowane przez sztuczną inteligencję w toku uczenia maszynowego, miały stanowić nie tylko gigantyczny, darmowy materiał badawczy dla profesjonalnych biologów, ale i narzędzie demokratyzacji wiedzy ekologicznej na niespotykaną wcześniej skalę. Oprócz poznania chodziło więc też o troskę. Opiekę. Bliskość. Zaangażowanie. Połączenie sił. Wymianę. Wspólne działanie – wszystkie ręce na pokład wobec widma katastrofy klimatycznej. Jak tłumaczył w 2011 r. botanik John Kress z amerykańskiego Narodowego Muzeum Historii Naturalnej przy okazji premiery pierwszej aplikacji do rozpoznawania roślin Leafsnap, którą współtworzył w ramach konsorcjum Uniwersytetu Columbia, Uniwersytetu Marylandu i Smithsonian Institution: „Ucząc się o przyrodzie, robimy pierwszy krok w stronę jej ochrony”.
Kapitalizacja przyrody
Chcąc zachęcić jak najwięcej osób do aktywnego udziału w zbiorze danych, kolejne aplikacje zaczęły się więc prześcigać w tzw. gamifikacji. Upodabniając coraz bardziej bycie w przyrodzie do wciągającej gry komputerowej, w której na kolejnych etapach zdobywamy punkty, odznaki…