Subskrybuj
Z wykształcenia humanistka, z pochodzenia proletariuszka. W dzieciństwie lubiła grać w piłkę (jako napastniczka), oglądać Króla Lwa i chodzić do kościoła. W dorosłym życiu lubi spać, oglądać stare filmy i słuchać soulu z lat 60....

Moje najlepsze wakacje 

– O co gramy? – zapytał Antek.

– O to co zawsze, kto ma gorzej – odpowiedziała Weronika.

– Raz, dwa, trzy! – Antoni zaserwował.

Wszyscy rozpierzchli się już dawno. Tylko ja podziwiałem najlepszy forhend Weroniki w życiu, top spin w stylu Nadala. Antoni leżał na korcie znokautowany. Jego oko podbiegło krwią. Granatowiało i czerwieniło się jak niebo nad nimi. Zerwał się wiatr, ten ciepły, drżący wiatr. Szła burza, musieli uciekać.

I

Latem przyjechała pani Weronika. Ostatniego dnia roku szkolnego wysiadła na sparciałym przystanku PKS. Po lewej stronie rozciągało się seledynowe pole, a po prawej gęsty las. Szafirową ścianą zbliżała się do niej czerwcowa burza. Nigdy nie potrafiła odróżnić złości od smutku, dlatego kiedy szła z torbą przewieszoną przez ramię, choć mama mówiła: kup sobie taką zwykłą na kółkach, nie będziesz musiała dźwigać, nie wiedziała, czy jest zła czy smutna. Plecak jej ciążył, mimo że przez ostatnie trzynaście lat nauczyła się szybko pakować, nie gromadzić rzeczy. Klamoty wybijały takt rozpadu. Melodię, która drażniła jej uszy.

Musiały się rozstać, to było nieuniknione. Ich miłość przemieniła się w spektakl bezmyślnych zranień. Ale Weronika nie znała innego życia. Ona była jej życiem. Jej sprawy, marzenia, jej nieustanny ruch. Zatrzymała się na skraju jakiegoś gospodarstwa i zwymiotowała. Poczuła w bucie kamień i zadrżała z irytacji. Lub smutku. Takiej letniej drogi, pokrytej starym asfaltem wypłowiałym od słońca, chropowatej i zarośniętej chwastami, nie widziała od lat. Od ich pierwszych wspólnych wakacji. Od drobnych sentymentów dygotała. Zmęczona nieustannym nazywaniem, powiedziała sobie: „Zamknij się”, i to zadziałało, zamiast siebie usłyszała w końcu świat.

Z naprzeciwka zbliżał się do niej na rowerze bardzo piękny mężczyzna. W jego efektowności było coś nadnaturalnego, niemal lśnił. Drałował po szosie, jakby należała do niego. Nawet nie drgnęła, kiedy zrozumiała, że jedzie wprost na nią. Zdążył się zatrzymać, ale sama potencjalność zderzenia sprawiła jej przyjemność. W ogóle się go nie bała, czekała na nie.

– Potrzebujesz pomocy? – zapytał dziarsko.

Rozbawiło ją to. Zdjął okulary i wytarł spoconą twarz. Był naprawdę piękny. Zaskoczyła ją własna odpowiedź na jego pytanie. Powiedziała po prostu „tak”.

– Tak, próbuję dostać się do podstawówki w Wolinie Dolnym.

– Czekaliśmy na ciebie – powiedział. – Jestem Antek! – Wszystko mówił w sposób tak raźny i miły, że wydawał się jej jak z kreskówki. – Dzwonił pan Robert, że ktoś rzyga mu przy posesji.

Weronika spojrzała na niego i powiedziała:

– Jestem Weronika! – trochę go przedrzeźniając. – A ty jesteś miejscowym szeryfem?

Chłopak roześmiał się, wyraźnie dumny. Przywiązał torbę do ramy, a jej wskazał bagażnik. Nie jeździła tak od podstawówki. Widziała przed sobą jego spoconą głowę, na której siwiały się jasne, krótkie włosy. Na karku stały dęba. Miała ochotę w nie dmuchnąć. Bez oporu usiadła w rozkroku na bagażniku. Tego poranka poczuła więcej niż przez cały ostatni rok. Niech jedzie szybko, myślała, niech pędzi po pustej, dziurawej szosie.

– Trzymaj mnie mocno – powiedział – będę jechał wolniej.

Nie zwróciła uwagi, że czyta jej w myślach. Chwyciła go w pasie, naprawdę mocno, poczuła jego zapach. Pełny, chłopięcy zapach wakacji. Nie było w niej skrępowania. „Zmieniłam się”, pomyślała, kiedy ruszyli. Kiedyś nie zniosłaby dotyku obcej osoby, mężczyzny. Teraz czuła jego pot, mięśnie jego brzucha pod palcami, wbijała w niego paznokcie i czuła się dobrze, prawie dobrze. Nadchodząca burza zniknęła, a słońce, mimo wczesnej godziny, podpiekało ich bezwzględnie. Chłopak coś do niej mówił, lecz ani go nie słuchała, ani nie słyszała. Było jej tak dobrze, że prawie zasnęła.

– Proszem paniom!!! Szymon się kopie! Weronika uśmiechnęła się bez smutku. Przez cały rok uśmiechała się tylko tak, więc mięśnie jej twarzy, zaskoczone, nie zdążyły z reakcją. Wykrzywiła się dziwnie i poczuła ból. Minęło ponad dwadzieścia lat, odkąd skończyła podstawówkę, a jakiś Szymon zawsze „się kopie”. Tylko przez chwilę rozważała, żeby powiedzieć małemu donosicielowi, że tak się nie mówi. Ale po co to psuć, zaburzać naturalną kolej rzeczy. Poprosiła Szymona, żeby przestał kopać kolegę, i to zadziałało.

Antoni pożyczył jej swój stary rower. Naoliwił go, zmienił siodełko na damskie, obniżył kierownicę i zamontował bidon. Nie pamiętała, dlaczego przestała jeździć na rowerze, ostatni raz robiła to może w liceum. Na początku bolały ją uda, nogi, cipka, ramiona i kark, jednak po dwóch tygodniach jej ciało zaczęło współpracować.

Jeździła z małą grupą dzieciaków na wycieczki rowerowe, przygotowywali pikniki, letnie kanapki i kompoty, oglądali filmy w południa bajkowe. Wystawiali prace malarskie namalowane stopami, rzeźbili w szarym mydle i sprzedawali rodzicom biżuterię z tego, co znaleźli w lesie. Nie była zbyt kreatywna, ale to, co robiła, wystarczało. W niczym i tak nie będziesz dobra, dudnił jej w głowie głos byłej dziewczyny. W niczym. Nic ci się nie uda. I kiedy jakaś Zosia mówiła jej: „Proszę pani, nie udało mi się”, odpowiadała, że świetnie skleiła te patyki.

Antek przyjeżdżał do nich rano i prowadził gimnastykę, najczęściej taniec. Dzieci go uwielbiały, bo pozwalał im niemal na wszystko i tańczył gamoniowato. Potem jechał „załatwiać” sprawy, o które Weronika nigdy nie pytała. Nie chciała krępować go tym, że wie, że nic nie robi. Za szkołą stał nieużywany kort tenisowy.

– Nie mam z kim grać – powiedział już pierwszego dnia – a bardzo to lubię.

– Ja z tobą zagram – odpowiedziała Weronika.

Na początku przyglądała mu się podejrzliwie. Antek był niby stąd, niby od wszystkiego, ale Weronika zorientowała się szybko, że po prostu się snuł. Jego ojciec stąd pochodził, on był jakimś menadżerem w Warszawie, a potem wrócił opiekować się ojcem, który umarł, i tak został, mimo że od pogrzebu minął rok. Nigdy się nie skarżył, nie marudził. Nigdy nic go nie bolało, nie narzekał na pieniądze, na wieś, na pracę, na ludzi, na hałas, na ciszę, na brud, na czystość, na nic. Zawsze był chętny do pomocy. Weronika była więc podejrzliwa.

– Mało mówisz. Tylko o książkach można z tobą pogadać – rzucił Antek, kiedy zbierali się z kortu. – Nic cię nie interesuje? Żadna wojna, polityka, sejm, sejmik województwa, rada miasta? Żaden kryzys, żadna utopia?

– Nic mnie nie interesuje. I ciebie też nie – powiedziała, wsiadając na rower, a on nie zaprzeczył.

Ich letnia rutyna uspokajała ją. Rano jechała rowerem do szkoły. Po tańcach rozgrzane i zmęczone porankiem dzieciaki dawały obłaskawić się prostymi zabawami i rozmowami. Nigdy nie udawała, że wie więcej, niż wiedziała. Popołudniami wracała do agroturystki „Pod Lipami u Jana” i jadła zupę. Udawała, że nie ma w niej mięsa. Nie chciała robić problemu. „Zawsze robisz problem”, słyszała głos swojej byłej dziewczyny. Czytała, leżąc na wysokim łóżku, aż do przyjazdu Antka, który pytał: „Zagramy?” Nigdy nie odmawiała. Znudzona, fantazjowała o ich romansie, ale kiedy jego głowa pojawiała się w drzwiach jej pokoju, myślała o wysiłku, jakiego wymaga flirt. Im lepiej go znała, tym wyraźniej widziała, że jego piękno jest już pęknięte, a jego dziarskość rozpływa się, kiedy jest zmęczony. Wystarczyło odgarnąć czuprynę, a tam już czaiły się zakola. Siwiał na karku i skroniach. Psuł mu się ząb, rósł brzuch. Widziała to i w swoim ciele, które tak długo było nieużywane. „Nie dbasz o siebie”, słyszała głos swojej dziewczyny.

Ich mecze, zawsze długie i ekscytujące, ściągały nas na widownię. Uwielbiałem patrzeć, jak grają. I nawet kiedy wszyscy inni już się nudzili, ja zostawałem do końca. Czasem grali tak długo, bo zamiast grać, rozmawiali. Siadali po przeciwnych stronach siatki i opowiadali sobie swoje życia. Kłócili się głośno, rzucając w siebie przekleństwami, które mnie zawstydzały, albo szeptali przez siatkę jak przez drobne kratki konfesjonału. Dojrzali dla nas, dla siebie jeszcze bardzo młodzi, zbliżali się i oddalali, jak podczas gry. Wracali zmęczeni. W piątki Antek opróżniał skrzynkę piw ze sklepu „U Basi”. Weronika zostawała przy nim, dopóki nie zasnął, a czasem zasypiała obok, by wybudzona nad ranem rozmowami ptaków, wypełzać po cichu z duchoty jego sypialni i pijanych snów. On śnił o swoim ojcu, ona o swojej dziewczynie. Ich ciała sztywniały i nie było w tym nic erotycznego.

O tym, że Antoni opiekował się chorym ojcem, nie dowiedziała się od niego. To krążyło gdzieś tam. Miejscowi nie mówili „do niej”, tylko raczej „przy niej”. O to, dlaczego ona tu, zapytał dopiero Antek.

– Dziewczyna mnie zostawiła.

Nie drgnął mu żaden mięsień. Była wyczulona na te drgnięcia, wstrzymany oddech, szarpnięcia głową. Niekontrolowane i jednoznaczne. U Antka nie pojawiło się nic.

– Przykro mi – odpowiedział. Dziewczyna mnie zostawiła. Tylko dziewczyna mnie zostawiła. Dziewczyna. Czterdziestoletnia kobieta. Odeszła. Dziewczyna mnie zostawiła. Życie, rozpychane w ciasności życie, budowane trzynaście lat rozpadło się w tydzień. Nie mogłyśmy dłużej być razem. Dziewczyna ode mnie odeszła. Nic się nie stało, nie ta to kolejna. Rozstałam się z dziewczyną, dziewczyna mnie zostawiła. Dziewczyna? No, przecież nie żona. Żadnych rozwodów, alimentów, kilka (trzy) toreb z Ikei wypełnionych przedmiotami. Wracam do matki. Dziewczyna mnie rzuciła.

II

Temperatura tego lata nie spadała poniżej trzydziestu stopni. Wydawało się, że już nigdy nie spadnie, i może tak właśnie się stało. Nawet późnymi wieczorami ciała Antka i Weroniki wydalały słony, kwaśny pot. Wiedziała, że żołądź prącia, wewnętrzna część napletka, warg sromowych mniejszych i części dolnych oraz macierz paznokcia to jedyne miejsca na skórze, które nie wydzielają potu. Trudno było jej w to uwierzyć, kiedy mokra jak po deszczu, schodziła z kortu.

Lato mijało i jak zawsze musiało dopełnić swoich liturgii. Weronika, do tej pory nieczuła na przyrodę, zauważyła jej zdziwaczenie. Rośliny nie mogą migrować, więc rosły coraz wyższe, aby się ochłodzić. Gdy rosną w górę, ich łodygi stają się dłuższe, liście kurczą się i rosną dalej od innych roślin. Starzeją się coraz szybciej, ich drobne ciałka się degenerują. Liście żółkną w piekielnych upałach. Czuła, że nie tak powinny teraz wyglądać drzewa, plony na polu, ogródkowe rabaty spektakularnie szykowane. Nie znała ustawień fabrycznych świata, który ginął na jej oczach, ale nie miała wątpliwości, że coś się zmieniło. Noce stawały się jaśniejsze, tak jakby dni nie chciały się skończyć. Świat wypadł z kolein.

Grali na poważnie, bo oboje byli niepoważni. Fatalni w tenisa, co nie przeszkadzało im nosić frotek i pokrzykiwać przy bekhendach. Wyglądali jak rodzeństwo, mieli ten sam kolor włosów, tak samo się kręciły. Mieli pełne usta i opalali się na łagodny brąz. Dotykali się i patrzyli na siebie bez pożądania. Weronika nadal chciała mu się podobać, sama nie wiedziała po co. Podobać i odmówić, ukrócić jego zaloty, odrzucić awanse. Powiedzieć: „Nie, Antoni, nie możemy”. Z nudów i przyzwyczajenia pytała go o romans. Już nie złościły jej jego uniki, w przeciwieństwie do tego, że nie dawał jej forów. A jednak wciąż mieli remis. Mimo że miał dłuższe ramiona, silniejsze nogi i ręce, kiedy serwował, często odrzucało ją z kortu. A jednak była szybsza, wytrzymalsza i po prostu mądrzejsza. Słabość powodowała, że musiała się bardziej starać.

I tak mijało jej lato….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii