Wim Wenders przez całą swoją karierę udowadnia, że jest twórcą ponadnarodowym, łączącym różne światy, przyglądającym się z wyczuciem różnorodnym bohaterom i bohaterkom. Urodzony w Düsseldorfie reżyser potrafił opowiedzieć zarówno o bolączkach, jak i metafizycznych poszukiwaniach własnej ojczyzny (Niebo nad Berlinem), ale też wypłynąć ze swoją filmową refleksją w stronę odległych, nieoczywistych krain (Paryż, Teksas, Aż na koniec świata, Sól ziemi…). Niemiec nigdy nie krył swojej fascynacji japońską kulturą, a w szczególności pracą artystyczną Yasujirō Ozu (1903–1963). Wenders wielokrotnie podkreślał, że kino urodzonego w Tokio mistrza jest dla niego najdoskonalszym wyobrażeniem o raju, jakie przyszło mu zobaczyć tu, na ziemi. Duch Ozu wyraźnie unosi się nad Perfect Days; podobnie jak Wendersa twórcę Tokijskiej opowieści interesowały tematy przemijania, samotności, kruchości relacji międzyludzkich, nieuchronnego zderzenia się tradycji z nowoczesnością. Nad wszystkim góruje stonowana forma filmowa. Potrzeba harmonii i spokoju, nawet w najdramatyczniejszych chwilach, realizuje się u Ozu na poziomie kompozycji i inscenizacji. Wchodzący do świata japońskiej codzienności i miejskiego zgiełku Wenders świadomie składa w Perfect Dayshołd twórczości ukochanemu przez siebie autorowi kina.
Najnowszy film Wendersa z pewnością można interpretować, sięgając po różne kategorie ze słownika japońskiej myśli filozoficznej i estetycznej.
W Perfect Days odnajdziemy zarówno ślady wabi-sabi (celebracja piękna w rzeczach prostych, skromnych, niedoskonałych) czy ikigai (najprościej mówiąc: to, co nadaje naszemu życiu sens i jest absolutnie niezbędne), a sami twórcy objaśniają na ekranie znaczenia słowa komorebi(przenikanie światła słonecznego przez korony drzew, filozofia dostrzegania otoczenia oraz bycia…