Subskrybuj
Polski prozaik, tłumacz literatury anglojęzycznej i prac naukowych, doktor humanistyki. Autor m.in. Skorunia (2015), Robinsona w Bolechowie (2017) i Golema (2021)

Asterion

Asterion nie od razu był potworem.

I nie zbudowali przecież labiryntu wokół niego. O świcie zbudzili go i wywlekli z pałacu, ze spętanymi nogami cisnęli na wóz, powieźli z turkotem do kamieniołomu. Na dole wozem szarpnęło, aż spadł i grzmotnął o kamień, przełknął okruch wybitego zęba. Wył głośniej nad ryki osła, krztusił się, spluwał krwią. Nadszedł Rzemieślnik, z łajdackim uśmiechem attyckiego przybłędy. Twój dom, powiedział, na rozkaz, twój dom. Ojciec, gdzie ojciec, wrzasnął chyba, bo Rzemieślnik wskazał na pałac, ślimaczą muszlę z białego kamienia górującą nad zatoką, i ślimaczym ruchem zatoczył ręką. Ojciec, król, pałac, wokół nich, ponad nimi. Zawył raz jeszcze, nim dźwignęli go i wciągnęli do środka. Matka, gdzie matka, wrzasnął chyba, bo Rzemieślnik skinął w górę, z szyderczym uśmiechem nocnego przybłędy. On odchylił głowę, wyślepił się przez krew. Nad portykiem sterczał labrys, dwusieczny topór. Matka wsłuchana w fazy księżyca, od nowiu do nowiu, Kreta na zawsze, Kreta boska, pełna. Matka skryta w mroku swej żałoby. Tyś skazą.

Powlekli go w czerń. Czarne ręce żołnierzy, czarne światło łuczyw, czarny szloch. Ostatnią rzeczą, jaką niósł w oczach, był uśmiech Rzemieślnika, sklęty blask słońca w błękicie. Daidalos, wrzeszczał, Daidalos. Spętane stopy omsknęły się, upadł. Łomotali go po grzbiecie. Tyś skazą, krzyczeli. Dalej nie szedł już, wlekli go. Pięty mazały krwawy szlak po posadzce. Palce mazały krwawy szlak po ścianach. Sklepienie to niknęło w górze, to zniżało się, aż musieli się schylać. Otrzaskańce kamienia, znał, słyszał ten huk, od kiedy się urodził, teraz piętrzyły się nad nim, widział wnętrzności wyspy rozbite w pył. Dla niego. Szli. Huk kamienia niekiedy ścichał, ogarniał ich mlask nagich skał. Utytłani w ziemi, przeciskali go przez szczeliny, pochodnie gasły z sykiem, klęli wściekle. Żebra mazały krwawy szlak po korzeniach drzew. Potem korytarz znów opancerzał się kamiennymi płytami. Tyś skazą. Plamką zbędnego życia w mroku.

Dyszeli tak głośno, że z bród kapała im ślina, charkali. On krztusił się, stracił głos. Środek, środek, gadali. Słowo Rzemieślnika, powtórzył je, nim weszli do środka. Nagle jego płacz i oddechy żołnierzy, ścieśnione dotąd, rozdudniły się w przestrzeni, czerń uciekła w górę. Byli gdzieś. Już nie pomiędzy, ale gdzieś. Środek, burknął któryś. Puścili go, runął na płyty. Łuczywo zatoczyło krąg. Strop giął się w dół, kolumny pękały z wysiłku. Ściany niemal niknęły w mroku. Ziały w nich inne wyjścia, dojścia, bądź wielkie jak jaskinie w zboczach Idy, bądź ciasne jak kanały, ciurkające flegmą ziemi. Błysnął nóż, puściły więzy. Cisnęli mu jedno z łuczyw, rzucili worek, brzęknęło coś, amfora lub misa, strzęp litości. Odeszli. Daidalos, wrzasnął ostatni raz.

Światło syknęło i zgasło. Odskoczył na środek, byle dalej od ścian. Z czarnych cieśni szedł pomruk, roiło się coś między bryłami świata. Hrrr, zagłuszał to. Trwał bez ruchu. Jak długo. Co to znaczy długo. Może spał. Trwał. Pomału zapominał, jak wygląda światło, lecz rozjarzało się w nim, w jego wnętrzu. Zamieszkał w tym, co było, w szorstkich rękach braci, jasnych oczach sióstr, w ich śpiewach i grach. Lalki robione przez Rzemieślnika migały im w rękach, cieszyli się, gdy w kłębek patyków i szmat wstępowało życie. Uczył ich tego, z przymilnym uśmiechem dworskiego przybłędy. On też chciał, chwytał niezdarnie, nie słuchali go jednak. Był ukruszoną płytką w mozaice, rysą w marmurze. Raz bracia zawiązali mu oczy i ciskali nim na tarasie. Hen w dole szumiało morze ciemniejsze od wina. Targnęło nim straszne przeczucie, że kiedyś, kiedyś przybędzie, załopotał na morzu czarny żagiel. Wtłoczyli mu krzyk do gardła. Tylko jeden stał z boku, gdy spadały ciosy, najmłodszy, przejęty. Glaukos.

Uśmiech najjaśniejszej, Ariadne, blask złota we włosach. Zaplatała mu warkoczyki. Będziesz święta, mówił. Będziesz nasz, mówiła. Sińce znikały pod śpiewnym dotykiem jej palców. Będziesz uleczony, zabliźni się, cokolwiek cię dzieli ode mnie. Będziesz z nami. Mienisz się bielą i złotem, tak będą rysować cię giętką kreską, tak będą cię śpiewać. Moją miłość dam ci i dam jemu, który przybędzie, będziecie jednią, znajdzie się dla ciebie miejsce w świetle. Powiodą cię w mrok, ale wrócisz. Miłość, najwyższa wola świata, była w jej śpiewie. Nie bolało go już.

Co jeszcze. Ramiona matki, gładkie w ciepłym blasku oliwy. Księżyc w jej oczach. Pasiphae. Z niskich izb, gdzie mieszkał z mamkami, wchodził kręto na górę, prosił o widzenie. Tuliła go mocno. Zbierał w dłoń jej łzy. Prócz Glaukosa, urodzonego, by uśmierzyć gniew króla, tyś najbardziej mój. Ty, dziecko występku; on, dziecko pojednania. Matka, ciemny posąg płaczu, o nim płakała. Odchodził z jej łzami w zaciśniętej dłoni.

Raz na rok widział króla. Raz na rok. Król, chłodny blask bieli. Musiał zasłaniać sobie oczy.

Jeszcze, coś jeszcze. Rozbłysk w głowie. Miewał je często, uderzały nagle jak młot o kamień, w pół słowa, w pół myśli, w pół snu, aż krzyczał z bólu, a oczy zasnuwała mu płachta krwi. Teraz taki rozbłysk przypomniał mu, czego nie mógł pamiętać. Ojciec król w masce byka i matka z kapłańskimi rogami krowy na głowie, pod godłem topora. Mistrz zaczynał ceremonię i wycofywał się, i z tych zaślubin słońca z księżycem rodzili się potem jego bracia i siostry. Akakallis. Phaidra. Katreus. Glaukos. I najświętsza Ariadne. Kolejny rozbłysk pod ciemieniem, aż wrzasnął i ujrzał coś jeszcze: raz obrzęd nie odbył się pod świętym dębem, a mistrz nie wycofał się w porę, bo sam był oblubieńcem. Nie miał też maski, bo nie był królem, mimo że sam ją sporządził, z szydliwym uśmiechem małżeńskiego przybłędy. Rzemieślnik. A kto pocznie się w gnoju, z gnoju jest ulepiony, choćby dano mu niebieskie, gwiezdne imię.

Asterion, wrzeszczał, Asterion, jeszcze raz. Jego imię gasło i wtapiało się mrok, w wilgoć skał. W głowie szeptało mu zaklęcie matki: potężna jest dłoń, która krętym biegiem świata przez nabazgrane imię włada. Wymacał na ścianie gładką płytę, roztrzaskał pustą amforę po winie, ułomkiem rozorał sobie udo, mazał krwią po omacku. Później, kiedyś, w świetle łuczywa zobaczył, co napisał: labrys. Nie, nie napisał, pamięć ręki była starsza niż pismo; namazał hieroglif: topór o dwóch ostrzach. Pod tym znakiem skonasz. Tyś skazą.

Biegał naokoło wzdłuż ścian, aż wyuczył się ich załomów na pamięć. Pośrodku stała sadzawka. Woda grząska, pełna drobin, nie ustawała w wirującym ruchu. Grzał się w niej. Raz musnęło go coś. Rozchlapywał na boki, szukał, warczał, hrrr. Giętki patyk przesmyknął się między palcami, sztuczka Rzemieślnika, pamiętał ją z pałacowych zabaw. To on go tu, on. Ale jak. Jak. Nie zdążył zatrzasnąć zębów, patyk cofnął łeb. Wspomnienie pustej amfory i misy ścisnęło go brzuchu, znów kłapnął zębami, ale rozległ się syk. Puścił go. Zrozumiał. Tyś bratem. Syk cicho wsunął się w mrok.

Śladem węża, wzorem węża, podpełzł do jednego z wyjść, wśliznął się. Wąsko, cztery łokcie, nie więcej, aż musiał się schylać szarpany korzeniami. Spomiędzy kamiennych płyt broczyło błoto, bił fetor gnijącego, w ziemnych żyłach ślimaczyły się jakieś kształty. Wrzasnął z obrzydzenia, ale wytrzymał, brnął dalej. Stopy mazały mętny szlak w błocie. Zatrzymał się, gdy korytarz znów rozpękł się w czarną przestrzeń. Obszedł ją naokoło, macał. Kolejne otwory, niezliczone. Ślepo wbiegł w jeden z nich, rozpędził się, trzasnął głową w mur. Wycofał się. Zgubił drogę. Nie był nigdzie, bo być to znaczy wiedzieć, a on nie wiedział. Zastygł w miejscu, tkwił długo. Próbował być jak wszystko dokoła. Domyślił się, że tam, w środku, nabazgrał na ścianie nie swoje imię z pałacu, tylko nowe, tutejsze. Tyś zgęstką mroku, ruchliwą, głodną. Jesteś tym miejscem. Kto jeszcze tu mieszka. Ktokolwiek, jest twój. Poddany. Podniósł głowę, szukał gwiazd, które dały mu tamto imię, niebyłe. Nie pamiętał go już. Zawył.

Jak bodący cap biegał po korytarzach, póki nie zaczęło wirować mu w głowie i nie upadł oszołomiony. Po omacku, z trudem, trafił do środka. Wył. Wył, jeszcze raz, aż spomiędzy korzeni osuwały się bryłki ziemi, trzeszczało sklepienie, klekotały ściany, pryskały odłamki. I znów galopował. Skowyt mazał drżący szlak po korytarzach. Coraz łatwiej wracał do środka. Któregoś dnia, nie, nie było już dnia ani nocy, była tylko czerń, gdy więc raz leżał w czerni, zmęczony, zdyszany, hen w dali usłyszał coś jeszcze, czego nie było od wtedy. Kiedy. Sprężył się, skulił w sadzawce. Poprzez nikły szum rojącej się wody usłyszał kroki. Ostrożne, ale pewne, znały drogę. W mroku rozjarzyła się słaba poświata, po chwili oślepił go blask. Zacisnął powieki. Kroki zbliżały się z wolna. Może worek z misą, amforą, może chłosta lub pałka. Może miecz. Może on. Daidalos, szepnął, nie, nie miał już słów, szepnęło w nim samo.

Tyś znakiem upadku królowej i hańby króla. Tyś przyczyną śmierci brata. Stał nad nim i gadał, sklęty blask pochodni w mroku, każda zgłoska stamtąd, dźwięczna, każda zgłoska, ćwierk szpaka, szelest liści na trawie w ogrodzie, stuk oślego kopyta o kamień, śmiech brata, szczęk wolego jarzma na polu, dudnienie dzbanów przestawianych w spiżarni. Jasny kamień w mozaice, muśnięcie pędzla, księżyc w oczach matki. Jej uśmiech, najjaśniejszej, Ariadne. Słuchał, pojmował z trudem, warczał. Przychodzę, rozkaz. Umrzesz tu. Wrzask, tupiesz, aż pałac. Hrrr. Rozkaz, przychodzę. Pałac, wrzask. Biesiada, amfory, kyliksy, drżą, pałac, na stołach, drżą, wrzask. Zamknięto. Hrrr. Hańba, zamknięto. Ukrycie. Po to. Zamknięto. Tyś skazą. Nie po to, byś rozgłaszał. Król. Minos władca mórz. Władca mórz sprawiedliwy. Mórz. Hrrr. Czarny żagiel, ten łopot. Pan twój. Każe ci. Cisza. Reszta dni. Hrrr. Co to dni, jakich dni. Które ci pozostały. Przepędzisz w mil –

Co to było na końcu. Szpak zastygł w locie, pędzel omsknął się po płytce, wiatr cisnął liść w morze, osioł okulał na drodze, wół ryknął uderzony pękniętym jarzmem, zaćmiło się słońce, wielki gliniany dzban przewrócił się nagle, gdy szukali brata, i wraz z miodem wylało się ciało. Glaukos utopiony, więc to stamtąd rozbrzmiał ostatni krzyk. Hrrr. Co to, na końcu, czemu głos pękł na pół. Wciąż zaciskał powieki. Pochodnia syknęła w śliskim powietrzu, żołnierz przełożył ją chyba z ręki do ręki. Warkliwy kształt w mroku, czy to na pewno uwięzione dziecko. Pochodnia zbliżyła się. Oczy pod hełmem wykrzywiły się w zdumieniu i grozie. Minotauros. Charknięcie bez dźwięku, bez tchu. Hrrr.

Nie czuł nic prócz głodu, warczała w nim nienasycona ziemia. Chlast, chlast, w lewo, w prawo, chlast, jeszcze raz. Łeb w hełmie spadł z szyi. Bił z niej zapach płodzenia i śmierci, w ziemnych żyłach ślimaczyło się, czuł, gdy haratał je, kąsał, czuł, że woda w sadzawce wiruje w tę samą stronę. Wyszarpał jeszcze żyjące. Wrzasnął, wytrzymał. Dożarł do końca. Puścił. Pęta wnętrzności mazały szlak po posadzkach, gdy wlókł trupa przez mrok, który stał się lżejszy, przejrzystszy, rozjaśnił się może ciepłem pożartego. Z zakrętów, rozwidleń, rozstajów, zbierał wiechcie słomy, które porozrzucał tamten. Więc tak trafił. Sprytem. Sztuczką Rzemieślnika. Jak mu było. Chciał zawołać, ale zapomniał imienia, zawył tylko. Tak trafił, podstępem. Czymś nie z siebie, tylko danym, kazanym. Kto tak wchodzi w mrok, jest bezbronny.

Szedł długo. Za którymś zakrętem czerń zrzedła, aż wreszcie liznął go jęzor światła. Opadł na czworaki, podpełzł na próg. Nikt nie pilnował. Żadnego hełmu, włóczni, ogniska, pijanego śmiechu beockiego przybłędy. Zapatrzył się, próbował pojąć ślimaczą dal pałacu nad zatoką, wydźwigniętą ku morzu, wpiętrzoną tarasami w błękit. Zmrużył oczy. Biel pałacu była chłodna, stężała. Miękki śpiew, dłoń pełna cichych łez, uśmiech znad barwionej sukni, skóra wygładzona oliwą, ukłon należny komu, komu, taniec żurawia na mozaikowej posadzce przy drżącym graniu kitary i aulosu, chichot lalek w palcach Rzemieślnika, ojciec i matka, król i królowa, słońce i księżyc, siła i czar, Kreta boska, pełna. Pałac wznosił się, by nie runąć. Coś szarpnęło się w nim, chciało wyrwać się, krzyknąć. Zamarło.

Czerń. Była w nim, lepka. Znał ją od wtedy, gdy Glaukos. Może pobiegł za piłką, mówili potem. Nie. Tylko on widział, jak Glaukos zbiegał po schodach, w stronę łaźni i kuchni, za nakręcaną myszką Rzemieślnika. Ścigali się, dwaj najmłodsi, uśmiani, sczepieni niestarganą jeszcze więzią półbraterstwa. W końcu puścił naprzód młodszego. Wygraj, złap. Złapię, odszczebiotał Glaukos, radośnie. Złapię, jeszcze raz. Aż nagle krzyk, już nie szczebiot, ale krzyk, skądś indziej, urwany, jakby ciachnięty ułomkiem wypalanej gliny.

Znaleźli go po trzech dniach, z pomocą delfickiej wyroczni, w sklętym blasku martwego miodu. Gniew króla, aż zadrżały ściany, aż zafalował wylany miód. Płacz matki, aż pękł przewrócony dzban,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie