Subskrybuj
Maciej Siembieda fot. Renata Dabrowska
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Dobrze się bawię

Czasem myślę, że mam z 80 lat, bo w swoim życiu i zawodzie chyba wszystko już widziałem. Ale w pisarskich zabawach czuję się jak dwudziestolatek, ciągle potrafię się podniecić, rzucić w wir.

Debiut pisarski w wieku 56 lat, natychmiastowe uznanie. Dziewięć bestsellerów, dziesiąty w drodze. Prawa do sfilmowania książek sprzedane. Pasuje do Ciebie łatka „człowiek sukcesu”. Jak Ci z nią?

Wydaje się sprzeczna z moim PESEL-em. Sukces jest dla młodszych. Dla mnie nie był ani drogowskazem, ani celem. Wychowałem się w innej kulturze motywacji. Gdybym miał ująć sprawę po mojemu, to tak – jestem szczęśliwym człowiekiem.

Masz na myśli radość z bycia pisarzem?

Przede wszystkim. Bo piszę z hedonizmu i egoizmu. Zawodowo nie byłem tak szczęśliwy nigdy wcześniej. A przecież dobrze mi było w dziennikarstwie prasowym, przeżyłem mnóstwo przygód, nigdy nie miałem dwóch takich samych dni. To była cudowna praca, ale skończyła się w odpowiednim momencie.

Czyli kiedy?

 Wraz z wartościami: rzetelnością, obiektywizmem, niezależnością. I ze zmianą motywacji do uprawiania zawodu dziennikarza. Lubiłem dawniej śledzić badania odbiorców mediów, regularnie robił je Uniwersytet Warszawski. Pytano w nich ludzi, dlaczego przestają czytać gazety. Przez lata odpowiadali np., że w gazecie nie ma już programu telewizyjnego albo że farba drukarska brudzi ręce. A potem zaczęli podkreślać, że przeszkadza im wasalizm dziennikarzy. Mnie też przeszkadzał. Dyspozycyjność wobec biznesu czy wobec polityki dyskwalifikuje z tego zawodu. Tak mówiła szkoła, w której się wychowałem.

Po latach tworzenia potężnych gazet lokalnych odszedłeś i założyłeś agencję public relations. I nigdy się nie obejrzałeś za siebie?

Nie. Wiedziałem, co robię. Nauczyłem się polować, będąc zwierzyną, bo przez lata sam stanowiłem obiekt zabiegów wszelkiej maści speców od komunikacji. Stąd wiedziałem, jak nie należy robić public relations. Świadomie otworzyłem firmę, która wciąż nieźle prosperuje. I przez cały ten czas psuje rynek.

Bo za uczciwi jesteście?

Nie obiecujemy efektów, nie robimy czarnego PR, dbamy o jakość, uzyskujemy rzetelne i wiarygodne publikacje. Żadnego dziennikarza nie naraziliśmy na zarzut kryptoreklamy. Klienci nie zawsze są zadowoleni. Niektórzy chcieliby sam lukier, jednak ci najmądrzejsi wiedzą, że od nadmiernego lukrowania można się pochorować. Zespół jest mały i nie będzie rósł.

Jest sukces, to dlaczego nie rosnąć?

Nie ma takiej potrzeby. Zespół zarabia dobrze, pracuje wystarczająco. A ja założyłem tę firmę tylko po to, żeby mieć pieniądze na pisanie książek. I się udało.

Jesteś jakiś niedzisiejszy.

Mam zerową potrzebę oryginalności, nie chcę się wyróżniać. Fakt, że dbam o jakość i chcę być uczciwy, jest normalnym, prawidłowym zachowaniem. Po prostu buduję taki świat, jaki uznaję. Nie robię niczego, aby być zauważonym. Nie kiwam się z innymi na widowni festiwalu, nie śpiewam w chórze. Jestem sobie sam. Mam swoje wartości i zasady. I one się sprawdzają.

W pisaniu również?

Nie ślinię palca i nie sprawdzam, skąd wieje wiatr. Czy dzisiaj modne są thrillery z bohaterem żydowskiego pochodzenia czy może kryminały w stylu domestic noir? Mam swoje historie, leżą w mojej wewnętrznej lodówce. Wyjmuję, przyrządzam, przyprawiam i częstuję. A moje zaangażowanie nie jest obliczone na to, czy się książka sprzeda.

W ten sposób stajesz się wzorem tego, co dziś tak upragnione – autentyczności.

 Stać mnie na to, bo jestem stary. Gdybym miał 30 lat, może bym się bał. I myślał: co będzie, jak wezmę kredyt, a moje książki przestaną się sprzedawać? Co, gdy czytelnicy przestaną mnie lubić, a ja skończę się jako pisarz, bo każdy kiedyś wygasa? Co będę wtedy robił? A ja mam te zmartwienia z głowy.

Ciekawy trik. Późno zrealizowane marzenie o pisarstwie to polisa na radość.

Zagrałem bezpiecznie. Odłożyłem spełnienie na potem i dzięki temu piszę tylko dlatego, że to uwielbiam.

A co robiłeś, gdy miałeś 30 lat?

Byłem dziennikarzem „Trybuny Opolskiej”. Zresztą do tego zawodu też wszedłem późno, mając już lat 21. A był to czas reporterów nastoletnich. Wcześniej pisałem trochę reportaży do miesięcznika kulturalno-literackiego „Opole”.

O czym?

Chociażby o zaginionym obrazie Matejki Chrzest Warneńczyka, z której to historii wzięła się kilkadziesiąt lat później moja pierwsza powieść z Jakubem Kanią – 444. Potem długo śledziłem i opisywałem dzieje słynnego reportera Ksawerego Pruszyńskiego. Prowadziłem rozmaite poszukiwania, korespondowałem z ważnymi ludźmi i nos miałem zadarty. Ale jak się okazało, że miesięcznik nie da mi etatu, to poszedłem do „Trybuny Opolskiej”. Oczywiście z obrzydzeniem, bo to była gazeta partyjna. No, ale tam się sporo nauczyłem.

Czego?

Pokory. Powiedzieli, że mają dla mnie etat, ale w dziale miejskim. Pisałeś o dziurach w chodniku? Zacząłem od aerobiku. Był 1985 r. i moda na ćwiczenia dopiero do nas wchodziła. Zrobiłem relację z wizyty w klubie dla pań. Poza etatem dostałem mieszkanie służbowe. Całe piękne 32 m2 ze ślepą kuchnią.

Jaka była alternatywa?

Po polonistyce? Mogłem uczyć dzieci w szkole albo zostać szefem radiowęzła zakładowego w Metalchemie. Ale było trzech chętnych i nie miałem pewności, czy się załapię. A w gazecie się nieźle zarabiało, legitymacja prasowa otwierała każde drzwi, nawet kino bez biletu. U ludzi władzy, zwłaszcza na szczeblu powiatowym oraz niższym, wywoływała pełny paraliż i uległość. Przyjeżdża towarzysz redaktor, a oni bledną. Bo dziennikarz wtedy mógł naprawdę złamać życie.

To dość paskudne okoliczności, w których jednak wykształciłeś się na świetnego dziennikarza, cenionego i później wielokrotnie nagradzanego.

Miałem swoich mistrzów. Mądrych, doświadczonych, cynicznych, zgorzkniałych. Codzienna „Trybuna Opolska” skutecznie utarła mi nosa, nauczyła pisania i życia. Trzeba tam było sporej pracowitości, a robota była na pierwszej linii. Tam przeżyłem dzień dojrzałości.

Pamiętasz go?

Opowiem, jak było. Nie mając jeszcze prawa jazdy, jeździłem po rejonie maluchem, 36 tys. km tak nabiłem. Dostaliśmy z kolegą region Prudnik i Głuchołazy, czyli południe Opolszczyzny. Robota nie w kij dmuchał. Codziennie trzeba przynieść do redakcji materiał na całą kolumnę, taką wielką płachtę. Napisać to pół biedy, lecz jak ten materiał znaleźć?

No właśnie: jak?

Raz pojechałem do miejscowości Radoszowy, zapomnianej przez Boga i ludzi. Pytam naczelnika gminy podchwytliwie: „Co słychać?”. On zaczyna się chwalić, że remontują szkołę. Jedziemy obejrzeć. Piękny budynek, XVII czy XVIII w. z okazałą kopułą. Była tam dwuizbowa szkoła, sala przedzielona piecem kaflowym na dzieci młodsze i starsze. Wszedłem, rozejrzałem się, zobaczyłem schody na strych. Naczelnik: „Eee, tam nic nie ma, szpargały przedwojenne. Niech pan tam nawet nie wchodzi”. No więc natychmiast wszedłem.

Co znalazłeś?

Pełne wyposażenie dla muzeum regionalnego. Moją uwagę zwróciło, że przestrzenie pod belkami stropowymi wypchano jakimiś papierami. Wyciągnąłem te zwoje. Były zapisane odręcznie gęsim piórem. We wsiach takich jak Radoszowy robiono bardzo solenne spisy mieszkańców z podziałem na: niemieckojęzycznych, polskojęzycznych i dwujęzycznych. Według spisu w tej wsi byli wyłącznie Niemcy. Tymczasem papiery, które znalazłem, to były życiorysy uczniów jednej z klas z 1863 r., zapisane po polsku, tyle że fonetycznie, intuicyjnie. Język był fenomenalny – nikt nie uczył tych dzieci pisać ani czytać w języku, którym mówiły w domu. Pomyślałem tak: z samego rana idę z tym do szefa, pierwszą stronę i przedruki mam w kieszeni, a może i order będzie. Nasz reporter udowadnia polskość ziem piastowskich na zachodzie. Tak to sobie przez kilka godzin wyobrażałem. A wieczorem mi przeszło.

Co zdecydowałeś?

Że się do tych papierów nie przyznam, tylko odszukam ludzi. Potomków tamtych uczniów. I w kolejnych tygodniach w każdej wolnej chwili wracałem tam, jeździłem do parafii, do urzędów. Znajdowałem wspomnienia i ślady. Napisałem reportaż Pośmiertny zjazd absolwentów. I po 120 latach zorganizowałem zjazd umarłej klasy. Znaleźli się w niej pułkownik tureckiej artylerii, rolnicy. Jedni widząc życiorysy przodków, płakali, chcieli odkupić dokumenty, inni się wypierali, bo chcieli na stałe wyjechać do RFN, a jakby im udowodniono, że pradziadek był Polakiem, to wszystko wzięłoby w łeb. Reportaż opowiadał o losach tamtych dzieci i co się z nimi stało. W gazecie uznano go za ciekawy, ale nieważny.

To wtedy dojrzałeś do własnego myślenia o historii?

Pierwszy raz świadomie zrezygnowałem z tego, co modne, nagradzane, korzystne. No i poczułem radość poszukiwania: grzebania, odkrywania. Pojąłem, że nie będę oświetleniowcem w teatrze, nie skieruję reflektorów tam, gdzie mi ktoś każe. Chcę pokazywać cały obrazek.

Co dalej?

Uzależniłem się od poszukiwań, od tropienia zagadek, losów. Z działu terenowego przenieśli mnie do reportażu. W 1989 r. wszystko się zmieniało, przechodziłem do nowych redakcji, szybko awansowałem. W 1992 r. miałem 31 lat i zostałem redaktorem naczelnym „Gazety Opolskiej”, zupełnie nowej i niezależnej, już kapitalistycznej.

Jak zapamiętałeś transformację w Opolu?

Do dziennikarzy w całym kraju przychodzili wtedy szefowie Solidarności albo inni reprezentanci nowej władzy i mówili: „Od jutra gazeta jest wasza. Tytuł, drukarnia, maszyny, budynek, wszystko. Macie wydawać gazetę”. Nagle staliśmy się spółdzielniami. Jedyną, jaka przetrwała do dziś, jest ta wydająca tygodnik „Polityka”. Inne padały jak muchy. Bo wydawać gazetę znaczyło zapłacić za papier, pracę drukarzy, farbę, reporterów. Nie wiedzieliśmy, skąd brać pieniądze.

Reklam nie było.

Najwyżej ogłoszenia drobne. Model biznesowy tworzyliśmy od zera i intuicyjnie. Przychodzili bankierzy i mówili, że pożyczą, ale jak im sprzedamy majątki redakcji. I sprzedawaliśmy, za bezdurno. Myśmy w Opolu zostawili sobie część udziałów i maszyn, za resztę każdy kupił nową hondę albo toyotę. Nasza pionierska przedsiębiorczość była kompletną naiwnością. Ale kto wtedy wiedział? Czasy były dziwne i ciekawe.

I mogliście pisać, co chcieliście.

Zniknęła cenzura. Zaczęły się piękne czasy kreatywności. Wymyślaliśmy prowokacje, wcieleniówki. Raz cały zespół przez noc ciął gazety i układał je tak, żeby przypominały pliki dolarów. Prawdziwe banknoty były tylko na wierzchu, ale walizka wyglądała na pełną waluty. I z taką walizką pojechałem z kolegą reporterem na złomowisko pod Nysą, żeby kupować czołgi.

Radzieckie?

Polskie, ale produkcji radzieckiej. Facet na złomowisku uprzedził, że czołgi są, lecz bez silników. Pokierował do człowieka na inny skład złomu, który miał, owszem, brakujące silniki. Też był chętny sprzedać. Tylko za działa liczył drożej. Ostatecznie mogliśmy bez trudu kupić 37 sprawnych wozów bojowych. A facet ze złomowiska dał jeszcze namiar na szwagra z jednostki pancernej, żebyśmy sobie amunicję dokupili.

Z takiego reportażu wiadomo, że państwo nie działa, jest wolna amerykanka. Jaka w tym czasie była rola mediów, co uważaliście za swoje zadanie?

Nie byliśmy mądrzy, nie myśleliśmy strategicznie, nie widzieliśmy szerszego obrazu. Braliśmy ślepy rewanż za cenzurę, zachłystywaliśmy się wolnością, upijaliśmy swobodą i pomysłowością. Jeśli szły wybory samorządowe, to nie robiliśmy poważnych sylwetek kandydatów, tylko zwariowane zestawienia, łącznie z podawaniem ich znaków zodiaku. Bawiliśmy się. Tak dobrze bawiłem się tylko dwa razy. Wtedy w „Gazecie Opolskiej”, a potem w 2001 r. jako niezależny konsultant redakcji „Gościa Niedzielnego”. Na prośbę biskupa Katowic miałem zrobić z tego tytułu atrakcyjny tygodnik opinii katolickiej. Pisaliśmy o aniołach jak Tolkien: jaką mają rozpiętość skrzydeł, kogo i jak potrafią pokonać, jak daleko latają. Wytropiliśmy szczątki św. Mikołaja pod Szczyrkiem. Stworzyliśmy rubrykę kulinarną z przepisami gospodyń z plebanii. Równolegle byłem wtedy naczelnym „Trybuny Śląskiej”, potem przyszła propozycja z Gdańska i gaszenia kryzysu w „Dzienniku Bałtyckim”. Nie miałem rodziny, przyjąłem propozycję, przeniosłem się nad morze.

Opowiadasz o dziennikarstwie lat 90. jak o zabawie. Ale przecież chodziło o coś więcej.

Media były wtedy blisko ludzi i mogły dużo. Jako naczelny „Dziennika Bałtyckiego” złożyłem zawiadomienie do prokuratury, że premier Leszek Miller spowodował śmierć 85 osób, odwlekając – jak inni decydenci – decyzję o budowie autostrady A1. Zrobiłem to na podstawie danych policji, tyle wypadków śmiertelnych zdarzyło się na drogach z Trójmiasta do Łodzi i Warszawy z powodu kolizji z krowami czy wtargnięcia pieszych na szosę. Sprawę naturalnie umorzono. Ale my przez ponad 420 dni codziennie, na wiele pomysłowych sposobów, drukowaliśmy o tej autostradzie całą kolumnę. Marek Belka, gdy uległ i podpisał zgodę na budowę, gratulował nam skutecznej akcji nękającej. To upór i kreatywność redakcji doprowadziły do szybszej realizacji planów. Dostałem odznakę Zasłużonego dla Transportu Rzeczpospolitej.

Politycy mieli większe poczucie humoru?

Wówczas Jerzy Urban w „Nie” publikował co dzień rzeczy, z których każda nadawała się na proces. Ale politycy nie zawracali sobie tym głowy. Nasza swoboda nie trwała jednak długo. Już na początku nowego stulecia sprawy o zniesławienie i naruszenie dóbr osobistych stały się powszechne. Razem ze swobodą mediów wszyscy coś straciliśmy.

Co takiego?

Fantazję, urodę życia. Teraz media są sztywne, sformatowane i nudne. Dziennikarstwo z czwartej władzy zmieniło się w działalność usługową. Dotknął je wielki kryzys rozumu. Władzy, szczególnie tej o tendencjach autorytarnych, potrzebna jest głupota i niewiedza obywateli, a o nią łatwiej, gdy media są rozparcelowane i podzielone na bańki światopoglądowe. W Polsce media przekonują już tylko przekonanych. Nawet gdy publikują rzetelnie, to jedynie eskalują polaryzację. A obiektywizm był właśnie po to, żebyśmy spojrzeli na świat razem i szerzej. Wylaliśmy ocean łez, że w PRL była jedna wielka propaganda. A teraz…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy zwierzęta domowe są z nami szczęśliwe?