Subskrybuj
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Zagrać dwa równe koncerty

Wciąż marzę, żeby wyjść na scenę z wygumkowanym zwycięstwem w Konkursie Wieniawskiego z mojej biografii. Zagrać tylko pod własnym imieniem i nazwiskiem, bez etykiety. Bez wielkich oczekiwań.

Ciągłe koncerty, festiwale, kursy, lekcje mistrzowskie. Gdzie jest Pani dom?

Dom jest tam, gdzie jest mój futerał. Skrzypce towarzyszą mi niemal zawsze. Zdefiniowanie pojęcia domu długo było dla mnie niełatwe. Bo czy to ten rodzinny, gdzie są moi rodzice? Czy jeden z tych, w których mieszkałam? A przeprowadzałam się wiele razy i często podróżuję. Dlatego ukułam tę przenośną definicję. Ona pozwala mniej tęsknić.

A nie ma Pani potrzeby własnej przestrzeni, pełnej przedmiotów, które Pani zbiera i lubi?

Nie tylko jestem zbieraczem, ale w mieszkaniu w Warszawie mam przestrzeń bardzo detalicznie i troskliwie urządzoną. Uczę się jednak nie przywiązywać do rzeczy, bo to niezbyt dobre. Gdy stłucze się mój ulubiony kubek, następuje mały koniec świata. Gdy wyjeżdżam na dwa miesiące, tracę część tej domowej tożsamości. To trudne momenty, dlatego ćwiczę się w nieprzywiązywaniu, traktowaniu przestrzeni użytkowo. Staram nie być tym, co mnie otacza. Choć jednocześnie wiem, że kontekst na nas wpływa. Jeśli mam chaos w garderobie, on się wkrada w moją pracę, w postrzeganie świata.

Jak się Pani czuje w hotelach? Anonimowość to bezpieczeństwo?

Zależy od hotelu. Często nie mam wpływu na to, dokąd zaniesie mnie życie. Kiedyś luksusowe hotele bardzo mnie stresowały. Długo miałam poczucie, że ja – dziewczyna z Koszalina – do nich nie pasuję. Pamiętam, jak miałam problem z przejściem przez piękne szklane drzwi w ekskluzywnym hotelu w Japonii. Dziś nie oceniam tych miejsc, nie przywiązuję się. Jeśli najbliższe trzy dni spędzam w luksusie – w porządku, a jeśli właśnie wylądowałam w kiepskim hotelu w szemranej dzielnicy – może to mnie ma czegoś nauczyć, może doświadczę innej rzeczywistości? Zrozumiałam, że żadna z tych sytuacji nie jest miarą mojego talentu i niczego nie mówi o mnie.

Czuje się Pani dojrzałą osobą?

W dużej mierze tak, ale też wciąż wiele spraw mnie ciekawi, w wielu aspektach jestem nie dość wykształcona, a chcę się rozwijać. Na przykład fascynuje mnie świat postępującej cyfryzacji, przeniesienia życia do sieci. Mimo moich starań TikTok pozostaje przestrzenią, którą słabo rozumiem. Wrzuciłam tam parę filmów, czasem odpalę aplikację, żeby coś pooglądać, lecz to, co tam znajduję, jest dla mnie niepojęte i trudne do wytrzymania.

Wyzwaniem jest też kreowanie siebie w sieci. Można zatrudnić specjalistów, jednak wydaje mi się, że najciekawsze to być tym, kim się jest, i umieć znaleźć dla siebie przestrzeń w środowisku cyfrowym.

W przypadku artystów nasza autentyczność jest przecież największym walorem.

Na jakim instrumencie teraz Pani gra?

To włoskie skrzypce Nicolo Gagliano z 1755 r., wypożyczone mi przez Anne Sophie Mutter, ale dbam o nie jak o własne.

Co Panią z tym instrumentem łączy? Da się tę więź z czymś porównać?

Gram na nich już od 10 lat. Wcześniej przez dekadę grałam na stradivariusie, pożyczonym od Niemieckiej Fundacji Instrumentów Muzycznych z Hamburga. My, artyści, potrzebujemy mecenasów kultury i pomocy tych, którzy własną ciężką pracą osiągnęli niezależność finansową i chcą nas wspierać. Zdaję sobie sprawę, że w społeczeństwie jest wiele potrzeb. Sama dorzucam się do zbiórek na leczenie dzieci. Ale dziwna prawda jest taka, że ja również potrzebuję pomocy. Bo znakomite instrumenty skrzypcowe czy wiolonczelowe kosztują miliony euro.

Dlatego relacja ze skrzypcami jest skomplikowana. Z jednej strony to po prostu przedmiot – kawałek drewna z naciągniętymi metalowymi sznurkami, po których przesuwam patyczek.

Same w sobie są tylko tym, czym płótno i pędzel dla malarza, dłuto dla rzeźbiarza. Więc traktuję je jak narzędzie: dbam, konserwuję. Z drugiej strony jest w nich magia, jakaś metafizyczna więź. Bo one stają się przedłużeniem mojego ciała, to mój wewnętrzny głos, którym śpiewam. Gdy gram, trzymam je blisko serca, czuję fizyczne połączenie z nimi. Wczoraj wieczorem grałam sobie w domu i pomyślałam, że w takich momentach moje ręce nabierają znaczenia.

Instrument Panią dopełnia?

Tak. Choć gdybym utraciła możliwość grania, chciałabym móc czuć się pełnowartościową osobą. Pracuję nad oddzielaniem siebie – człowieka, kobiety – od skrzypiec.

A co one takiego w sobie mają, że może być trudno się oddzielić?

Niesamowitą nośność dźwięku, głębię brzmienia, bogactwo kolorów. Ale też jest to instrument elastyczny i responsywny. Na najdrobniejszy niuans, który wykonam – zmiana prędkości prowadzenia smyczka, nadanie innej wibracji – on od razu odpowiada. Jest bardzo czuły na techniczne aspekty, a to się przekłada na skuteczne wyrażanie moich emocji. Nie muszę z nim walczyć, gramy do jednej bramki.

Sama wybrała Pani te skrzypce?

One wybrały mnie. Tak to często bywa, dobre instrumenty same wskazują swoich opiekunów. Były to skrzypce zapasowe Anne Sophie Mutter. Grała na nich jako młoda dziewczyna, a później nie chciała się z nimi rozstawać. Miałam okazję zagrać na nich przy niej i to ona uznała, że będziemy do siebie pasować.

Podpisałyście umowę na ich wypożyczenie?

Zbieramy się do tego od lat i jakoś nie możemy znaleźć czasu.

Czyli powierzyła je Pani w zaufaniu. A taki instrument się kocha, szanuje? Jakie ma Pani uczucia wobec skrzypiec?

Doceniam je, mam wobec nich poczucie ogromnej wdzięczności. Za każdym razem kiedy otwieram futerał, cieszę się z nich. Czuję, że mam ogromne szczęście. Ale też, że na to bardzo ciężko i przez wiele lat pracowałam. Musiałam się wykazać sporą determinacją, odnosiłam sukcesy, choć pomiędzy nimi były spektakularne porażki. Doszłam tu, gdzie jestem, z dużym wysiłkiem, choć szczęście też się po drodze uśmiechało. Czasem trzeba być we właściwym miejscu i czasie wśród dobrych ludzi.

Powiedziała Pani, że wczoraj sobie grała. Tak po prostu, dla siebie?

Tak, i robię to właściwie codziennie. Próby i praca przenikają się z przyjemnością. Są dni, że mi się nie chce. I wtedy się nie zmuszam. Ale mam wewnętrzny układ. Mogę nie grać, lecz zamiast tego nie włączam Netfliksa, muszę zrobić coś innego wartościowego dla siebie, dla świata, dla studentów, zdobywam wiedzę. Ciekawi mnie psychologia edukacji i występowania.

Co to takiego?

Ta część psychologii jest najbardziej zaawansowana w sferze występów sportowych, u nas jej prekursorem jest prof. Jan Blecharz, który wykłada na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Dotyczy performansu – bez względu na to, czy chodzi o publiczne przemówienie, bieg przez płotki czy zagranie koncertu skrzypcowego, wszystkich nas łączy ogromna presja wynikająca z tego, że patrzą na nas ludzie.

Chciałabym, żeby w przypadku muzyki klasycznej były to te miliony, które śledzą dokonania sportowców. Żebyśmy mieli swój telewizyjny prime time.

Jest koncert noworoczny z Wiednia.

No właśnie, raz w roku, to trochę mało. Fajnie, że ludzie siadają wtedy przed telewizorami, ale to chyba przede wszystkim tradycja, a niekoniecznie głębsza potrzeba.

Co dla Pani występów jest kluczowe, jaki rodzaj siły?

Adam Małysz przez lata powtarzał po turniejach: „Najważniejsze, że oddałem dwa równe skoki”. W tym jednym zdaniu kryje się wiele znaczeń – opowieść o konsekwencji, wytrwałości i zdolności skoncentrowania na sobie. On nigdy nie czekał, aż mu wiatr pod narty zawieje. Odsuwał okoliczności, skupiał się na własnych umiejętnościach. Ja też nigdy nie wiem, kim będzie moja publiczność – osoby znające się na muzyce, może VIP-y, które mogą mieć wpływ na moją karierę, czy może ktoś, kto pierwszy raz jest na koncercie klasycznym. Nie mogę myśleć o tym, dla kogo gram.

Ma Pani własne rytualne sekwencje, sposoby skupienia?

Tak, ale to są minimalne gesty. Bo do koncertu przygotowuję się tygodniami, stopniowo układam go sobie w głowie, przechodzę przez poszczególne etapy wiele razy, decyduję, jaką chciałabym się widzieć w danym utworze. Sprawdzam, w którym momencie pojawiają się konkretne emocje: lęk, radość, może entuzjazm wychodzący poza skalę. Bo ważne jest utrzymanie swoich uczuć w bezpiecznej przestrzeni. Żeby nie wybiły mnie w kosmos. Nie mogę się przesadnie ekscytować, muszę pozostać skupiona.

To mnie zauroczyło. Skrzypaczka z 20-letnim doświadczeniem może się zbyt mocno podekscytować utworem?

Może! Bo jak się lubi grać i wreszcie się staje na scenie w wymarzonym repertuarze, z wymarzonymi muzykami, to jak nie skakać z radości? Ale nie służy mi ani ekstremalna radość, ani ekstremalny lęk. Moja praca jako muzyka opiera się właśnie na najgłębszych, najsilniej dotykających mnie emocjach. O ironio, na tych właśnie, które najbardziej chciałoby się schować. Nie ma nic trudniejszego niż wyjść na scenę, otworzyć się i pokazać zarówno swoją siłę, jak i niedoskonałości. Nigdy nie zagram doskonałego koncertu. Muszę być gotowa na to, że się pomylę i to będzie przedmiotem surowej krytyki.

A dziś krytykują nie tylko zawodowcy.

Każdy ma prawo oceniać. Aż mnie serce ściska, gdy myślę, ile hejtu wylewa się na Igę Świątek teraz, gdy po wielkich sukcesach przechodzi trudniejszy czas.

Iga Świątek ma wokół siebie sztab fachowców. A Pani?

Sama organizuję sobie życie i pracę. My, muzycy klasyczni, zawsze jesteśmy dziesięć kroków za tym, co się dzieje w świecie. Długo pokutowało przekonanie, że muzyk potrzebujący psychologa to ktoś z problemami. Myślenie o wsparciu dla artystów jest w powijakach.

Pomoc potrzebna jest nie tylko w chwilach kryzysów, ale też w czasie sukcesu. Pani odniosła potężny sukces, wygrywając odbywający się co pięć lat Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego w 2006 r. Jak radziła sobie Pani z udźwignięciem tamtego momentu?

Różnie, zawodowo chyba trochę za dużo na siebie wzięłam. Młoda osoba chce wszystkiego dotknąć. Może wtedy pomogłoby mi mniej ambicji, a więcej mądrości. Ale na poziomie emocjonalnym to był zamach na moje życie, na moją młodość. Nagle spadły na mnie olbrzymia odpowiedzialność i presja. I do dziś marzę, żeby móc wyjść na scenę z wygumkowanym Konkursem Wieniawskiego z mojej biografii. Zagrać tylko pod własnym imieniem i nazwiskiem, bez etykiety. Bez tych wielkich oczekiwań.

Bo Pani nie może nie pójść dobrze.

Wiele razy mi już nie poszło. Cieszę się, że znalazłam siłę, żeby machnąć na to ręką, iść do przodu, następnym razem próbować lepiej, coś zmienić.

Kiedy gra Pani dla siebie w domu, to jest właśnie intymne, niewinne?

Niezupełnie tak to działa. Nikt nie daje medali za ilość pracy, liczy się rezultat. To, jak go osiągamy, jest faktycznie intymną sprawą. Ale nawet gdy gram dla siebie, to mam jakiś plan, wiem, czego od siebie oczekuję. Nie biorę skrzypiec do ręki beztrosko, obok są zegarek i kalendarz.

Czy grywa Pani z czystego pragnienia?

99% utworów, które wykonuję, to muzyka, którą chcę grać. Nie ma takiego honorarium, takich obietnic, które mogłyby mnie przekonać do grania czegoś, w czym się nie odnajduję. Mogę mierzyć się z pewnymi utworami, żeby podnosić sobie poprzeczkę. Dziś mogę jakiegoś utworu nie lubić, lecz jak go w domu pogram rok albo dwa, może okazać się, że mi z nim po drodze.

Ta wolność to Pani wypracowany luksus czy w ogóle w świecie muzyki nie gra się tego, czego się nie chce? Słuchając orkiestr symfonicznych, myślę o tym, czy wszyscy jej muzycy lubią grać akurat ten utwór.

To prawda, w zespole bywa inaczej. Jest kierownik, dyrygent, który decyduje o repertuarze. Lecz w małych kwartetach czy wśród solistów trudno mi sobie wyobrazić, że się gra niejako przeciw sobie. Wyjątkiem są konkursy i szkoły, gdy trzeba zagrać to, co wymagane.

Całe życie mnie zastanawia, jak się czuje ten muzyk w orkiestrze, który przez większość utworu czeka i liczy takty, żeby w odpowiedniej chwili raz uderzyć w talerze.

Kilka lat temu Filharmonicy Berlińscy byli na koncertach w Azji. Jeden z muzyków w jednym utworze miał jeden raz uderzyć w trójkąt. I nie udało mu się. Zmógł go jet lag. Nie da się w muzyce powiedzieć, co jest ważniejsze, cenniejsze. Ta jedna nuta czy miliony nut wygrywanych w tym samym koncercie przez sekcję smyczkową? A wynagrodzenia muzycy orkiestrowi dostają zbliżone, pracują przecież na etatach. Pamiętajmy, nikt nikogo nie zmusza. Muzyk może sobie wybrać taki instrument, rolę i taką pracę, jaką chce mieć.

Czyli orkiestry nie są pełne niespełnionych solistów?

Mam nadzieję, że to się zdarza coraz rzadziej. Choć system edukacji muzycznej wciąż stara się produkować solistów odnoszących sukcesy. Jeszcze utrzymuje się dość chorobliwa i nieprawdziwa definicja sukcesu.

Bo wygrać wielki konkurs to jedno, ale za nim idzie cień: presji, nerwów, podróży, użerania się z menedżerami i organizatorami koncertów.

Sukcesem jest też przecież dostać się do dobrej orkiestry, ze świetnymi muzykami, dobrym dyrygentem i repertuarem, zarabiać stałą pensję w zacnych salach koncertowych, móc zaplanować urlop. Tylko trzeba się odnajdować jako ta mniejsza cegiełka w twórczym dziele. Ja na takie wybory patrzę z wielkim uznaniem. Sukces w muzyce oznacza też, że nie masz towarzyskich weekendów i świąt, bo kiedy inni świętują, ty akurat pracujesz.

Pamięta Pani swoje życie sprzed skrzypiec?Tak, ale nie pamiętam życia bez muzyki. Gdy się urodziłam, moi rodzice – pianiści, byli na studiach. W domu ciągle ktoś grał. Zabierali mnie na uczelnię. Kiedy mama była ze mną w ciąży, ćwiczyła dużo Chopina. Może dlatego on mnie tak porusza. Szybko i żywo reagowałam na muzykę, nuciłam, plumkałam paluszkiem na pianinie. W połowie lat 80. można było rysować kredą na chodniku albo siedzieć w piaskownicy, w porównaniu z ogólną szarzyzną muzyka była porywająca. Skrzypce…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki