Subskrybuj
Leszek Cichy podczas wyprawy na Mount Everest zakończonej pierwszym zimowym wejściem na szczyt, 1980 r. fot. Aleksander Lwow/Forum
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Zawsze chcę wejść

Nawet gdy idę po lodowcu związany liną z kilkorgiem ludzi, jestem zamknięty w sobie, z własnymi myślami. A jak mówi moja żona, inteligentny człowiek z samym sobą się nie nudzi. Wtedy jest czas na wszystko: na sprawy świata, myślenie o życiu, o dalszych etapach wyprawy, i na drobiazgi – na niepoplątanie liny, ostrożne stawianie kroków.

Czy zimowe wejście na Everest, którego dokonaliście z Krzysztofem Wielickim 45 lat temu, w lutym 1980 r., zmieniło Pana życie?

Trzeba pamiętać, że to nie był nasz pierwszy rok wspinania. Na tamtej wyprawie, kierowanej przez Andrzeja Zawadę, należeliśmy co prawda do najmłodszych, ja miałem skończone 29 lat, ale za sobą już 10 lat chodzenia w góry wysokie. Wcześniej byłem na Shispare, Gaszerbrum II, na K2 i Makalu. Naszemu pokoleniu, czyli tym, którzy zaczęli wspinać się na początku lat 70. XX w., przydarzył się wspaniały moment historyczny, bo wtedy w Himalaje i Karakorum jeździły razem trzy generacje – ci, którzy zaczynali jeszcze przed wojną, ci, którzy po wojnie osiągnęli wiele w Alpach i Hindukuszu, no i my, którzy przecieraliśmy nowe drogi himalajskie.

Wejście na Everest nastąpiło dla mnie w samą porę. Nie było ukoronowaniem, bo później jeszcze przez wiele lat jeździłem – i wciąż jeżdżę – w Himalaje i inne góry.

Niedawno byłem w Peru na sześciotysięczniku Chachani i po raz trzydziesty któryś prowadziłem wyprawę na Kilimandżaro. Niby nie są to szczyty bardzo ambitne, lecz wysokość i warunki wymagające. Słowem, ja na Evereście ani nie zacząłem, ani nie skończyłem.

Ale to osiągnięcie będzie Panu zapamiętane. To ma znaczenie?

Bez wątpienia ono było najgłośniejsze i myślę, że wyznaczało moment ważny dla światowego himalaizmu. Początkowo kwestionowano sens zimowych wypraw na ośmiotysięczniki. W latach 80. XX w. z czternastu najwyższych gór świata Polacy weszli na siedem. I mówiono o tych wyczynach jak o dziwnej, egzotycznie polskiej konkurencji. Jak tych szczytów zostało do zdobycia mniej, to uruchomiła się międzynarodowa konkurencja. Włączyli się Włosi, Rosjanie, a w finale – Nepalczycy, którzy pierwsi zdobyli zimą K2 w 2021 r. Nam się nie udało. Trochę nie mogę wybaczyć Krzysiowi, że nie jego wyprawa to osiągnęła, że nie domknął po latach naszych sukcesów.

Uśmiecha się Pan. Czy to nie przewrotna dziejowa sprawiedliwość, że właśnie Szerpowie – długo niedoceniani towarzysze europejskich himalaistów – wzięli to ostatnie zimowe trofeum?

Jeżeli już nie my, Polacy, to cieszę się, że właśnie oni! Od razu wysłaliśmy z Krzysiem listy gratulacyjne do Nepalu i do ambasady nepalskiej w Berlinie od zimowych zdobywców Everestu do zimowych zdobywców K2. A wracając do naszego wejścia w 1980 r. – ono okazało się ważne i zapamiętane.

Bo gdyby tak kogoś w środku nocy obudzić i zapytać o polskie osiągnięcia w Himalajach, odpowie na pewno: „Kukuczka” albo „Rutkiewicz”. Jednak co dokładnie, które szczyty, jakimi drogami – mało kto potrafi wymienić.

A to nasze zimowe wejście zapisało się w umysłach. Nie dlatego, że było najtrudniejsze, dokonane najcięższą drogą w bardzo wymagających zimowych warunkach, tylko po prostu dlatego, że to jednak był Everest. Zastanawialiśmy się z Krzysiem wielokrotnie, co to oznaczało dla nas samych. I myślę, że jakbyśmy wtedy nie weszli, to akurat moje życie bardzo by się nie zmieniło. Może tylko nie dostałbym mieszkania.

A dostał Pan?

Pomógł Główny Komitet Kultury Fizycznej. Brat żony był od dawna zapisany na mieszkanie, miał jeszcze czekać kilka lat, ale przepisał wniosek na nas i my je dostaliśmy szybko. Na Ursynowie. Poza tym nie zadziało się nic wielkiego – żony nie zmieniłem, urodziło się kolejne dziecko, pracę miałem tę samą. Staliśmy się z Krzysiem rozpoznawalni, co znieśliśmy zresztą godnie. Palma nam nie odbiła. Czuliśmy, że zrobiliśmy swoje. Myślę, że psychicznie Everest nam posłużył. Lata 80. w Polsce były trudne, biedne, ponure. Obaj moi synowie mieli alergię, z trudem sprowadzaliśmy dla nich leki z zagranicy, a Towarzystwo Przyjaciół Dzieci przysyłało nam 2,5 kg nieuczulających ich bananów na miesiąc. Sztuką było je przechowywać, w papierowych kopertach, tak aby przetrwały jak najdłużej, a do tego dzielić między dwóch małych chłopców. Życie nie było proste, ale nawet w najbardziej przykrych momentach mogłem sobie powiedzieć: „Skoro na Evereście przeżyłem, to i tutaj sobie poradzę”.

Doświadczenia wysokogórskie chyba niełatwo przenieść do prozaicznego codziennego funkcjonowania?

Nie zgodzę się. Po 1989 r. zdecydowana większość polskiej czołówki himalaistycznej świetnie zaaklimatyzowała się do warunków wolnego rynku. Nagle zniknęło finansowanie państwowe, na organizowanie wypraw z partnerami zagranicznymi potrzeba już było znacznie większych środków, tak więc wielu wspinaczy pozakładało firmy i dobrze odnalazło się w rzeczywistości biznesowej, choćby Anna Czerwińska, Krzyś Wielicki czy nawet chodzący własnymi ścieżkami Wojciech Kurtyka.

Czyli stereotyp polskiego wspinacza, który ucieka w góry, bo nie odnajduje się na nizinach, to mit?

To jest wyobrażenie płynące z literatury młodopolskiej, z figurą bujającego w obłokach romantyka, który wychodzi na spotkanie śmierci, z tatrzańską Kapliczką Straceńców i legendami o widmie Brockenu w tle. Wszystko to dość romantyczne i moim zdaniem infantylne. Bo żeby zrobić wyprawę w Himalaje, trzeba było twardo zarządzać całą masą spraw. Lider wybierał zespół, a zespół musiał wszystko zorganizować – określić cel, uzyskać zezwolenia, sprzęt, wszystko to spakować i przewieźć, na miejscu sprzedać oficjalną kontrabandę, a z zysku opłacić karawanę, tragarzy, kucharzy.

Za co Pan odpowiadał?

Załatwiałem papiery i wizy w ambasadach, zezwolenia z urzędów, części zapasowe do samochodów. No i byłem specjalistą od tlenu. W Instytucie Lotnictwa zdobywałem przejściówki do butli, bo wtedy było kilka rodzajów i musieliśmy mieć pewność, że jakakolwiek butla by się trafiła, uda się do niej wpiąć nasze reduktory. I to akurat prawda, że na wierzchołku Everestu byłem z kluczem francuskim.

Na co się przydał?

Mieliśmy na górze po jednej amerykańskiej butli. Maski i reduktory chcieliśmy ze szczytu znieść, były cenne. Natomiast butle, jeśli skończy się tlen, trzeba było porzucić. Każda pusta ważyła prawie 4 kg. No i podczas zejścia, tuż pod Stopniem Hillary’ego, gdy tlen się skończył, wyciągnąłem klucz francuski, którym odkręciliśmy butle.

W nagraniu z Waszego łączenia się z bazą ze szczytu Everestu słychać, że jesteście szczęśliwi. Ale mówi Pan też, że bardzo boicie się zejścia. Jak ono wyglądało?

Szybko skończył się tlen i szybko robiło się ciemno. Schodziliśmy inną drogą, niż wchodziliśmy, po drodze trafiliśmy na rzeczy Hannelore Schmatz [niemieckiej himalaistki, która zmarła, schodząc po zdobyciu Everestu w październiku 1979 r. – przyp. red.], co było przejmujące, bo wizualizowało, jak to się może skończyć. Gdy później doszliśmy do dwóch kuluarów prowadzących na przełęcz, żadnych śladów na zlodowaciałym śniegu nie było. Baliśmy się, że nie trafimy w prawidłowy kuluar, a dalej na przełęcz i do namiotu. Gdy już znalazłem właściwy kuluar, przyspieszyłem. W szarówce ciężko było dostrzec nasz namiocik, maleńki zresztą – stał wśród innych, rozdartych i pozamarzanych, a wokół było pełno rupieci. Pomogła chyba intuicja. Potknąłem się o sznurki i tak do niego trafiłem.

Andrzej Zawada mówił, że namiot to najgenialniejszy wynalazek ludzkości.

Nawet bez sprzętu ogrzewającego przetrwasz w tej cieniutkiej materiałowej osłonce noc, która na zewnątrz kosztowałaby cię życie.

Wielicki dołączył później.

Rozłożyłem radio, powiadomiłem Zawadę, że jestem w namiocie, bardzo zmęczony, i że Krzysiek dochodzi. I do następnego dnia już się nie łączyłem. Rozpaliłem maszynkę, rozświetliłem namiot, więc Krzyśkowi było łatwiej trafić. Tyle że on szedł przez bloki lodu, na których się poślizgnął i rozdarł spodnie puchowe. Oni tam na dole snuli różne dramatyczne wersje, a my odpoczywaliśmy w namiocie, w którym wirował puch. Ja grzałem herbatę, on ogrzewał palce stóp. Pamiętam, że zamykając oczy, powtarzałem w kółko: „Krzysiu, tylko nie spal namiotu”. Przez kilka dni właściwie ze sobą nie gadaliśmy. Nie mieliśmy o czym, wszystko było jasne. Rano odezwaliśmy się do ludzi w bazie i dosłownie słyszeliśmy, jak im kamień spada z serca.

Wspomniał Pan o intuicji. Chodzenie w górach wysokich to gra sił racjonalnych czy kwestia instynktu, automatyzmów?

Mam do tego tematu stosunek ambiwalentny. Nigdy nie doświadczyłem w górach omamów ani wizji. Nasze wejście na Everest było wejściem dwóch inżynierów. A ja byłem w tym duecie od liczb. I myśmy wyliczyli: bierzemy po jednej butli, bo idzie się lżej i szybciej. Na szczyt tlenu starczy, jeśli pójdziemy w siedem i pół godziny. Wziąłem wysokościomierz i zwykły zegarek, reduktor z ciśnieniomierzem miałem na plecach. Idąc, regularnie pytałem Krzyśka: „Ile jeszcze mamy tlenu?”. I przeliczałem: ile wysokości w pionie zyskaliśmy, ile czasu minęło, ile tlenu ubyło. Inną sprawą jest intuicja terenu, ma ją wiele osób doświadczonych w chodzeniu w góry. Jak obejrzę mapę, potem skojarzę jej skalę z terenem rzeczywistym, to krajobraz jest dla mnie czytelny. Jestem z zawodu geodetą, mam w domu całą stertę map, lubię na nie patrzeć. Moje poznawanie gór odbywa się w trzech etapach: najpierw czytam książki i oglądam mapy, potem w górach jestem, a następnie wracam do tych materiałów i znów je czytam.

Lubi Pan chodzić po płaskim czy musi być pod górkę?

Gdziekolwiek bym pojechał, od razu szukam w okolicy najwyższego szczytu czy choćby wzniesienia. Taką mam skazę, że zawsze chcę wejść. Nawet u przyjaciół na Mazurach wypatrywałem, jakby się tu dostać na najwyższą tam Górę Szeską. Nic specjalnego, lecz najwyższy punkt w okolicy zaliczyłem.

Co Pana najbardziej cieszy w górach?

W zasadzie wszystko. Dobrze się czuję w wysiłku. Uaktywniają się mój mózg i serce, czuję się dokrwiony. Bardzo lubię być w przyrodzie.

No i jeżdżę na wyprawy dla emocji. Nawet gdy zabieram znajomych na Kilimandżaro i sam wiem, jak tam będzie, to mogę pożyć trochę ich uczuciam. Mogę przekazywać wiedzę, szacunek dla gór, a także umiejętność drobnych zachowań, które umożliwiają wejście z mniejszym wysiłkiem.

Zawsze też szukam okazji do sportu. Jadę właśnie do Ustrzyk na festiwal górski i zapakowałem już narty biegowe. Mogę w terenie być sam, jestem przygotowany, znam swoje możliwości. Lubię też być w górach z ludźmi, bo tam łatwiej uzyskać ich prawdziwy obraz. Wysiłek albo niebezpieczeństwo szybko wyłączają to, co psycholodzy nazywają nieustanną grą w relacjach. W górach nie trzeba zjeść z kimś beczki soli, wystarczy razem znaleźć się w trudnościach, żeby wszystko szybko stało się jasne.

Z Krzysztofem Wielickim jesteście do dziś w przyjaźni?

Tak, dzwonimy do siebie, wiem, co u niego słychać, przeżywam z nim rozterki. Po Evereście byliśmy jeszcze razem w górach, w tym na dwóch wyprawach na K2 – zimowej i letniej. Teraz najczęściej spotykamy się na festiwalach, mamy wtedy czas, żeby przegadać wieczór. A czasem schodzimy na tematy bardzo prywatne. No i wiem, jakie wino Krzyś lubi najbardziej.

Dziś w góry jeździ Pan głównie z ludźmi, których Pan zna lub się z nimi przyjaźni.

Z niektórymi byłem na wyprawach już po kilkanaście razy. Z częścią przyjaźnię się i na co dzień, z innymi widuję regularnie właśnie w podróży. Już w listopadzie dzwonią i pytają, jaki mam pomysł na przyszły rok. Na pierwszy wyjazd do Omanu nie zmieścili się wszyscy, więc zorganizowałem dwa kolejne. To piękny teren, fajne góry, szczególnie Wielki Kanion Arabski. Przyjazny kraj, wspaniali ludzie, niesamowita architektura. Z innymi przyjaciółmi wybraliśmy się niedawno w Dolomity. Myślałem, że będzie łatwo, ale spadł śnieg i robiliśmy dość trudne ferraty. Poszedłem w miękkich butach, jeden zaklinował mi się w szczelinie i tam już został. Dalej szedłem w jednym. Przyjaciele oddali mi po jednej zapasowej skarpetce, a przyjaciółka bohatersko zaoferowała wypełniacze z biustonosza. Zszedłem na dół na dwóch push-upach, po czym je oddałem w całkiem dobrym stanie!

Ma Pan opinię himalaisty, który chodzi po górach bezpiecznie. Co to właściwie znaczy? Że chodził Pan na kompromisy, powstrzymywał ambicje?

Chodzenie bezpieczne jest trudne. Bo trzeba umieć podjąć decyzję o wycofaniu się. Kilka razy zrezygnowałem z wejścia na szczyt, zawracaliśmy.

A do takiego odwrotu trzeba mieć głębokie przekonanie, niemal pewność, że wyżej jest zbyt ryzykownie albo pogoda może się załamać, a do szczytu za daleko. I to jest dylemat sapera.

Bo jak się zawróci i uda się zejść bezpiecznie, to można potem długo rozpatrywać, czy jednak nie można było wyżej, czy nie trzeba było wyjść wcześniej. Można też pomylić się w decyzji i nie wrócić… To są dylematy, które się potem kołaczą w głowie przez lata.

A strach bywa doradcą?

Wielokrotnie mnie pytano, czy my się w górach boimy. Ale strach byłby bez sensu. Jeśli zapada decyzja o wyjeździe, to już wszystkie siły idą na zrealizowanie celu. A w samych górach istnieją obiektywne niebezpieczeństwa: ryzyko lawin, zmiany pogody. Dla mnie zawsze ważna była świadomość, abym ja z moim partnerem nie przyczyniał się do nadmiernego powiększenia tej puli ryzyka. Przez ponad 50 lat wspinania w wielu górach na wszystkich kontynentach nigdy nie wzywałem pomocy zewnętrznej, nie potrzebowałem akcji ratunkowej. Czy to znaczy, że mogłem zrobić więcej? Być może. Jednak nie chciałem być częścią wyścigu po kolejne ośmiotysięczniki.

W latach 90. na około dekadę przerwał Pan karierę wysokogórską. Po transformacji wciągnął Pana wir wolnorynkowych przemian.

Miałem wyzwania w swojej pracy, w bankowości. Zgłosiłem się jako młody stażysta do Polskiego Banku Rozwoju, a już półtora roku później byłem zastępcą dyrektora departamentu inwestycji kapitałowych, czyli tego najciekawszego.

Co robiliście?Wprowadziliśmy pierwsze…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie