Coraz mniejsze wrażenie robi na mnie długowieczność. Ci wszyscy starcy, pokazywani w telewizji nad czerwonym paskiem ze słowem „rekord”. W każdym razie blisko niego, bo chyba nikt nie żył dłużej niż Jeanne Calment, która urodziła się w 1875 r. i przeżyła 122 lata i 164 dni. Mój dziadek ma 91 lat. Przyglądam mu się z lojalnością i ciekawością, ale dawno przestałem podziwiać go za sam wiek. Może dlatego, że boję się starości w sytuacji, gdy solą mojego życia jest ruch. Coraz silniej zdumiewa mnie jednak skala nieistnienia człowieka po zgonie. Sto lat żyć – być może za parę dekad będzie normą. Sto lat nie żyć – to jest wynik. Otchłań, która z każdą minutą narasta między mną, wpatrzonym w grób, a kimś żywym przed wiekiem czy milionami lat. A przecież znajdujemy tak stare szczątki hominidów, tworzących pierwsze społeczności, którzy zapewne na swój sposób kochali. Wszystko to przez trwałą strukturę kości. Gdyby nie ta zbita substancja złożona głównie z minerałów, być może człowiek nigdy nie dowiedziałby się, skąd przybył. Nie zostawiałby śladów. Roiłby, mnożył fantastyczne i równie uprawnione teorie. Przez to właśnie – nie przez wiarę w taką czy inną nieśmiertelnosć – niełatwo mi pogodzić się z prawdą, że po zgonie człowiek przestaje istnieć absolutnie.
Z tego samego powodu trudno mi przyjąć twierdzenie, że ludzi, którzy dopiero przyjdą na świat, gdzieś już nie ma.
Niewykluczone, że ta myśl zapładnia umysł, gdy stajemy się rodzicami. Dla rodzica dziecko jest bowiem koniecznością, w tym sensie, że trudno mu sobie wyobrazić, by mogło nie zaistnieć. W szczególności gdy po raz pierwszy trafia w jego ręce jako noworodek. Zdajemy sobie sprawę, jak silnym przeżyciem musi być wydostanie się w światło, w niewiadomą, kiedy patrzymy w jego czarne, jeszcze niedowidzące źrenice. Wracając po paru dniach ze szpitala do domu, zatrzymujemy się na poboczu, by sprawdzić, czy oddycha, bo ruchy jego piersi są niedostrzegalne pod ubraniem.
Wrażenie tego rodzaju konieczności istnienia najlepiej odzwierciedla sama twarz dziecka, niepowtarzalna, nawet w przypadku bliźniąt, cały ten cudowny ludzki mechanizm, który rodzicowi zdaje się zbyt wyrafinowany na czystą przygodność. Rozpiętość między rezultatem – człowiekiem, a źródłem, czyli pierwotną pustką, przytłacza, nawet jeśli źródłem jest metaforyczne Słowo, które współcześni fizycy – fizycy informacji – coraz częściej utożsamiają z pierwotną informacją, napędzającą nieobeszły mechanizm świata, obecny w Galaktyce, jak i, może nawet w bardziej spektakularny sposób, w pojedynczej komórce ciała.
No więc gdzie oni są? Ci wszyscy, których jeszcze nie ma? Ci, którzy przyjdą za 100, 200 lat?
W jakim rodzaju planu, algorytmu, potencjału? Józef Życiński w Świecie matematyki i jej materialnych cieni tak opisywał hierarchię światów w ontologii fizyka George’a Ellisa: „Świat potencjalności istnieje inaczej niż świat zrealizowanych możliwości; jest on jednak również realny”. Bez względu na to wszystko trudno zaprzeczyć, że już istnieją w naszej wyobraźni, jako niedookreślona społeczność, bądź wyraziste postaci. Potraficie wymyślić twarz? Śnią wam się nowi ludzie?
Lekcje biologii
Tymczasem rodzicielstwo, zwłaszcza to wczesne, to mało snu. Czasem zupełny jego brak. Zadziwiające, jak mało przekazujemy sobie konkretów, w szczególności międzypokoleniowo. Posługujemy się najczęściej teoriami, ideami, postulatami. Mało który licealista wie, jak wygląda praca w danym zawodzie. Jak to jest być, w praktyce, prawnikiem, redaktorką, weterynarzem. Jakbyśmy się bali twardej rzeczywistości. Z reguły dowiadujemy się, czym jest rodzicielstwo, dopiero gdy w naszym życiu pojawiają się dzieci. Informacja, skądkolwiek pochodzi, ucieleśnia się i sprowadza na ziemię, przede wszystkim tych, którzy zajmowali się głównie pracą intelektualną. Kupy, siki, krew i rozbita głowa. Można trzymać się wizji życia rodzinnego serwowanego w reklamach i kolorowych pismach, a i tak wygra znużenie tysiącem powtarzalnych czynności. Biologia to historia zmęczenia. Dzieje walki z entropią, cykl obumarć i odrodzeń. To nie brzmi dobrze, ale lekcje biologii mogą wiele nauczyć, jeśli przywróci się im należną, utraconą rangę.
Ostatnie dekady umacniały iluzje głoszące, iż u progu transhumanizmu materia biologiczna traci znaczenie, a wyzwolony od niej umysł prowadzi człowieka ku pewnemu postępowi.
Ostatnie lata pokazały, jak cienka jest powłoka cywilizacji. Nie tyle zwierzęca, ile wynaturzona ludzka natura dewastuje świat. Tysiące lat cywilizacji ani nowe technologie nie zdołały okiełznać jej pychy, pazerności, żądzy zemsty czy zniszczenia drugiego człowieka oraz innych gatunków. Być może żadna idea nie sprosta misji naprawy świata, gdy jej promotorzy są zbyt daleko od życia. Chyba nigdy nie jesteśmy niego tak blisko, jak w okresie rodzicielstwa, kiedy jakby na powrót, po własnym dzieciństwie, wtórnie nabywamy zdolności do akceptacji, że ciało jest i domaga się swoich praw.
Znów uważnie badamy fakturę skóry. Obserwujemy oko. Napawa nas lęk, gdy biologiczny konkret staje się nie do zniesienia. Dla samotników z natury horrorem może wydać się nagłe nagromadzenie spraw, ludzi, tych samych czynności. To doświadczenie bywa, jak sądzę, nieco łagodniejsze dla osób, które uprzednio żyły poza bańką, jaką stwarza (i sprzedaje) współczesna cywilizacja, w szczególności ta miejska: pod postacią sterylności, ochrony przed chwastem, potem, brudem. Przypominam sobie wędrówkę przez góry Sierra Nevada de Santa Marta w Kolumbii. W jednej z osad zamieszkanych przez Indian Kogi, którzy odcięci od dóbr cywilizacji, nie używają nawet gwoździ, nocowałem w chacie bardzo starej kobiety. Opiekowała się raczkującym dzieckiem. Rodzice wyszli wysoko w góry. Nigdy nie zapomnę tego widoku: dziecko leżało na wznak, a po jego piersiach chodziła kura. Uważnie patrzyli sobie w oczy.
Bo rodzicielstwo to w istocie zanurzenie w rodzajowo podobną biologiczną rzeczywistość, współuczestniczenie w niej głównie na jej zasadach, bez większych szans na spełnienie własnych projekcji.
Rodzicielstwo dość szybko z nich leczy, serwując głównie prozę. Ucieczka od walki z entropią, tj. sprzątania, czyszczenia, układania, przestawiania, naprawiania, prędko kończy się rozkładem (czasem małżeństwa). Zderzenie z biologią, bez pancerza ochronnego, może na trwałe wyssać rodzica z niedawnej witalności i zmusić, by pożegnał się, być może na zawsze, z własnymi pasjami. To nie musi nastąpić, ale forsowanie wizji, że po stronie rodzicielstwa nie ma kosztów, jest kłamstwem charakterystycznym dla współczesności. To brak prawdziwego wytchnienia, bo dziecko, zwłaszcza małe, wymaga ciągłego skupienia, bo chwila nieuwagi może skończyć się fatalnie. Pary, które przez lata zmagały się z niepłodnością, po walce o dziecko często są pozbawione zapasów sił i energii, niezbędnych we wczesnym okresie rodzicielstwa.
Przyznam, że nie wzruszają mnie śluby, bo dostrzegam w nich rytuał osnuty blefem, gdyż ta piękna skądinąd ceremonia sugeruje niektórym, iż poczucie niesamowitości będzie wyłącznie rosnąć. Dzieje się tak ze mną natomiast, gdy młodzi uroczyście dziękują rodzicom za „trud wychowania”. Przynajmniej starzy wiedzą, o czym mowa. W ich oczach widzę wtedy prawdę. Przy tym wszystkim konieczność równości w prawie pracy dla obojga rodziców w okresie wychowywania dzieci powinna wydawać się naturalna dla kogoś, kto zmierzył się uczciwie z wyzwaniami rodzicielstwa. Ale ta lekcja jest – jeśli ktoś akurat teraz potrzebuje pocieszenia na rodzicielskim zakręcie – naprawdę niezłym punktem wyjścia do trzeźwych rozważań o świecie.
Jeśli jest.
Lekcje demografii
W Dzień Ojca zawsze myślę o wdowcach. W Dzień Matki – o samotnych mamach. W kulturze ich los jest lepiej poznany, co nie znaczy, że w jakikolwiek sposób polepsza to ich sytuację. Gorzej z samotnymi ojcami. Jakby zabrakło języka do opisu doświadczenia braku i pustki. W Dzień Dziecka natomiast zawsze, między jednym a drugim obowiązkiem, wysyłam dobrą myśl do tych, którzy dzieci mieć nie mogą, a bardzo tego pragną.
Doświadczeniem, które w sposób niezapowiedziany budzi biologiczne właśnie, często wyparte instynkty, okazuje się niepłodność – pod warunkiem, że jest nieakceptowana (wszak są tacy, raczej mniej liczni, którzy przechodzą nad tym do porządku dziennego).
Niepłodność przynosi w życiu nagły egzystencjalny dramat, z dwóch powodów.
Po pierwsze, czujemy się oszukani – ale przez kogo, naturę? Po drugie, tracimy wrodzony, wydawałoby się, i perfekcyjnie opanowany kod językowy, by się wyrazić. Płodni nie rozumieją niepłodnych. Pojmują tylko tyle, że ten drugi nie może mieć dziecka i z tego powodu cierpi. Co to znaczy? Tego niepłodny zwykle przekazać nie umie, bo może demonstrować skalę bólu, lecz nie jest w stanie przekazać specyfiki lęku i cierpienia, jakby pierwotnego, z nieznanej otchłani. Niepłodność zwykle taranuje psychikę, prowadzi na skraj doświadczenia, w którym wyobraźnia obumiera albo, naznaczona brakiem, eksploduje.
Psychika, w odruchach obronnych, pyta: po cóż mi ten człowieczek, złożony z DNA, które gdzieś tam niby formuje go na mój obraz i podbieństwo, skoro tak błyskotliwie dotąd się realizowałem. Tak współczesny człowiek zostawia na ziemi cząstkę siebie – przez pasje, ideę, czasem pieniądze. Nie w błahy, pospolity sposób. Po cóż mi podobne do mojego ciało, kto wie, czy nie schorowane? Ze strachu, że prócz rodziny w coraz bardziej rozproszonej pamięci już nikt nie będzie o mnie pamiętał? Nie wiadomo. Wiadomo tyle, że ten lęk – w większości przypadków – wynurza się wówczas jak bojka z wody. Wtedy gdy słyszymy od lekarza, że dzieci – najpewniej – mieć nie będziemy.
Podczas gdy pół świata wrze. Zaludnienie Afryki zwiększy się prawie trzykrotnie w latach 2000–2050: z 819 mln w 2000 r. do 1 495 mld w 2024 r. i szacowanych 2 485 mld w 2050 r. Na świecie – do 10 mld. W Nigerii ok. 2100 r. ma żyć zgodnie z wiarygodnymi prognozami ponad 700 mln ludzi (dziś to ponad 200 mln!). Czujemy się – jako pozbawieni tego daru – wyjątkiem od reguły, gdyż podświadomie, być może ewolucyjnie to, co w naturze regularne, uznajemy jako zdrowe. Pytanie, czy kula ziemska to przetrwa. Takiej presji mogą nie wytrzymać mury i koncertiny.
Tymczasem w ponowoczesnym świecie społeczeństwa starzeją się w tempie, za którym nie nadążają prawo, technologie i kultura, a cywilizacyjną chorobą społeczeństw rozwiniętych staje się bezpłodność.
Żyjemy w momencie historii, w którym pragnienie przedłużenia gatunku gasi uzasadniony lęk przed jutrem, bo jutro może przybrać postać globalnej katastrofy. Pragnienie posiadania dziecka podważa pytanie, które być może nigdy w dziejach nie wybrzmiewało tak realnie: po co tylu ludzi na świecie? Kto ich wykarmi? Kto im da…