To było lata temu, ale pamiętam jak dziś: dyskusja panelowa, ja i trzech panów. Rozmawialiśmy o demokracji. A właściwie mówił jeden pan, przez 90% czasu: skupiał się głównie na wątku pluralizmu. Ironię sytuacji zdawali się widzieć wszyscy poza nim samym.
Dotkliwa i komiczna bywa ta niespójność – w jedno oficjalnie wierzę, a drugie praktykuję. I to jest mocno związane z czymś, co nazwę „ustrojem wewnętrznym”.
Spośród wielu możliwych „wewnętrznych ustrojów” wybrałam przeciwstawne: dyktaturę i, jak łatwo zgadnąć, demokrację.
Napięcie
Jeśli żyję w stanie wewnętrznej dyktatury, podstawową cechą mojej codzienności jest napięcie: naprężona lina, której w żadnym razie nie wolno puścić, bo wszystko runie. Lina rozpięta jest pomiędzy inwigilującym a inwigilowanym, kontrolującym a kontrolowanym, tym, który budzi przestrach, i tym, który żyje w przestrachu. To, co niezgodne z linią, jest osadzane w więzieniach, zsyłane do obozów pracy. Wszędzie wiszą kamery, które sam zamontowałem. Wewnętrzny cenzor pochyla głowę nad kartkami pełnymi skreśleń. Chłodnym wzrokiem penetruję wszystkie swoje poczynania. Penetruję swoje myśli w poszukiwaniu, jak pisał Orwell, myślozbrodni. Głos dyktatora płynie z megafonów na przystankach tramwajowych, w miejscach pracy i wypoczynku (chociaż przecież nie ma wypoczynku). I jest to mój głos, a równocześnie całkiem nie mój, bo kiedy żyję w wewnętrznej dyktaturze, nie znam i nie używam swojego prawdziwego głosu. Jestem więźniem – nawet jeśli jest to zakład karny o złagodzonym rygorze, nawet jeśli w celi mam telewizor z TVN24 i możliwość spacerów.
Nie wolno mi myśleć tego, co przychodzi mi do głowy. Mam zakaz podróży, bo obrazów, które dostałyby się pod moje powieki, nie dałoby się poddać kontroli i budowałyby one surowo zakazany obszar wolności.
Podróżą jest drugi człowiek: kuzynka, która przy wielkanocnym święceniu koszyczków wspomina, że głosowała na kogoś innego niż ty, nastoletni syn, który z ponurą rezygnacją patrzy na załadowane po sufit półki w lodówce, po czym, mamrocząc przekleństwa, z pustymi rękami oddala się w stronę swojej groty. Podróżą jest młoda kobieta, która używa takich słów jak „chirurżka” czy „klasyczka” i zamiast „normalnego” mleka pije „mleko” owsiane. Podróżą jest wymuszający pierwszeństwo kierowca z napisem na szybie „Jesus loves you” i dziwną rejestracją (jak tylko wymusił, twój wzrok natychmiast osunął się na tablicę rejestracyjną).
Ale tą najbardziej zakazaną podróżą jesteśmy my sami: dlaczego zakochałem się w kobiecie, która z galerii zna tylko Krakowską? Dlaczego przyspiesza mi oddech, kiedy ten mężczyzna wchodzi do mojego konserwatywnego gabinetu? Dlaczego wciąż strach podchodzi mi do gardła, kiedy, stary cap, przekraczam próg domu swojej matki? I co to za nieznośne uczucie w brzuchu gniecie mnie co rano, chociaż publikuję w „Modern Theology”, „The New England Journal of Medicine”, a nawet w „Znaku”? Chociaż spłodziłem syna, wybudowałem dom i posadziłem tuje?
Moi wewnętrzni cenzorzy, służby bezpieczeństwa, sądy – oni wszyscy pracują, żeby zagłuszyć te pytania.
Miłość
Jeśli żyję w wewnętrznej dyktaturze, nie ma znaczenia, jakie mam poglądy i w co wierzę – mogę być gnostykiem albo sceptykiem, mogę być feministką albo konserwatystką – w dyktaturze liczy się nie to, co wisi na sztandarach, lecz to, że wiszą one wszędzie. I nie wolno powiesić niczego innego. Co jest napisane na sztandarze? Może: „Mam zawsze rację”, albo: „Moje dziecko musi być najlepsze”, albo: „Jestem niezniszczalny”.
Wewnętrzna dyktatura oznacza, że nie wolno mi zrobić kroku poza sztywną, jednoznaczną opowieść o sobie samym.
I, przede wszystkim, nie wolno mi czuć tego, co czuję. To uczucia są zarzewiem buntu. Bo chociaż lewa półkula mózgu przydaje się do obalenia dyktatury, żadna dyktatura nie upadła ani nie upadnie bez kontaktu z uczuciami: z oburzeniem, gniewem, miłością, żarliwością. Także w wewnętrznym krajobrazie.
Głównym bohaterem świetnego serialu Mad Men jest Don Draper: charyzmatyczny, ambitny, błyskotliwy i – pozwólcie, że dodam – zabójczo przystojny dyrektor kreatywny nowojorskiej agencji reklamowej w latach 60. W jednym z odcinków, w wyniku splotu różnych okoliczności, do agencji przychodzi młoda hipiska i oferuje Draperowi wróżbę. „Zadaj pytanie – mówi mu – nie musisz wypowiadać go na głos”. A potem odpowiada: „Wiem, jak ono brzmiało. Spytałeś: »Czy ktoś mnie kocha?«”. „Skąd wiesz?” – zdumiewa się Draper. „Bo to jest pytanie każdego” – odpowiada dziewczyna.
Pamiętam, że oglądając tamtą scenę, byłam zaskoczona. Don Draper? Czy to możliwe, że nawet on zadaje właśnie to pytanie? „Musisz sobie wybaczyć, że jesteś człowiekiem” – napisała kanadyjska terapeutka, Marion Woodman. Co to znaczy?
„Musisz sobie wybaczyć, że jesteś człowiekiem” – gdybym poprosiła o interpretację tego zdania, naszym oczom ukazałby się prawdopodobnie krajobraz zorganizowany wokół pytania: „Czy ktoś mnie kocha?”. Ktoś napisałby, że bycie człowiekiem to czasem smutek, czasem niepewność, pytania wokół sensu, błądzenie, zmaganie, tęsknota za miłością i okrucieństwa niemiłości.
W świecie wewnętrznej dyktatury na takie bzdety nie ma miejsca.
A jednak, kiedy popatrzymy głębiej na samego Dyktatora, możemy odkryć, że i on powstał z rozpaczy, uczucie, które, zanim zamieniło się w nienawiść, przez chwilę było żywe. Że ów Dyktator, tak jak ten z wiersza Zbigniewa Herberta, „[m]ieszkał w pałacu pełnym marmurów i policjantów. Sam. Budził się w nocy i krzyczał. Nikt go nie kochał”.
Jeśli uda nam się zobaczyć anatomię naszej wewnętrznej dyktatury, możemy dostrzec, że w naszych niepsychopatycznych światach potwór jest z papieru i płacze. Nikt go nigdy nie kochał.
Zgoda
Kiedy coś pęknie – bo się zakochałam, bo dopadła mnie prawdziwa depresja, bo doświadczyłam straty tak przepastnej, że wszystko runęło, kiedy nie da się już zakazać sobie odpoczynku, bo nogi nie chcą iść i oczy nie chcą się otworzyć, kiedy nie sposób utrzymać złudzenia na temat swojej doskonałości, kiedy już nie potrafi się zagłuszać wesołymi przyśpiewkami swojego smutku czy bezradności – wtedy wąską strużką może…