Subskrybuj
Olga Boznańska w pracowni w domu przy ul. Wolskiej 21 (obecnie: Piłsudskiego) w Krakowie, lata 20. XX w. fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Historyczka sztuki, przez wiele lat związana z „Gazetą Wyborczą”, obecnie pracuje w Muzeum Narodowym w Krakowie. Autorka m.in. książki Najdroższa. Podwójne życie Damy z gronostajem (2019).

Smutek mistrzyni

Boznańska jest chyba najpopularniejszą polską artystką. Namalowała ponad 800 obrazów, poświęcono jej wiele wystaw i książek. Kim była naprawdę? Zgorzkniałą starą panną, dziwaczką i ekscentryczką żyjącą wśród myszy i innych zwierząt? A może genialną i pewną siebie artystką, uroczą i towarzyską damą?

Olga Boznańska, choć była już w okresie swej starości, stanowiła milczące tajemnicze zjawisko bardzo interesujące na tle ogromnego a ponurego atelier, zawalonego ramami, szkicami i zaczętymi płótnami, między którymi przemykały się oswojone białe myszki. Niedaleko od okna stały główne sztalugi, na których od wielu tygodni Boznańska wykończała jakąś nature mort. W niebieskim kitlu zapiętym pod szyję, o woskowej cerze, uduchowionych rysach, wyglądała niby posąg wyjęty na chwilę z ciemności piramidy. Głęboko zapadłe, silnie zapigmentowane czarne oczy jarzyły się ukrytą satyrą. Wieczny papieros w pasemkach ust, na głowie olbrzymi, sinoczarny wał włosów wysoko w kok zaczesanych. Malowała powoli, a portrety robiła wprost latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, schudł, musiał pozować, chciał czy nie chciał, chyba że umarł”.

Tak o Oldze Boznańskiej nie bez złośliwości pisała młodsza o 26 lat Zofia Stryjeńska. Obie pochodziły z Krakowa, obie ciężko pracowały na sukces. Stryjeńska przyjechała na kilka miesięcy do Paryża i poznała Boznańską w jej pracowni prawdopodobnie w 1920 r. Miała wtedy 29 lat, w Polsce zdobywała uznanie, namaszczano ją na „polskiego malarza rzeczy polskich”, 55-letnia Boznańska wydała jej się staruszką, ekscentryczką i dziwaczką. Ale wówczas to autorka Dziewczynki z chryzantemami odnosiła największe sukcesy w Europie i Ameryce, zdobywała międzynarodowe medale i nagrody, zbierała pochwały wymagających krytyków, jak Apollinaire, wystawiała na całym świecie, m.in. na salonach paryskich i na Biennale Sztuki w Wenecji, w towarzystwie takich artystów jak Monet, Vuillard, Bonnard, Cézanne, Gauguin, van Gogh, Pissarro, Toulouse-Lautrec. Rząd francuski kupił jej prace do państwowych muzeów, pisały o niej niemal wszystkie francuskie czasopisma. Berliński „Bazaar” zaliczył ją do 12 najlepszych malarek w Europie. Była cenioną i rozchwytywaną portrecistką.

Kiedy Boznańska miała tyle lat co Stryjeńska w chwili ich spotkania, była wytworną, pełną wdzięku, otwartą, towarzyską, modnie ubierającą się kobietą.

„Ujrzałem drobną, zgrabną postać, z małą główką, pięknie rzeźbionym profilem, zwiniętymi w węzeł włosami. Jej pełne blasku oczy spoczęły pytająco na mnie” – opisywał spotkanie z 29-letnią Olgą pewien Polak. Co ją tak zmieniło? Brak rodzinnego szczęścia – jak chcą jedni? Czy też coś, co stało się jeszcze w dzieciństwie i odcisnęło na późniejszym życiu artystki? Niektórzy sugerują, że była molestowana przez ojca. „Wydaje się, że obyczajowość tamtej epoki zamknęła usta uczestnikom wydarzeń” – pisze Joanna Sosnowska, historyczka sztuki w książce Poza kanonem. Sztuka polskich artystek 1880–1939.

Z Krakowa do Monachium

Na fotografii wykonanej w 1872 r. stoją: 36-letni Adam Gustaw Nowina Boznański, inżynier kolejowy i rzeczoznawca nieruchomości, 40-letnia Eugenie Mondant, Francuzka, dyplomowana nauczycielka, oraz ich 7-letnia córka Olga. Na fotelu siedzi młodsze dziecko – 4-letnia Iza. W tej rodzinie nie ma czułości, dotyku, kontaktu wzrokowego. Dorośli są poważni, zdystansowani, dziewczynki – smutne, zamknięte w sobie.

Olga, pod okiem matki, zręcznej rysowniczki, osoby egzaltowanej i głęboko wierzącej, rysuje od 6. roku życia. Kiedy ma 13 lat, ojciec, „głęboko kulturalny” (tak go nazywa Franciszek Ksawery Pusłowski), zabiera rodzinę na Wystawę Światową do Paryża, trzy lata później zwiedzą Światową Wystawę w Wiedniu. Tam Olga zetknie się z Infantkami Velazqueza, które zrobią na niej hipnotyczne wrażenie.

– Olgę Boznańską ukształtował jednak przede wszystkim Kraków. Właściwie była samoukiem – mówi Ewa Bobrowska, kuratorka wielkiej wystawy Olga Boznańska, która była prezentowana w 2014 r. w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Olgę kształcił w domu m.in. uczeń Matejki Kazimierz Pochwalski. Podobnie jak inne kobiety, nie mogła w tamtym czasie studiować w Szkole Sztuk Pięknych, więc uczyła się na Wydziale Artystycznym Wyższych Kursów dla Kobiet im. Adriana Baranieckiego w Krakowie.

Od początku lepiej malowała, niż rysowała.

– Matka ją zachęcała do pracy, a ojciec zdecydował o dalszej nauce w Monachium. Nie wierzę w historię z molestowaniem. Olga miała wyjątkowe oparcie w rodzicach, dumnych z córek, poszerzających ich horyzonty. Ojciec był wręcz zakochany w córkach, stanowiły cel jego życia, utrzymywał kilka domów (Olgę w Monachium i Paryżu, Izę w Genewie i Paryżu), zabiegał o nagrody dla Olgi, używając swoich wpływów, załatwiał wystawy, dysponował jej obrazami. Nie wiemy, jakie były stosunki między rodzicami. Są przypuszczenia, że matka nie mówiła po polsku i dlatego Olga nie bywała w odpowiednim dla niej towarzystwie. Nie przekonuje mnie to. Wyjeżdżając z Krakowa, miała ok. 20 lat i umiała stosunkowo dużo: nauczyła się malować, opanowała podstawy rysunku. Znała języki obce: z siostrą korespondowała po angielsku, z matką – po francusku, niemieckim posługiwała się z  dużą wprawą, mówiła nawet po włosku. To, że ojciec puścił ją samą do Monachium, Paryża, jest niebywałe! I jeszcze ją wspierał, wierzył, że jest wielką artystką – mówi Ewa Bobrowska. W 1990 r. zrobiła wystawę Boznańskiej w Bibliotece Polskiej w Paryżu z okazji 50-lecia śmierci artystki. Od tamtej pory nie przestała się zajmować Boznańską. – Jestem nią opętana, podziwiam jakość jej twórczości. Chcę wydobyć ją z mitu samotnej starej panny otoczonej myszami w zagraconej pracowni. To wszystko jest prawdą, jednak nie do tego sprowadza się bycie artystką. Ta krucha wątła panieneczka przyjechała do Monachium, pozdobywała medale. Gdy doszła do wniosku, że Monachium jest dla niej zbyt małe, pojechała do Paryża. Dla mnie rozczulająca jest jej konsekwencja w realizacji projektu życiowego, jakim było zostanie wielkim artystą – opowiada.

Niektórzy badacze nieco inaczej postrzegają rodzinne związki Boznańskiej. Od dziecka poważna, skupiona, wyniosła z domu „nalot melancholii”, dziedzicznej choroby Boznańskich: już wtedy u matki rozpoznano początki gruźlicy, zaczęły się problemy z Izą. Matka była nadopiekuńcza i izolowała córki od rówieśników, a Olga lubiła się stroić (widać to na fotografiach z jej młodości) i chciała się bawić. Skarżyła się przyjaciółkom na brak rozrywek. Nic dziwnego, że chciała się wyrwać z domu. Ojciec twierdził, że Paryż jest demoralizujący, ale zgodził się na Monachium, które było stolicą ówczesnej artystycznej Europy, „Atenami sztuki”, jak je nazwał Maksymilian Gierymski. Przewinęli się przez nie Axentowicz, Ajdukiewicz, Chełmoński, Fałat, Aleksander i Maksymilian Gierymscy, Grottger, Juliusz i Wojciech Kossakowie, Malczewski, Matejko, Siemiradzki. Boznański znał i cenił Brandta i Wierusz-Kowalskiego. Jeździł do Monachium naradzać się z nimi w kwestii edukacji córki.

Wstęp na Akademię Sztuk Pięknych w Monachium był dla kobiet zamknięty, lecz pozostawały szkoły prywatne.

W roku 1886 Olga wyjeżdża do stolicy Bawarii (ma tyle lat co jej matka, gdy opuściła Francję dla Krakowa) i z przerwami na podróże zostanie tam do 1897 r. Uczy się najpierw w pracowni Carla Kricheldorfa (jest starszy od niej zaledwie o dwa lata!), potem przenosi się na kilka miesięcy do prywatnej szkoły Wilhelma Dürra.

Pisze, że żyła wtedy w ciągłej ekstazie. Na jednym ze zdjęć, pozując w japońskim kimonie i z parasolką, wygląda jak dziecko, na innym – z koleżankami, śliczna i uśmiechnięta, trzyma w palcach papierosa. W 1889 r. Brandt mówi, że Olga dojrzała do podjęcia własnej twórczości. Zaprzestaje dalszej nauki. Wynajmuje własną pracownię (wcześniej miała wspólne lokum z niemiecką malarką Hedwig Weiss), mieszka w pensjonacie z wiktem i opierunkiem. Matce się zwierza, przed ojcem zaś musi się tłumaczyć, to on dba o jej rachunki, sprzedaż obrazów, wakacje.

„Jednego dnia skończyło się moje Monachium. Ojciec kazał wracać do Krakowa. Mówił, że nie ma pieniędzy, żeby nas, to jest Izię i mnie, trzymać za granicą. Płakałam wtedy całymi nocami, ale musiałam pogodzić się, wróciłam do Krakowa i wtedy ojciec wynajął mi pracownię na Smoleńsk. (…) Czy znałam jakichś malarzy w Krakowie? Nikogo. Ojciec nie lubił komitywy córek z mężczyznami (…)” – powie po latach. Siostry Boznańskie musiały ojca prosić o pozwolenia na wycieczki, usprawiedliwiać się  z zajęć, planów, zakupów. Mimo to Olga miała w Monachium swobodę. Obracała się wśród Polaków, przyjaźniła z Amerykankami i Niemkami. Jest trochę nieśmiała, ale lubiana, ma wdzięk i dystynkcję damy, lubi jeździć konno, prawdopodobnie gra na gitarze, bywa na koncertach, balach, maskaradach. Potrafi w swoich pracowniach stworzyć klimat, który przyciąga tłumy. Ma gości każdego dnia, po kilka godzin maluje. Na autoportrecie z tego czasu wygląda poważnie i dojrzale. Patrzy z góry świadoma swoich umiejętności.

Bezcielesne portrety

Czy to tam, w Monachium, z dala od domu, artystka zaczyna przepracowywać dziecięce traumy? Obdarza modeli własnymi przeżyciami? Zdaniem Sosnowskiej ich śladem jest kilka przejmujących portretów dziewczynek namalowanych w tym okresie. Chodzi o Dziewczynkę z chryzantemami, Imieniny babuni, Dziewczynkę ze słonecznikiem, Dziewczynkę w ogrodzie, Dziewczynkę na tle muruW pracowni. „We wszystkich tych obrazach wyczuwalne są smutek i lęk. Dziewczynki patrzą oczami bez uśmiechu, w których czai się niepokój, lub twarz ich jest niewidoczna, sposób ujęcia postaci wskazuje na osamotnienie czy rezygnację. Najbardziej zastanawiający jest ostatni z wymienionych obrazów. W ciemnym wnętrzu stoi oparta o otwarte drzwi mała dziewczynka w ciemnej sukience z białym żabocikiem i czerwoną przepaską w rozpuszczonych, ciemnych włosach. Ręce ma założone za siebie. Dziewczynka stoi w drzwiach, wyraźnie zatrzymała się, bada spojrzeniem przestrzeń przed sobą – pokój zastawiony obrazami, nie weszła jeszcze w pełni do świata sztuki, może waha się, czeka, narasta w niej smutek i niepokój. Czy jest to pracownia Boznańskiej? Zapewne tak, sugeruje to obraz widoczny z lewej strony. Kim jest dziewczynka, nie wiadomo. Czy jest nią sama artystka, która nigdy nie stała się kobietą? Obok tej umownie określonej tajemnicy kryjącej się w życiu i sztuce artystki jest jeszcze z nią związany lub z niej wynikający pewien szczególny rys tego malarstwa, charakteryzujący całą dojrzałą twórczość Boznańskiej. Jest nim »brak ciała«. (…) Brak w jej obrazach ciała w miejscach, gdzie zgodnie z konwencją powinno się ono – obnażone lub okryte – pojawić” – pisze Joanna Sosnowska.

Wizerunki dziewczynek niepokoiły już współczesnych Boznańskiej, choć interpretowano je inaczej.

Znany krytyk William Ritter w „Gazette des Beaux-Arts” pisał o Dziewczynce z chryzantemami: „Stworzyła ona właśnie, w portrecie jasnej dziewczynki o dziwnych niepokojących oczach, jakby kroplach atramentu, które zdają się wylewać na chorobliwie bladą twarz, współczesny ideał postaci Maeterlincka. Jest to dziecko enigmatyczne, które doprowadza do szaleństwa tych, co mu się zanadto przypatrują. Melizanda ma sześć lat i urodziła się w arystokratycznej rodzinie w jakimś wielkim współczesnym mieście – taka wydaje się ta przerażająca dziewczynka, tak jasna i biała, że budzi dreszcz”.

Bezcielesność, widmowość portretowanych przez Boznańską osób tłumaczono skupieniem się na ich psychice. Jednak zdaniem Sosnowskiej sposób przedstawiania ciała więcej mówi o autorce niż o obrazowanym modelu. Strój ukrywa ciała modeli, odkształca je. Sama Boznańska też się odcieleśniała, w miarę upływu czasu coraz bardziej rezygnując z kobiecości. Na zdjęciach i autoportretach widać tylko twarze i ręce. Ciało ukrywała w zapiętych pod samą szyję długich sukniach, pod pelerynami i nakryciami głów, twarz chowała pod grubą warstwą makijażu: bieli policzki, czerni brwi, usta podkreśla krwistą czerwienią. Ciekawe, że Olga tylko podczas studiów tworzyła szkice męskich aktów i tylko w młodości namalowała nagie modelki.

W 1894 r. na III Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wiedniu portret Boznańskiej przedstawiający artystę Pawła Nauena nagrodzono złotym medalem. Ten obraz stał się przełomowym dziełem w historii polskiego portretu modernistycznego, jednym z najważniejszych w twórczości artystki.

Przede wszystkim uderzają w nim twarz i dłonie. Resztę ciała osłania ciemne ubranie z wysoko podniesionym kołnierzem, które odgradza go od widza.

Jeden z krytyków monachijskich nazwał modela „dekadentem”, przykładem człowieka „schyłkowego”. Nauen oskarżył go o zniesławienie: dowodem w sądzie był portret. Recenzenta skazano i sąd zakazał od tamtej pory krytykować żyjących modeli.

Malarz Alfons Karpiński, który długo znał Boznańską, uważa, że ona z Nauenem flirtowała. Podobno pomysł portretu zrodził się po balu, gdy Nauen odprowadzał ją do pracowni i usiadł z filiżanką kawy, tak jak przyszedł, w płaszczu z podniesionym kołnierzem. Nieco inaczej po latach wspomina to Olga: „Pamiętam, było to we środę rano. Deszcz mżył, taki kapuśniaczek monachijski. Otwierają się drzwi i wchodzi z podniesionym kołnierzem wykwintny Nauen. To był mój obraz! »Niech pan tak zostanie«. Posadziłam go na kanapie w kwiaty, włożyłam do ręki filiżankę i zaczęłam malować”.

Malarz i pisarz Józef Czapski w roku 1978 we wspomnieniu o Boznańskiej napisze: „W czasie kiedy ją jeszcze spotykałem, zawsze się o tym mówiło, że ona się kochała w Niemcu, swoim profesorze Nauenie z Monachium, i że oni się mieli pobrać. Ona miała wszystko, była przecież bardzo próżna, bardzo strojnie się ubierała, suknie miała wybrane, wszystko przygotowane, miał być ślub i nagle on… umarł. Od tego czasu całe życie chodziła w sukniach sprzed 30 lat, co wyglądało nieprawdopodobnie. Mówiono o tym, że to taka jej wierność. Czy to prawda? Nie wiem”.

Chyba jednak to nieprawda. Nauen zmarł dopiero w 1932 r., a Boznańska zamknęła się w przeszłości później, niż pisze Czapski, ok. roku 1900. To wówczas jej czas i sposób ubierania się stanęły w miejscu.

Olga podawała sprzeczne informacje nie tylko na temat Nauena.

Może to był jej sposób na ochronę prywatności? Helena Blum, historyczka sztuki, kuratorka pierwszej monograficznej wystawy prac artystki i autorka monografii Olga Boznańska, poznała malarkę osobiście i podkreśla jej dyskrecję, pozwalającą sprawy osobiste zachowywać dla siebie. Nie dowiemy się więc, dlaczego Nauen zwrócił jej portret, który mu prawdopodobnie podarowała, a portret Olgi, który sam malował, zniszczył, zanim go skończył.

Prosiaczek i Maleństwo

Olga budziła w mężczyznach silne uczucia, lubiła flirtować, była zalotna i kokieteryjna. Fascynowały ich jej wdzięk, osobowość, samodzielność, talent, wrażliwość, melancholijność połączona z otwartością.

Mimo że łączono ją z różnymi adoratorami, miłością Olgi był tylko Józef Czajkowski. „Prosiaczek” – tak nazywała go przyjaciółka Boznańskiej z powodu jego wcześniejszego romansowego trybu życia. Poznają się w 1891 r. Olga wzmiankuje o nim w liście do ojca dopiero trzy lata później. Bliższa zażyłość między nimi trwała w latach 1895–1896, potem on wrócił do Krakowa. Ukrywali jakiś czas zaręczyny. Olga ma 30 lat (choć zawsze będzie sobie odejmować 5 lat) i wystawia w Monachium, Krakowie, Pradze, Warszawie, Berlinie, Wiedniu, piszą o niej i mówią na salonach. On ma 23 lata, jest zdolny, znerwicowany, brak mu pewności siebie. Boznański był przeciwny Czajkowskiemu, nie przypuszczał, że w przyszłości stanie się on ojcem polskiego designu, malarzem, architektem, pedagogiem, współautorem projektu Muzeum Techniczno-Przemysłowego w Krakowie oraz zdobywcą złotego medalu za projekt polskiego pawilonu na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu w 1925 r.

Boznańska postawiła ojca przed faktem dokonanym i zaręczyła się z Czajkowskim. Tylko dlaczego nie zdecydowała się na małżeństwo? Czajkowski nie został za granicą, po studiach musiał wrócić do Krakowa, pracował w biurze architektonicznym Stryjeńskiego i Hendla. Niemal codziennie pisał listy do Złotego Maleństwa, kochanej Okruszyny. Mogłaby pojechać do niego – w 1896 r. Julian Fałat zaproponował jej objęcie katedry malarstwa na wydziale dla kobiet w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Odstraszyło ją towarzystwo. Kategorycznie odmówiła. Tłumaczyła się ojcu: „Tatuś nie ma wyobrażenia, do jakiego stopnia ludzie w Krakowie są mi antypatyczni. Gdybym musiała z obowiązku być w Krakowie, byłoby mi smutno pewnie. (…) ja nie czuję i nie czułam się zobowiązana poświęcać swego malarstwa i siebie samej dla kilku głupich panien, które z braku innego zajęcia brałyby się na kilka miesięcy do sztuki. Na to jest mi mój zawód zanadto poważny. Tatuś wie, że to moje szczęście, że innego nie pragnę na świecie, i w chwili kiedy nie będę mogła więcej malować, powinnam przestać żyć”. To ostatnie zdanie jest chyba odpowiedzią na pytanie, dlaczego Olga nie poślubiła Czajkowskiego.

Powrotem do Krakowa potwierdziłaby obiegową opinię, że „malarki to są żony dla malarzy”.

Jeszcze w 1898 r….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie