Subskrybuj
Ilustracja: Agnieszka Wrzosek

Trzy życia

Fragment nowej powieści Anny Kańtoch

– Twierdzi pan, że Marcin Breś skrzywdził w jakiś sposób pana syna?

– Nie, to nie do końca tak… – Mężczyzna, który przedstawił się jako Łukasz Dębski, zaczął się plątać.

Aspirant Jakub Wójcik widywał to już wcześniej: ludzie wchodzili na komendę butnym krokiem, sądząc, że doskonale wiedzą, co chcą powiedzieć, a potem, w miarę jak wypełniały się kolejne rubryczki w oficjalnym zawiadomieniu, pewność siebie stopniowo z nich ulatywała, aż zostawało tylko zdenerwowanie.

– Nie wydaje mi się… To porządny facet i nie sądzę, żeby mógł naprawdę komuś zaszkodzić. To pewnie jakieś nieporozumienie. Ale on przychodzi pod nasz dom…

– Marcin Breś?

– Tak, Marcin Breś.

– Groził komuś?

– Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu stoi i patrzy w okna. Moją żonę to denerwuje.

– Pana nie?

– Nie aż tak bardzo. Ten dom należał kiedyś do rodziców Bresia, on i jego rodzeństwo mieszkali tam jako dzieci. Dla mnie to dosyć naturalne, że człowiek chciałby sobie czasem popatrzeć na miejsce, w którym się wychował. Ale rozumiem też moją żonę, bo Breś, powiedzmy szczerze, trochę przesadza. Odkąd jakiś rok temu sprowadził się z powrotem do Radziechów, przychodzi raz albo kilka razy w tygodniu. Ostatnio nawet częściej. Może w takim razie mógłby pan z nim porozmawiać? Wie pan, tak bez oficjalnego zawiadomienia i żadnych papierków.

– Oczekuje pan, że pojadę do niego i powiem mu, żeby przestał wystawać pod waszym domem?

Dębski poruszył się niespokojnie. Biedny facet, pomyślał aspirant. Jeden z tych, którzy najchętniej każdego by zadowolili.

– Nie chciałbym mu robić problemów. Ten człowiek i tak już nie miał łatwego życia. Pan zresztą pewnie o tym wie.

– O czym wiem?

Przez twarz Dębskiego przemknęło zdziwienie.

– Musiał pan przecież słyszeć o zaginięciu jego rodziców w 1995 roku. Któregoś dnia w październiku zabrali trójkę dzieci do lasu, kazali im się tam bawić w chowanego, a sami zniknęli. Nikt już ich nigdy więcej nie widział.

***– Nie do lasu – poprawiła podkomisarz Urszula Gwóźdź, gdy godzinę później zagadnął ją o rodzinę Bresiów – tylko do bunkra Waligóra w Węgierskiej Górce. Naprawdę nie słyszałeś o tej historii? – Coś mi się obiło o uszy – przyznał. – Ale przecież wiesz, że… – Nie jesteś stąd, jasne. Jakub uśmiechnął się lekko. Urodził się w stolicy i jego rodzice, warszawiacy od pokoleń, do dziś nie mogli się pogodzić z tym, że ich jedyny syn wybrał karierę małomiasteczkowego policjanta, w dodatku gdzieś na południu kraju. „Nie jestem stąd” często przewijało się w jego rozmowach z szefową, która większość życia spędziła w Kotlinie Żywieckiej. Ta obcość czasem bywała zaletą, a czasem wadą. – Powiesz coś o tamtej sprawie? Gdy się poznali, podkomisarz zaproponowała, żeby mówili sobie po imieniu, i Jakubowi zajęło trochę czasu, nim zdołał się przełamać. Nie dlatego, że była od niego dwadzieścia kilka lat starsza – jego pokolenie, wychowane w internecie, nie miało z tym większego problemu – ale dlatego, że grubokoścista, wysoka kobieta przypominała mu trochę nielubianą nauczycielkę z podstawówki. – Możesz poprosić o dostęp do starych akt i poczytać – burknę?a, sypi?c do kubka nescaf?.?? S? w?archiwum w?prokuraturze. Aspirant czeka? cierpliwie, licz?c, ?e szefowa pr?dzej czy p??niej zacznie m?wi?. By?o p??ne popo?udnie, na dobr? spraw? powinien zbiera? si? do domu, lecz nikt tam na niego przecie? nie czeka?. Nie m?wi?c ju? o?tym, ?e nie chcia?o mu si? wychodzi? na t? paskudn? wczesnowiosenn? pogod?. Urszula Gw??d? te? by?a samotna?? jej m?? zmar? pi?? lat temu na raka?? i?w?takie spokojniejsze dni, gdy nie mieli akurat nic bardzo pilnego, zdarza?o jej si? opowiada? Jakubowi r??ne historie. Ze wszystkich os?b pracuj?cych na ?ywieckiej komendzie to jego lubi?a najbardziej. Koledzy nawet si? z?tego troch? pod?miewali. Na pocz?tku mu to przeszkadza?o, potem przesta? si? przejmowa?. On te? z?czasem nabra? do szefowej sympatii. Gdy woda w?czajniku si? zagotowa?a, podkomisarz zala?a kaw?, dosypa?a do niej ?mietanki w?proszku i?usiad?a naprzeciwko Jakuba. Krzes?o zatrzeszcza?o przy tym niepokoj?co?? z?ka?dym rokiem nabiera?a coraz wi?cej cia?a, zw?aszcza w?biodrach i?udach. ła, sypiąc do kubka nescafé. – Są w archiwum w prokuraturze. Aspirant czekał cierpliwie, licząc, że szefowa prędzej czy później zacznie mówić. Było późne popołudnie, na dobrą sprawę powinien zbierać się do domu, lecz nikt tam na niego przecież nie czekał. Nie mówiąc już o tym, że nie chciało mu się wychodzić na tę paskudną wczesnowiosenną pogodę. Urszula Gwóźdź też była samotna – jej mąż zmarł pięć lat temu na raka – i w takie spokojniejsze dni, gdy nie mieli akurat nic bardzo pilnego, zdarzało jej się opowiadać Jakubowi różne historie. Ze wszystkich osób pracujących na żywieckiej komendzie to jego lubiła najbardziej. Koledzy nawet się z tego trochę podśmiewali. Na początku mu to przeszkadzało, potem przestał się przejmować. On też z czasem nabrał do szefowej sympatii. Gdy woda w czajniku się zagotowała, podkomisarz zalała kawę, dosypała do niej śmietanki w proszku i usiadła naprzeciwko Jakuba. Krzesło zatrzeszczało przy tym niepokojąco – z każdym rokiem nabierała coraz więcej ciała, zwłaszcza w biodrach i udach. – No dobra, to posłuchaj. Jest sobie rodzina składająca się z pięciu osób: mama, tata i trójka dzieci, najstarsze ma dziewięć lat, średnie siedem, a najmłodsze dopiero dwa. Widzisz to? – Jasne – zgodził się grzecznie. – Mieszkają w Radziechowach i nie ma w nich nic niezwykłego, może poza tym, że wszyscy wydają się ponadprzeciętnie sprawni fizycznie. Wiesz, ten typ ludzi, którzy uwielbiają górskie wycieczki czy wyprawy rowerowe i nigdy nie usiedzą spokojnie na tyłku. On miał dwa sklepy spożywcze na początku lat dziewięćdziesiątych. Zanim w Polsce na wsiach pojawiły się te wszystkie Biedronki i Dino, dawało się na tym zbić niezłą kasę. Ona była nauczycielką wuefu, ale po urodzeniu pierwszego dziecka zrezygnowała z pracy. Żadnych wrogów, żadnych brudnych sekretów z przeszłości, z tego, co wiemy. – Powiedziałaś, że był bogaty – zwrócił jej uwagę. Po szybie jak połyskliwa szara kurtyna spływały kolejne fale deszczu, a kaloryfer grzał, ustawiony na maksimum, wysuszając powietrze. Jakub z trudem mógł uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu całkiem serio rozważał odwieszenie zimowej kurtki do szafy. – Bogaty jak na miejscowe warunki, owszem, choć do milionera to mu było daleko. I zarabiając te pieniądze, nikomu na odcisk nie nadepnął. Po prostu miał trochę szczęścia, bo udało mu się wstrzelić we właściwy moment. Kogoś mogło to kłuć w oczy, jasne, jednak czy aż tak bardzo, żeby skrzywdzić Bresiów? Szczerze wątpię, chociaż oczywiście nie można tego wykluczyć. Zresztą mniejsza z tym, słuchaj dalej. Pewnego dnia w październiku, w sobotę, ta całkiem zwyczajna rodzina wybiera się obejrzeć ciężki schron bojowy w Węgierskiej Górce. Pogoda taka sobie, trochę kropi i jest zimno, jak to jesienią. Większość ludzi wolałaby zostać w domu przed telewizorem, no, ale Bresiowie to fanatycy spędzania czasu na świeżym powietrzu, więc powiedzmy, że akurat tamtego dnia zachciało im się wybrać na wycieczkę. W to jeszcze mogę uwierzyć. Dalej jednak zaczyna być coraz bardziej dziwnie. Jadą całą piątką do bunkra Waligóra, wysiadają, po czym rodzice mówią dzieciakom, żeby pobawiły się w lesie, a oni przygotują niespodziankę. Opatuleni w kurtki przeciwdeszczowe mali Bresiowie gonią się między drzewami. Nie wiadomo, jak długo to trwa – zakładam, że nie dłużej niż pół godziny, bo dzieci szybko się nudzą, zwłaszcza dwulatki. Zaczynają szukać rodziców, a tych nigdzie nie ma. Samochód stoi, jak stał, ale mama i tata zniknęli. Mały zaczyna płakać, starsi czują się coraz bardziej nieswojo. W końcu dziewięciolatek wpada na myśl, że trzeba poszukać pomocy. Na szczęście byli tam już wcześniej z rodzicami i pamiętał drogę z powrotem. No więc ruszyli do centrum wsi całą trójką, trzymając się za ręce. Zatrzymali się przy pierwszym z brzegu sklepie, który akurat okazał się otwarty, weszli do środka i opowiedzieli, co się stało, a sprzedawczyni wezwała policję. Wszyscy wtedy sądzili, że to jakaś pomyłka, że to nie rodzice zgubili się dzieciom, tylko odwrotnie: dzieciaki gdzieś odeszły i rodzice ich teraz szukają. Funkcjonariusz, który tamtego dnia pełnił służbę, pojechał do bunkra pewny, że znajdzie tam Bresiów, ale zastał tylko pusty samochód. Przez jakiś czas rozglądał się po okolicy, potem doszedł do wniosku, że może dzieci przyjechały tu z kimś innym, kto z jakiegoś powodu je porzucił, i postanowił sprawdzić w domu. Dwójka starszych dzieciaków na szczęście nie miała problemu z podaniem adresu. Dom okazał się otwarty, w środku nikogo nie było, torebka matki leżała na stoliczku w przedpokoju, a w niej cała zawartość: portmonetka z pieniędzmi, dowód osobisty, paczka chusteczek higienicznych, szminka, puder i jeszcze parę drobiazgów. Dokumenty i portfel ojca znalazły się parę dni później w szufladzie w sypialni, gdy policja porządnie przeszukała dom. Przy łóżku na nocnym stoliku leżało opakowanie leków. Monika Breś miała jakąś niegroźną infekcję i parę dni wcześniej lekarz przepisał jej antybiotyk, który miała brać dwa razy dziennie. Brakowało ośmiu tabletek, co znaczy, że wzięła wszystkie aż do piątkowego wieczora, lecz sobotniej porannej już nie. Dlaczego o niej zapomniała, nie wiadomo. Było zresztą więcej oznak świadczących o tym, że w pewnym momencie wydarzyło się coś, co zaburzyło rutynę tego domu. Mirosław Breś biegał codziennie rano, ale jego strój sportowy wciąż wisiał w łazience razem z resztą suchego już prania, a na butach nie było śladów błota, które musiałoby zostać na podeszwach, gdyby wyszedł w taką pogodę. Dzieciaki powiedziały też, że w sobotę na śniadanie zawsze jedli naleśniki – to był taki rodzinny zwyczaj – jednak tamtego dnia dostały tylko po kromce chleba z kremem czekoladowym. – Taką kromkę robi się szybciej niż naleśniki. – Tak to wygląda, prawda? Jakby w sobotę rano zdarzyło się coś, co sprawiło, że Bresiowie nagle zaczęli się bardzo śpieszyć. Ona zapomina wziąć antybiotyk, on odpuszcza sobie poranny jogging, dzieci zamiast naleśników dostają chleb z kremem czekoladowym. Potem wszyscy wychodzą, nie zamykają za sobą drzwi, pakują się do samochodu i jadą do bunkra Waligóra. O tej porze roku i przy takiej pogodzie nie ma tam żadnych ludzi, więc jeśli Bresiowie zamierzali się zajmować czymś nielegalnym, to mogli liczyć, że nie będzie żadnych świadków. – Z wyjątkiem trójki dzieci. Ta rozmowa wciągała Jakuba coraz bardziej. Nie marzył nigdy o rozwiązywaniu skomplikowanych zagadek…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zostaw alkohol, chodź tańczyć