Właściwie kiedy to się wszystko u mnie zaczęło – i od czego? Jak? Na pewno nie było żadnego przełomu, pojedynczego wydarzenia ani iluminacji o wadze katastrofy, po którym biografia pęka, a ów dzień czy owa straszliwa noc płonie już na zawsze w prywatnym kalendarzu wysokim, jasnym ogniem. Winienem raczej mówić o ciągu refleksji i doznań, zbyt ulotnych, by wnet się nimi przejąć, na tyle jednak regularnych, a w dodatku złowrogich, iż nie sposób ich zapomnieć, przyporządkować złudzeniu, roztkliwianiu się, emocjonalno-cielesnej hipochondrii, sprawkom przypadku. Dopiero po czasie zrozumiałem, że od kilku lat, może nawet więcej niż „kilku”, bo kilkunastu, zmagam się z naporem sił innych niż młodość, witalność, szczęście. Te wprawdzie nie zniknęły, ale jakby straciły na intensywności – wygazowały się, pomieszały z czymś niezdrowym i cierpkim. Mój rejs, to życie, nieubłaganie degradował się w dryf.
Niemniej spróbuję. Czy po raz pierwszy nie poczułem tego, tego czegoś, lodowatego powiewu, goryczy obwarzającej się w sercu i ustach, na koncercie Depeche Mode w Łodzi zimą 2010 r.? Bilet sprezentował mi Tomek, mój brat cioteczny, który wiedział, że w czasach liceum byłem gorliwym członkiem Zakonu Depeszów z wszelkimi tego akcesu konsekwencjami estetycznymi – grzywka wywinięta lokówką w skateparkową rampę, zgolone do skóry boki i potylica, obligatoryjna czarna garderoba, wieczorne murmuranda przy World In My Eyes i Policy of Truth, obracanie w głowie z przyjemnością słowa „industrial”. Oczekiwałem zatem wspólnej pokoleniowej ekstazy – syntezatorowej mszy ze wstawiennictwem bóstw z Basildonu – jednak zorientowałem się już po kilku pierwszych numerach, że uczestniczę w zlocie osób przed czterdziestką, w jakiejś formie grupowej rehabilitacji, rozbudzaniu dawno nieużywanych mięśni i emocji z odrętwienia zwanego dorosłością. Nie poczułem nic.
Coś obumarło, w części, lecz na dobre, albo ja, albo ta muzyka, albo my wszyscy, którzy na początku lat 90. słuchaliśmy z nabożnym, szczerym przejęciem „sto jedynki” i „wjolatora”.
Mam tego więcej. Pamiętam swoje przerażenie, gdy ujrzałem własne czarno-białe zdjęcie wykonane kilka lat temu do nowego dowodu osobistego. Kim jest ten człowiek? – zapytywałem, nie dowierzając, gdy tylko opuściłem zakład fotograficzny i zajrzałem do tekturowej białej kopertki. Ten nieatrakcyjny, podtatusiały mężczyzna z lekko opadłymi już powiekami, zmęczony, tęgi, spuchły od zarwanych nocy, zbyt krótkich snów, napadów głodu, czarnowidztwa, apatii, kompulsywnej, jałowej nadaktywności. Czy to wizerunek z listu gończego? Czy może patrzę na portret kogoś zaginionego – jakiegoś Łukasza Najdera, który wyszedł z domu i dotąd nie powrócił? Dlaczego zawładnął mną taki akurat ciąg skojarzeń, bo tam, na rogu Gałczyńskiego i Staffa, pod burym niebem pandemicznego września, zawładnął i taki: zgon, nekrolog, pogrzeb, blaknący od słońca, deszczu i zanieczyszczeń przemysłowych medalion na płycie nagrobka?
Urolodzy i protetycy
Pamiętam też dzień, gdy po dekadzie od wyprowadzki do Zgierza zjawiłem się w rodzinnej okolicy na Chojnach w Łodzi. Jakbym stanął pośrodku wyręby, w miejscu po starodrzewie. Dokoła samochody, apartamentowce, dyskonty, żabki, między tymi obiektami ruiny tego, co było dekoracją mojego dzieciństwa i młodości – wzniesione jeszcze za cara, strupieszałe dzisiaj kamienice, zamknięte na głucho sklepiki o kilkudziesięcioletnim nieposzlakowanym rodowodzie kupieckim, wycięte monumentalne topole, uliczki obrócone w slums, ugory i trawniki zawalone parkingami. Albo kiedy z kolei do naszych faceckich rozmów wkradł się wątek urologów i protetyków, nie pamiętam. Pamiętam, że w pewnym momencie przestaliśmy toczyć spory o to, gdzie na mieście bawić się w piątek czy w sobotę, a potem nawet – czy. W rezultacie odpuściliśmy sobie i ciągłe droczenie się o to, która z poznanych tam dziewczyn jest piękniejsza, bardziej hot, najbardziej rokująca na stałe, a zaczęliśmy wzajemnie podpytywać się o zdrowie, asekurancko, bo z ironią i na pozorowanym luzie, informować się o terapiach, skuchach, dzielić problemami w pracy i związkach. Odnotowywaliśmy spadek testosteronu, przyrost wagi, natłok myśli i tegoż zjawiska przeciwieństwo – całe przedpołudnia lub wieczory z pustką w głowie, w pustce mieszczańskiego żyćka, drążeni przez fajnopolacką ennui.
Czy pamiętam pierwszy raz, gdy miast podać swój dokładny wiek, wiek ów uogólniłem przy użyciu „po”, „prawie”, „przed”, „powiedzmy”?
Za to pamiętam tamten skwarny letni dzień, gdy biegłem do mającej odjechać tuż kolejki ŁKA, dysząc i mozolnie podnosząc nogi, i na 20–30 m przed nią zupełnie się poddałem, bo opadłem z sił, skronie rozsadzało mi dudnienie, czułem, że jestem z waty, a zarazem łoju, gruzu, cielska. Maszynista wychylił się przez boczne okienko i rzucił, sam już dzisiaj nie wiem, litościwie, drwiąco, bez litości, „jedziesz?”.
Pamiętam, że koło czterdziestki włączyłem osobisty licznik i rachowałem nagle przy byle okazji, ile będę miał, albo będę mógł mieć, lat, kiedy mój syn zda maturę, ukończy studia, weźmie ślub, uczyni mnie dziadkiem. Pamiętam tę otrzeźwiającą autorefleksję na widok ładnej, młodej kobiety: „Człowieku, to by mogła być twoja córka, weź przestań”. Pamiętam szok, a prócz szoku – dławiący, przelotny strach, gdy dowiedziałem się, że umarł ktoś, kogo dobrze znałem, kto był moim rówieśnikiem, plus minus, klasę wyżej lub niżej. Pamiętam wiadomość o śmierci Davida Bowiego, Włodzimierza Smolarka, Andrew Fletchera, George’a Michaela, Luke’a Perry’ego z Beverly Hills, 90210. Pamiętam Tomka w trumnie, młodszego przecież ode mnie, jego woskowe dłonie, jego ciało z lodu.
Czym jest to, od czego sygnały odbierałem? Czego symptomem? Która centrala rozdziela te ukłucia i myśli, zniżki formy, górki uczuć, przykre konstatacje, że coś tu nie gra albo wręcz przeciwnie – ktoś lub coś ze mną pogrywa, ogrywa mnie? Nie umiałem i wciąż nie umiem rozsądzić, skąd brało się to moje samopoczucie, kiepskawe, pikujące, wznoszące się z trudem: wprost z mojej osoby czy spoza, czy była to kwestia fizjologii czy psychiki? I czym ostatecznie była, że tak porażała? Brutalnym zawężeniem możliwości i marzeń? Świadomością, iż życie, które mam jeszcze przed sobą, nie rozszczepia się już w deltę, ale nieodwołalnie i konsekwentnie redukuje się do postaci zabetonowanej rzeczułki, kanału z toczącym się syfem, którejś z odnóg Styksu? Koniec zatem młodości? Kiedy właściwie się to wszystko dopełniło – i czym? Co powinienem opłakiwać? Żałować tego, co się wtedy stało, czy tego, co się nie stało, choć stać się mogło, miało, powinno?
Piekło na dziesięć minut
„– Jack ma dziś urodziny.
Nikt się nie odezwał.
– Skończyłem trzydzieści lat.
– Witamy w Dolinie Śmierci – rzekł Lyle.
(…)
– Poczekaj, aż się zbliżysz do czterdziestki – powiedział Ethan. – Wtedy rozpętuje się piekło na jakieś dziesięć minut. A potem zaczynasz spokojnie się starzeć” (tłum. Michał Kłobukowski). To z Graczy Dona DeLillo. Starszy zaś o pokolenie od tego Jacka z Graczy Jack z Białego szumu, Jack Galdney, szef katedry hitlerologicznej, zafascynowany śmiercią i chaosem, tkwiący w oku cyklonu rodziny patchworkowej, oznajmia mężnie i z tkliwą rozpaczą: „Niektórych części ciała nie podsuwam już kobietom do nieskrępowanej zabawy” (tłum. Radosław Zubek).
U Johna Cheevera, Homera amerykańskich suburbiów, wejście w nową fazę życia – albo: stoczenie się do niej – miewa równie dramatyczny przebieg, bo oto np. większość dobiegających czterdziestki uczestników balu kostiumowego w opowiadaniu Żegnaj, bracie przebiera się w suknie ślubne i rynsztunki sportowe, „jak gdybyśmy pragnąc być pannami młodymi i futbolistami, obnażali fakt, iż odkąd zgasły w nas światła młodości, nie umiemy znaleźć sobie innych świateł, a pozbawieni wiary i zasad, staliśmy się głupi i żałośni” (tłum. Krzysztof Majer). Konfrontacja z beztroskimi młodziakami 40-letniego Casha Bentleya z opowiadania Ach, młodość i uroda sprowadza na niego gradobicie melancholii, otwiera pod nim dół zwątpienia i beznadziei, uświadamia istnienie, precyzyjniej: zaistnienie, przepaści czy ściany grodzącej jego od nich – „Cash nie rozumie, co oddziela go od tych dzieciaków w sąsiednim ogrodzie. Był młodym człowiekiem. Był bohaterem. Był uwielbiany, szczęśliwy i pełen zwierzęcego zapału, a teraz stoi w ciemnej kuchni, odarty ze sprawności fizycznej, ze swej impulsywności, z urody – ze wszystkiego, co ma dla niego jakąkolwiek wartość. Te postaci w ogrodzie obok wydają mu się widmami z jakiejś dawnej balangi, na której pozostały wszystkie jego gusta, wszystkie pragnienia, lecz jego samego bezlitośnie stamtąd wyrzucono. Czuje się jak duch letniej nocy. Jest chory z utęsknienia” (tłum. Krzysztof Majer). Lecz pożegnanie z młodością to nie sam organizm, który raptem szwankuje bądź wzbiera od czarnej żółci, ale i ciało społeczne w słabszej o wiele pozycji na planszy zawodowej. Dlatego narrator Żegnaj, bracie stwierdza nie bez żalu: „Mam już za sobą wiek, w którym mógłbym spodziewać się awansu na dyrektora” (tłum. Krzysztof Majer).
Rewersem bohaterów cheeverowskich są bohaterowie opowiadań George’a Saundersa, ci z tomów Sielanki, 10 grudnia, Dzień wyzwolenia, którzy wprawdzie nie chadzają na wyrafinowane cocktail parties, a ich konsumpcjonizm to raczej kompulsja niż patriotyzm i kult, ale wielu spośród nich zostało sportretowanych w momencie gorzkiego objawienia – albo zaraz po nim – kiedy zrozumieli, że innego życia jak to właśnie, 40-letnie, 50-letnie nie będzie. Wiedzą już, iż utknęli na zawsze w gównopracach, na zadupiu, między zasiłkiem a zasiłkiem, w domu z pokołowaną matką lub siostrą i jej dziećmi, w byciu przegrywem – rozwodnikiem, właścicielem marniejącej firemki, popychadłem w korpo, starzejącym się dziwakiem.
Ona z duchami
Tak, być może to to. Ubytki w…