Subskrybuj
Ilustracja: Zuzanna Karczewska
Koreański pisarz. Jego anglojęzyczna powieść, której fragment prezentujemy, dziewięć razy trafiała do dodruku i znalazła się również na longliście nagrody International Booker Prize

Kawałek karmazyna i smak wszechświata

Na szczęście mama dalej smacznie chrapała. Musiała zasnąć zaraz po obiedzie. Wszedłem po cichu i usiadłem obok.

Wraz z przedłużającym się pobytem w szpitalu w jej sali zbierało się coraz więcej rzeczy. Pojemniki z jedzeniem i owoce w lodówce, nożyk do obierania w szufladzie, torebka miętowych cukierków, mała ramka na stoliku obok łóżka. Na fotografii staliśmy obok siebie: dziesięcioletni ja i trzydziestoośmioletnia mama. Ona w czapce absolwentki opierała się o jakiś pomnik, a ja ubrany w dżinsowe ogrodniczki stałem obok z kwaśną miną. Na wszystkich zdjęciach z tamtego okresu jestem niezadowolony. Może po prostu urodziłem się z takim zjebanym charakterem. Obok ramki leżały dwie moje książki wydane w tym roku. Były przeznaczone dla odwiedzających – mama nigdy ich nie czytała, a wręcz obsesyjnie unikała wszystkiego, co kiedykolwiek napisałem. Tłumaczyła się potem, że ze względu na swój wiek nie widzi dobrze liter, ale doskonale wiedziałem, jaki był prawdziwy powód.

Kiedy miałem dziewiętnaście lat, wygrałem konkurs literacki zorganizowany przez gazetę uniwersytecką. Nagrodą było stypendium o wartości miliona wonów, a mój znajomy z roku, który pracował w redakcji jako stażysta, zdradził mi, że praktycznie nie ma konkurencji. Brakowało mi wtedy kasy na picie, więc napisałem opowiadanie o pięćdziesięciolatce z kompleksami na punkcie swojego słabego wykształcenia. Zdobyła więc dwa tytuły licencjata na studiach online, a potem wszystko, co miała, zainwestowała w edukację swojego dziecka. Była to wtedy najbliższa mi historia, którą mogłem spisać. Doceniono moje wnikliwe charakterystyki postaci i przyznano mi pierwsze miejsce. Mama skądś się o tym dowiedziała (zapewne z głównego źródła wszystkich plotek: kościoła) i dorwała pismo, w którym wydrukowano moje opowiadanie. Kolejne trzy noce przepłakała. „Nie mogę uwierzyć, że tak cię skrzywdziłam, że tak bardzo cię wykorzystałam…” Lamentowała tak głośno, że słyszałem to przez zamknięte drzwi. Krzyczałem, że to tylko opowiadanie, że wszystko jest zmyślone, ale nie docierało to do niej. Od tamtej pory nie ruszyła już niczego, co napisałem. Nawet leżących na podłodze zadań do szkoły i notatek.

– Myeonghui powiedziała, że spodobała jej się twoja książka. Kupuje wszystko, co napiszesz. Ona zawsze była najmądrzejsza z nas wszystkich. W końcu studiowała na Sookmyung. Powiedziała, że jak się czyta twoje teksty, to od razu widać, że wyrosłeś na porządnego człowieka.

Jeżeli przeczytała cokolwiek, co wydałem przez ostatnie trzy lata, to mogła tam trafić co najwyżej na bohaterów, którzy chlali, kradli, uprawiali nielegalny homoseksualny seks w wojsku, prostytuowali się i zdradzali na lewo i prawo – zatem czego ona się tam niby dopatrzyła? Jeszcze trochę takiej porządności, a zacznę mordować. Cóż, koleżanki mamy z kościoła zawsze wiedziały, jak się komuś podlizać.

Mama chrapnęła w charakterystyczny dla siebie sposób, po czym podniosła się i wyjaśniła, że nie mogła spać w nocy. Ziewnęła rozdzierająco i dodała, że przez ból, który odczuwa po chemioterapii, ma ostatnio duże problemy z zaśnięciem. Już dwie osoby, które dzieliły z nią pokój, przeniosły się do innej sali ze względu na jej nieznośne chrapanie. Skończyło się na tym, że już prawie od trzech miesięcy miała całą dwuosobową salę tylko dla siebie. Kiedy wcześniej mieszkały z nią współlokatorki, ciągle marudziła, że jej się to nie podoba, ale gdy w końcu została sama, zaczęła doprowadzać wszystkich do szału opowiadaniem – jak na prawdziwą chrześcijankę z czterdziestoletnim stażem przystało – jakichś szamańskich bzdur o bóstwach śmierci, które zakradną się nocą do jej pokoju i bez przeszkód zabiorą ją ze sobą.

– Mamo, obrać ci jabłko?

– Czuję gorzki smak w ustach. Daj mi jakiegoś cukierka.

Przez całe życie – aż do operacji – nie jadła słodyczy. A potem nagle zaczęła bez przerwy sięgać po miętowe cukierki. Był nawet czas, kiedy nie chciała wziąć do ust niczego oprócz nich, i trzeba była ją zmuszać, żeby wypluwała miętówki. Lekarze tłumaczyli mi, że to następstwo nieprawidłowego funkcjonowania jej układu trawiennego. Popsikałem łóżko i pościel odświeżaczem do tkanin, żeby zamaskować charakterystyczny szpitalny odór choroby.

Nie byłem zaskoczony, kiedy pięć miesięcy temu usłyszałem, że mama ma nawrót raka. Wiedziałem, że kiedyś to nastąpi, mimo że przez lata mieliśmy spokój. Byłem już zmęczony tym błędnym kołem bólu i ulgi – nic dobrego nigdy z tego nie wynikało. Przeszedłem już praktycznie wszystko, co mogą przeżywać najbliżsi osoby chorującej na nowotwór. Oprócz pogrzebu. Kto wie, może nadszedł czas, żeby przygotować się na to ostatnie doświadczenie?

*

Mijało sześć lat, od kiedy u mamy po raz pierwszy zdiagnozowano chorobę.

Miałem wtedy jakieś dwadzieścia pięć lat, pracowałem jako stażysta i stałem przed szansą zatrudnienia na pełny etat. Zaczynaliśmy pracę w dziesiątkę, a została z nas już jedynie trójka. Krążyła plotka, że tylko jedna osoba dostanie etat i że największe szanse mam ja, rodzynek w damskim gronie. Przydzielono mnie jako asystenta do zespołu badającego korelację pomiędzy poglądami politycznymi osób po pięćdziesiątce a ich stanem zdrowia. Moja praca polegała na wydzwanianiu do setek ludzi. Pewnego razu nieoczekiwanie to do mnie zaczęła wydzwaniać pewna kobieta po pięćdziesiątce o centroprawicowych poglądach, i to na mój prywatny numer. Jak gdyby nic odrzuciłem dwa kolejne połączenia, ale ona nie była z tych, które łatwo się poddają. Nie zostawiała mi wyboru – rozejrzałem się wokół, po czym oddzwoniłem do niej ze służbowego telefonu.

– Dzień dobry, dzwonię z…

– Mam raka! Macicy! Alleluja! – krzyknęła z radością mama.

Jej podekscytowanie pasowało do wygranej na loterii, a nie wykrycia nowotworu. Dwa tygodnie wcześniej przyśniło jej się, że ma w brzuchu azalię w pełnym rozkwicie, więc ruszyła do lekarza, tłumacząc, że ma złe przeczucia. Zdiagnozowano u niej zmiany nowotworowe w macicy. Miała w parafii kilka znajomych, które zajmowały się sprzedażą polis ubezpieczeniowych, i żeby utrzymać z nimi dobre relacje, wykupiła u nich pakiety. Już dzięki samej diagnozie miała teraz otrzymać ponad dwieście milionów wonów. Wystarczyłoby to, żeby spłacić praktycznie cały kredyt, który zaciągnęła na nasze mieszkanie w Jamsil. Mama wydawała się szczerze uszczęśliwiona, kiedy opowiadała mi, że ubezpieczenie pokryje również koszty operacji i że we dwójkę będziemy mogli się spokojnie utrzymać z czynszów, które dostajemy za wynajem dwóch lokali handlowych pod Seulem. Stwierdziła też, że skoro ona, jej matka i siostra miały raka, to i ja w którymś momencie na sto procent zachoruję, więc moglibyśmy jeszcze wykupić ze dwie takie polisy.

Kiedy złożyłem wypowiedzenie, mój przełożony zapytał:

– Znalazłeś sobie coś lepszego niż nasza firma?

Chciałem odpowiedzieć, że to nie tak, że to przez to, że samotnie wychowująca mnie matka ma nowotwór i nie ma nikogo innego, kto mógłby się nią zaopiekować, rezygnuję, ale nie przeszło mi to przez gardło. Mama ukrywała przed ludźmi absolutnie wszystko, nawet najbanalniejsze sprawy, bo jak twierdziła, były „żenujące”. Mimo że miała silny charakter, zdarzało jej się wstydzić najbardziej zaskakujących rzeczy, a jedną z nich była właśnie choroba. Klientom, z którymi znała się od dwudziestu lat, powiedziała, że w tym roku wybiera się na pielgrzymkę. Nie powiedziała też o chorobie żadnej z przyjaciółek ani nawet własnym siostrom. Nie wiedziałem, co w tym niby tak żenującego i po co ta cała zabawa z ukrywaniem, ale chcąc nie chcąc, pomagałem jej w utrzymaniu tajemnicy. Dlatego uśmiechnąłem się na siłę i zacząłem tłumaczyć przełożonemu, że zamierzam poświęcić się pisaniu. Wywód zwieńczyłem słowami, że to coś, o czym marzyłem przez całe życie.

– Warto mieć marzenia, ale nie zapominaj o jednej najważniejszej rzeczy: szansa jest jak pociąg. Jak już raz odjedzie z peronu, to więcej tam nie wróci.

Moją pierwszą przygodę z etatem zakończyła rozkmina nad tym, że chyba coś mu się pomieszało, bo przecież pociąg pojawia się na peronie codziennie o tej samej godzinie. Dwa tygodnie później mama leżała na stole operacyjnym w szpitalu na Gangnamie, który podobno słynął ze skutecznego operowania raka szyjki macicy. Prosiła lekarzy, żeby nie usypiali jej podczas zabiegu, i zarzekała się, że chce łączyć się w cierpieniu z Jezusem. Oprócz leczenia ginekologicznego zalecono jej też konsultację psychiatryczną (nareszcie!!!).

Na podstawie zdjęcia oceniono wstępnie, że guz będzie niewielki, ale kiedy ją otworzono, sprawa okazała się o wiele poważniejsza. Podejrzewano przerzuty do węzłów chłonnych, a do tego jej wątroba nie była w zbyt dobrej kondycji. Zawyrokowano, że potrzebne będzie długotrwałe, wieloetapowe leczenie. Po usunięciu macicy poddano ją radioterapii, ale komórki rakowe okazały się wytrwałe. Zapowiadała się długa i wyboista droga do zdrowia.

*

To mniej więcej wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Postanowiłem się zapisać na wykłady w akademii prowadzonej przez organizację zajmującą się prawami człowieka. Spośród niezliczonych kursów, które mieli w ofercie, zdecydowałem się na „filozofię uczuć”, ponieważ miałem wtedy ogromny problem z zapanowaniem nad swoimi emocjami. Nie tylko starałem się jak najlepiej zaliczyć angielski i zakuwać do egzaminów wstępnych do firm, żeby przygotować się do podjęcia pracy, ale musiałem też przez cały czas opiekować się mamą, między innymi chodzić z nią codziennie na spacery, które nie tyle wyprosiła, ile wręcz na mnie wymusiła. Spędzając całe dnie na zajmowaniu się osobą, której ciało i umysł cierpiały w równym stopniu, powoli sam czułem się coraz bardziej chory. Żeby uciec nieco od tego epicentrum mojego nieszczęścia zwanego mamą i choć trochę lepiej zrozumieć te wszystkie uczucia, które gotowały się we mnie parę razy dziennie, zapisałem się na cotygodniowe zajęcia w akademii. Wykłady były oparte głównie na Etyce Spinozy, a w ramach dodatkowych materiałów pojawiały się Światło obrazu oraz Fragmenty dyskursu miłosnegoRolanda Barthes’a. Ich głównym tematem była analiza ludzkich emocji przez rozbijanie ich na nanojednostki. Podczas pierwszego spotkania prowadzący – przedstawił się jako „niezależny filozof” – zaczął od tego, co robi większość nauczycieli, którzy do nauczania kompletnie się nie nadają: zmusił wszystkich słuchaczy, żeby coś o sobie powiedzieli. Jako że były to wykłady prowadzone przez organizację zajmującą się prawami człowieka, około połowy naszej piętnastoosobowej grupy stanowili działacze społeczni. Gdy się przedstawiali, podawali nazwy stowarzyszeń, do których należeli, przekonania polityczne oraz orientację seksualną (nie żeby ktoś o to pytał). Pan Jo Wiatr, pan James, pani Sally, pan Omójboże, pani Wichry Namiętności… Aktywiści przedstawiali się ksywkami i pseudonimami – często trudno było się domyślić, do czego mają się one odnosić. Kiedy ta część zajęć dobiegała końca,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei