Subskrybuj
Georgi Gospodinow fot. Mirco Toniolo/Rex/East News
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.

Botanika smutku

Być może tylko w rwany, poszarpany sposób można o żałobie opowiadać, być może w tym czasie nie potrafimy rozwijać długich wypowiedzi, ciągnąć gadania w nieskończoność. Lepszy jest fragment, ułamek historii, przebłysk pamięci.

W tajemniczej przypowieści Dom Asteriona Jorge Luisa Borgesa narratorem jest Minotaur, który nie czuje się więźniem. Jest raczej samotny i zagubiony, a na pewno czasami się nudzi. Wtedy wymyśla sobie zabawy: biega wśród kamiennych korytarzy, chowa się przed wyimaginowanym poszukiwaczem, udaje, że odwiedza go „drugi Asterion”. Nie potrafi czytać (czasami tego żałuje, gdyż „noce i dnie są długie”), przede wszystkim zaś ma coś z ducha sokratejskiego. „Nie interesuje mnie – wyznaje – to, co człowiek może przekazać innym ludziom; myślę, jak filozof, że nie ma rzeczy dających się przekazać za pomocą sztuki pisania” (tłum. A. Sobol-Jurczykowski). Georgi Gospodinow, dla którego opowieść o labiryncie i urodzonym przez Pasifae człowieku z głową byka należy do najważniejszych źródeł kulturowych, powiedziałby zapewne odwrotnie: nie istnieją rzeczy, których za pomocą sztuki pisania przekazać się nie da. W najnowszej książce próbuje opowiedzieć jedno z najtrudniejszych do zwerbalizowania doświadczeń – żałobę. W tym przypadku chodzi o żałobę po śmierci ojca.

Ogrodnik i śmierć to pierwsza po wyróżnionym Międzynarodową Nagrodą Bookera Schronie przeciwczasowym (wyd. pol. – 2022 r.) proza najbardziej znanego dzisiaj pisarza z Bułgarii.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że narracja funeralna to – w porównaniu do poprzednich książek autora Fizyki smutku – niepewny krok w zupełnie inną, „drugą” (jak powiedziałby Miłosz) przestrzeń. A jednak opowieść o zmarłym ojcu jest sublimacją całego wcześniejszego pisarstwa Gospodinowa, wszystkie ważne dla niego tematy – pamięć, czas, melancholia, dzieciństwo, przeszłość, pochwała codzienności spod znaku „małego życia” – są w Ogrodniku… obecne. Można spojrzeć na tę książkę jak na opowieść poddaną rygorom swoistej derywacji sufiksalnej, przywołującej – i w nieustannych odbiciach, rondach, echach powtarzającej – wszystko to, co jest rozpoznawczym znakiem prozatorskiej dykcji Gospodinowa. A jest to pisarz totalny, nieustannie poszukujący języków, które najlepiej oddawałyby płynną naturę późnej nowoczesności, najszerzej wchodziłyby w interakcje ze zmieniającymi się kontekstami, najściślej przylegałyby do rozpadającego się świata ostatnich trzech dekad.

Debiutował jako poeta w roku 1992 tomikiem Lapidarium, jako prozaik – siedem lat później Powieścią naturalną, historią o młodym pisarzu, który dowiaduje się, że jego żona urodzi za chwilę dziecko innego mężczyzny. Kolejne książki prozatorskie – zbiory opowiadań I inne historie (2001), I wszystko stało się księżycem (2013), Wszystkie nasze ciała (2018), eseje zebrane w tomie Niewidzialne kryzysy (2013) oraz powieści Fizyka smutku (2012) i Schron przeciwczasowy (2020) – pokazują spektakularną drogę od zapoznanego literaturoznawcy z Bałkanów do jednego z najważniejszych pisarzy europejskich. A pisał Gospodinow także dramaty, stworzył komiks i wyróżniony na festiwalu Sundance (w 2009 r.) scenariusz filmu. Prawdziwy eksplorator form i narracji, którego nie imają się sztywne granice między rodzajami literackimi, podręcznikowe wyznaczniki gatunków czy trwałe połączenia językowe. Bułgarski pisarz tworzy opowieści hybrydowe, które rozbijają wszystko, co uporządkowane, zastygłe w stereotypie, zamarłe w społecznej kliszy. Jego rozpoznawalna po jednym zdaniu proza przeplata się często z biografią pisarza, ale nie ma tu miejsca na zbyt ostentacyjną autofikcję – jeśli Gospodinow sięga do swojego życia, to tylko po to, by od razu zrobić unik, by idiomatyczne przeflancować w uniwersalne, by pojedynczy los pokazać jako potencjalne doświadczenie zbiorowe. Ogrodnika i śmierć ułożył pisarz z podobnych klocków, przy czym szerokokątny ogląd społeczno-polityczny, z którym mieliśmy do czynienia w Schronie przeciwczasowym, zamienił na radykalnie zawężoną perspektywę osobistą. W żadnym razie nie zrezygnował jednak z eksponowania literackości, która jest dla niego niezbywalną cechą każdej opowieści. Jeśli narracje ukonkretniają się w języku, zastrzega pisarz w kilkuzdaniowym wprowadzeniu do nowej prozy, stają się per se literaturą, ponieważ (jak dobrze wiemy) nasz język nie należy wyłącznie do nas. Pobrzmiewa w nim mnóstwo innych słowników, które nieświadomie wchłonęliśmy, dlatego status każdej opowieści – także tej, zdawałoby się, najbardziej prywatnej – jest zawsze pograniczny: należy do porządku zarówno rzeczywistości, jak i fikcji.

Magazyny kolejnych początków

„Już teraz muszę powiedzieć, że na końcu tej książki jej bohater umiera” – podobnie jak w poprzednich powieściach Gospodinowa (nie zapominajmy, że jest on także teoretykiem literatury), narrator Ogrodnika… wyraźnie, na samym początku, sygnalizuje literackość ewokowanej tu historii. Za chwilę dowiemy się, że narrator zapisuje przebieg wydarzeń w notesie, tam powstaje czytana przez nas opowieść, w której wszystko rozegra się pomiędzy ogrodnikiem a ogrodem, pomiędzy praktyką życia blisko ziemi a ostatecznym z nią połączeniem.

Ojciec narratora ma 79 lat i zajmuje się wielkim ogródkiem działkowym. Jest w nim „wszystko”: warzywa, owoce, kwiaty, drzewa. I grządki, które – tak jak w opowieściach – pozwalają przeskakiwać z jednej na drugą, od pomidorów do papryki, od jednego wątku do drugiego. To ulubiona metoda bułgarskiego pisarza, który nigdy nie tworzył historii linearnych, z tradycyjnie rozwijającą się chronologią, konwencjonalną fabułą. Chyba najlepiej zdefiniował tę metodologię narrator pierwszej powieści Gospodinowa: „Może wydarzyć się wiele rzeczy, jednak w tej Powieści z początków nic nie będzie opisane od początku do końca. Ona tylko będzie dawać pierwszy impuls, dyskretnie robić miejsce dla kolejnego początku i pozostawi bohaterów, aby mogli łączyć się na chybił trafił. Taką powieść nazwałbym Powieścią naturalną” (tłum. M. Hożewska). Powieści autora Schronu przeciwczasowego są umiejętnie skonstruowanymi magazynami kolejnych początków – czytając je, mamy wrażenie, że rozwój fabuły jest tylko jedną z możliwości, że równie dobrze mogłaby skręcić w przeciwną stronę, że poszczególne wątki tworzą chaotyczne kłącze, którego nie da się rozsupłać. O przypadkowości nie może być jednak mowy (co najwyżej o jej złudzeniu), bo pisarz trzyma wszystkie rejestry prozy żelaznym chwytem, nie pozwalając liniom narracyjnym rozpierzchnąć się w niezaplanowanym kierunku. Dlatego skomplikowane formalnie powieści Gospodinowa czyta się na jednym oddechu, odkrywając w nich coraz to nowsze korytarze, po których pewnie – jak po sznurku albo rozciągniętej przez Ariadnę nici – oprowadzają nas narratorzy.

Ogrodnik i śmierć także jest zbiorem fragmentów, przy czym to, co wcześniej było po prostu wyborem formy podawczej, w nowej książce Bułgara zyskuje dodatkowy wymiar egzystencjalny.

Być może tylko w ten rwany, poszarpany sposób można o żałobie opowiadać, być może w tym czasie nie potrafimy rozwijać długich wypowiedzi, ciągnąć gadania w nieskończoność.

Lepszy jest fragment, ułamek historii, przebłysk pamięci – jak zapamiętany gest, dobry wakacyjny dzień, popołudniowe światło. Albo jak szloch, którego nie da się powstrzymać, zdanie, które grzęźnie w gardle, przerwana gwałtownie opowieść. Cięcie, już, wystarczy; dyskurs żałobny często – jak u Barthes’a, Marcinów, Bieńczyka i wielu innych – zagęszcza się do mikrotekstu, zmierza do fragmentu, kondensuje się do zdania czy jednego wręcz słowa, które wypowiadane wielokrotnie, ustanawia jakiś widmowy rodzaj więzi ze zmarłym. „To nic takiego” – uspokajająca elipsa, którą wypowiadał często ojciec – powraca także jako mantra w ustach syna.

Bardziej o życiu

„Nic takiego”, ból w krzyżu, kogo nie bolały plecy. Zwłaszcza po całym dniu sadzenia, pielenia, podlewania, podwiązywania. Ale kiedyś zawsze okazuje się, że nie chodzi o zwykłe przemęczenie, że tym razem to jednak „coś innego”. Epikryza nie pozostawia wątpliwości: „nowotwór złośliwy o nieznanym umiejscowieniu”. Słowa stają się kliniką, ojciec staje się pacjentem, choroba odczłowiecza najpierw poprzez język. Od tego momentu rozpoczynają się dni ostatnie, wypełnione cierpieniem dogasanie, z którego wygnano figurę powtórzenia. Już nigdy więcej nie rozwiesi prania, nigdy więcej nie pójdzie do ogrodu, już nigdy nie pomacha z balkonu – ostatnie wejście po schodach, ostatnia lektura, wreszcie ostatnie słowa. Potem już tylko jęki, ból, ostatni oddech.

Opowieść o śmierci i ogrodniku pozbawiona jest u Gospodinowa gwałtownych emocji, o których czytamy czasami w narracjach pisanych po odejściu.

Ta historia chce być jednak bardziej o życiu, bo – jak w każdym dyskursie żałobnym – jej stawką jest próba zachowania siebie, poskładania rozbitej tożsamości, ponownej stabilizacji podmiotu.

Widzimy więc ojca niejako w lusterku wstecznym, zawracanego przez narratora do lat dzieciństwa, na tereny beztroski i do czasu określonego słowami: „gdy jeszcze jesteś nieśmiertelny, ból jeszcze nie nadszedł, a ciebie od śmierci dzielą lata, które dopiero zaczynają mijać” (tłum. M. Pytlak). Urodzony w bułgarskiej wsi, przed rozpoczęciem nauki wypasa woły. Potem, po podrośnięciu, idzie do technikum w mieście, gdzie w chwilach wolnych od nauki przemierzają z kumplami jesienne winnice albo szukają na dworcu porzuconych przez pociągi towarowe brykietów. Jest biednie i nudno, lecz pewnego dnia wydarza się cud prawdziwy: do miasta dociera film o koszykarzach z Harlemu. To wszystko zmienia, ojciec rozpoczyna treningi, ma wzrost i talent, jest pracowity. Po wyjściu z wojska otrzymuje powołanie do drużyny okręgowej, zapewnią mieszkanie i jedzenie, świat stanie wreszcie otworem. Ale rodzice się nie zgadzają, nasz bohater nigdzie nie jedzie, to nie był czas dla kontestatorów woli starszych, jedno możliwe życie „podkuliło ogon i czmychnęło”.

Przychodzi jednak drugie, bardzo powszednie, w którym pojawiają się żona, dwóch synów i pełna upokorzeń codzienność w komunistycznym reżimie, zastąpiona w latach 90. bezwzględną rzeczywistością dzikiego kapitalizmu. Los właściwy całemu pokoleniu – upadek dużych przedsiębiorstw, bezrobocie, porażki kolejnych biznesów życia: sprzedaży cebuli, hodowli kaczek lub jedwabników czy prowadzenia małego chlewika. Don Kichot wiejskiej przedsiębiorczości, mówi o ojcu narrator – i jest w tym jakaś czułość, która przenika wszystko, o czym się w Ogrodniku i śmierci opowiada. A potem jeszcze pierwszy nowotwór (gardła), z którym dzięki założonemu od zera ogrodowi udaje się wygrać i żyć kolejnych 17 lat. Ogród był innym życiem, miejscem, w którym odwieczny porządek rzeczy objawiał się poprzez obfite plony i bujność kwiatów, był swoistą spłatą długu za lata życia w smutnym miejscu i smutnym czasie. „On i ogród stawali się jednym, on go nie porzucał, ale i ogród miał go już nie puścić. Byli na siebie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem