Subskrybuj
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Urok szuflad i szufladek

Po kilku tygodniach oglądania ogłoszeń w internecie nieoczekiwanie natrafiłem na skarb, o jakim nawet nie śniłem. Była to „sekretera kapelusznika”. Mebel z czasów Caspara Davida Friedricha, esencja gustu niemieckiego mieszczaństwa. Zachwycająca patyna przechowała dotyk dziesięciu pokoleń ludzi, których historii nigdy już nie poznam.

Ile można mieć sekreter w domu? Tyle, ile się zmieści! Ja na 38 m2 upchnąłem trzy, a prócz tego kredens, dwa stoły, sześć krzeseł, trzy niciaki, komodę, biurko, cztery spore regały, karciak, fotel, serwantkę, zegar stojący, tysiące książek oraz setki obrazów i fajansów. Uważam zresztą, że nie zrobiłem sobie w ten sposób ani graciarni, ani muzeum. Gdy ktoś niedawno powiedział mi, że aby tak mieszkać, trzeba mieć dużo odwagi, początkowo zdziwiłem się – o co mu, do licha, chodzi? Dopiero potem przypomniałem sobie o ironicznych pytaniach, gdzie schowałem babcię, i wysłuchiwanych przez lata „życzliwych” sugestiach, żebym sprawił sobie nowoczesne i wygodne meble (które, jak nic, rozlecą się po 10 latach). Prawa do własnego ekscentryzmu musiałem się długo uczyć, podobnie jak stosownego odpowiadania na podobne rady: „Wybacz, ale ty tu chyba jeszcze nie mieszkasz?”.

Ze wszystkich typów mebli największym sentymentem darzę właśnie sekretarzyki i sekretery (o różnicach pomiędzy nimi za chwilę). Myślę, że chodzi tu o pewien, niejako programowo w nie włączony, intelektualny sznyt – służą bowiem do pisania. Są też niesłychanie praktyczne – spora liczba szuflad i szufladek pomaga w utrzymaniu porządku w dokumentach i przedmiotach, rzecz nie do przecenienia dla pedanta lubiącego gromadzić rzeczy i trzy razy zastanawiającego się, zanim wyrzuci zużyty bilet (bo to przecież pamiątka!). Z kolei dla mojego kolegi Rafała liczy się sama forma mebla, która daje mu spokój i skupienie oraz wyznacza zamkniętą przestrzeń do pracy. Rafał najchętniej wstawiłby sekretarzyk do ustawionej w rogu pokoju angielskiej budki telefonicznej i w ten sposób odizolował się od świata.

Dla władców i mieszczan

Gerhard Dietrich w monografii Schreibmöbel. Vom Mittelalter zur Moderne (Meble do pisania od średniowiecza do współczesności) pokazuje, że specjalne sprzęty dla ludzi słowa istniały w Europie już w IX w. Były to używane w klasztornych skryptoriach pulpity, przy których pracowano na stojąco, oraz stawiane na stołach pultynki – podstawki lub skrzyneczki z pochyłą płytą do pisania i schowkiem na przybory. Sekretera pojawiła się zaś pod koniec XVI w. – wyewoluowała ona z kabinetów, czyli (w dużym uproszczeniu!) bogato zdobionych mebli skrzyniowych. Jej część dolna to komoda lub szafka, nad którą za skośną lub pionową pokrywą (po otwarciu stającą się płytą do pisania) znajduje się „dusza” z szufladkami, przegródkami lub półkami, a niekiedy też z zamykaną drzwiczkami niszą zwaną tabernakulum. Crème de la crème stanowią skrytki na poufne dokumenty i kosztowności. Całość często wieńczy jeszcze nadstawa mieszcząca np. podręczną biblioteczkę. W dobie baroku popularnością cieszyły się sekretery ciężkie i wysokie, wyglądające jak szafy lub kredensy, intarsjowane różnymi rodzajami drewna i mające faliste fronty – w Rzeczypospolitej w ich wytwarzaniu celowały stolarnie z Kolbuszowej.

Jedynym z najsłynniejszych twórców mebli do pisania był niemiecki ebenista David Roentgen (1743–1807). Jego luksusowe wyroby w stylu późnego rokoka i klasycyzmu znajdowały nabywców wśród arystokracji i panujących w całej Europie – zachwycali się nimi choćby Ludwik XVI i Maria Antonina, caryca Katarzyna II i Fryderyk II Wielki, a nawet Goethe, który wspominał o nich w Latach wędrówki Wilhelma Meistra. Wytwarzano je w warsztacie w Neuwied nieopodal Koblencji, ale prezentowano również w salonach firmy w Berlinie, Paryżu i Petersburgu, często też u klientów – pod czujnym okiem Roentgena jechały one na wozach z dworu na dwór. Meblarskie dzieła sztuki miały architektoniczne formy,  zdobiły je zaś złocone brązy i wielobarwne intarsje układające się w sceny mitologiczne, religijne i rodzajowe, alegorie i pejzaże oraz tzw. chinoiseries – swobodne nawiązania do sztuki Dalekiego Wschodu.

il. 2. David Roentgen, Sekretera (tzw. Neuwieder Kabinett), ok. 1788.
il. 2. David Roentgen, Sekretera (tzw. Neuwieder Kabinett), ok. 1788. Kunstgewerbemuseum, Berlin fot. Staatliche Museen zu Berlin, Kunstgewerbemuseum/Stephan Klonk;

Przede wszystkim jednak kryły one w sobie skomplikowane mechanizmy – dotknięcie przycisków lub znanych tylko wtajemniczonym elementów konstrukcyjnych uruchamiało automaty grające muzykę i otwierało niezliczone skrytki, przegródki, kałamarze, zakamuflowane dziurki od kluczy i dodatkowe pulpity. Szuflady wyskakiwały nagle z miejsc, w których najmniej się ich spodziewano, obracały się i przesuwały na boki, odsłaniając kolejne schowki. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć, np. wpisując na YouTubie „Roentgens’ Berlin Secretary Cabinet” i klikając na jeden z filmów. Przedstawiona na nich, mierząca ponad 3,5 m sekretera ze zbiorów berlińskiego Kunstgewerbemuseum powstała ok. 1778 r. dla pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego (il. 2). Mebel wręcz oszałamia liczbą funkcji, co od razu budzi pytanie, czy monarcha faktycznie z niego korzystał. Niewykluczone, że służył on głównie do olśnienia gości. Gdy uruchomić mechanizmy, efekt jest zaiste teatralny, z czego Roentgen musiał zdawać sobie sprawę: jeden z paneli zdobi postać aktora wychodzącego zza kurtyny.

Sekretery stały się szczególnie modne, gdy nadszedł styl „mieszczan dla mieszczan”, czyli biedermeier. Miały one zwykle prostą formę nawiązującą do antycznych budowli, choć zdarzały się też modele bardziej wyszukane, np. w kształcie liry lub dwuosobowe, mające opuszczane pulpity na froncie i z boku. Gdy na YouTubie wpiszemy jeszcze „secret drawers of the Hefele secretary”, zobaczymy dzieło bliżej nieznanego austriackiego ebenisty Vinzenza Hefelego z 1840 r. (Museum für angewandte Kunst, Wiedeń). Biedermeierowska sekretera wygląda skromnie, ale to tylko pozory. Mieści ona w sobie aż 105 szufladek, z których widocznych jest jedynie 13. Do odnalezienia pozostałych potrzeba szczegółowej instrukcji, którą Hefele rozrysował na 15 kartach. Właściciele musieli zapewne godzinami uczyć się obsługi i drżeć z obaw, że w razie zgubienia planów nigdy już nie odzyskają poukrywanych precjozów. Mebel jest zresztą wybitnie niepraktyczny. Stanowił on raczej popis kunsztu i pomysłowości rzemieślnika – szczerze mówiąc, wątpię, czy kiedykolwiek wykorzystano wszystkie te tajemne schowki. W biedermeierowskich wnętrzach można było też zobaczyć blendy. Ich drzwi sprytnie udawały zamknięte sekretery, lecz po otwarciu ukazywała się proza życia, czyli środek zwyczajnej szafy na ubrania lub bieliźniarki. Blendy nie tylko ładnie wyglądały, ale również sprawiały wrażenie, że w pokoju stoi coś lepszego i droższego, a mieszkańców zajmują sprawy wznioślejsze niż wykrochmalone koszule i halki. Sekretery wyszły zupełnie z użytku pod koniec XIX w. – na ich niewielkich blatach nie było po prostu miejsca na nowe wynalazki, takie jak lampa elektryczna, maszyna do pisania lub telefon.

Wszystko dla pań

Młodszy rodowód mają sekretarzyki, które pojawiły się w XVIII-wiecznej Francji. Ich protoplastą był stolik, do którego zaczęto dodawać nadstawki mieszczące szufladki i półeczki. Cieszyły się one ogromną popularnością, na co wpłynęła drobna, aczkolwiek znamienna w skutkach, zmiana w funkcjach i układach domowych wnętrz. Wymyślono bowiem buduary, nowe, nieprzechodnie (a więc intymne) pomieszczenia przeznaczone specjalnie dla kobiet. Jako pierwszy ich plany zamieścił Jacques-François Blondel w dziele L’architecture française (1752–1756). Nazwa wzięła się od słowa bouder – dąsać się. W damskim pokoju można się było obrażać na świat, częściej jednak służył on do wypoczynku, lektur, przyjmowania przyjaciół i pisania listów. Nad Sekwaną w klasach wyższych wybuchła wtedy bowiem epistolograficzna epidemia. Służący i posłańcy kursowali nieustannie po mieście, dostarczali liściki i czekali na odpowiedź. Przypominało to trochę dzisiejszą komunikację na WhatsAppie, z tym że wiadomości szły pieszo lub konno, no i trwało to znacznie dłużej. Oczywiście na epistoły poważniejsze nie odpowiadano natychmiast. Listy trzeba było na czymś napisać, potem schować, zwłaszcza jeśli zawierały one jakieś sekrety – służyły do tego małe damskie biureczka zwane sekretarzykami (od franc. secrète, tajemnica).

Moda na pisanie listów znalazła też odbicie w święcącym właśnie triumfy nowym gatunku literackim, jakim była powieść epistolarna. Jeden z najwybitniejszych jej przykładów to Niebezpieczne związki pióra Pierre’a Choderlosa de Laclos z 1782 r. Fabuła skupia się na intrydze uknutej przez markizę de Merteuil. Chce ona (i słusznie!) zemścić się na byłym kochanku, który porzucił ją, by ożenić się z wychowaną w klasztorze cnotliwą panną Cecylią de Volanges. Markiza prosi o pomoc dawnego amanta, wicehrabiego Sebastiana de Valmonta – ma on uwieść i tak wyedukować erotycznie dziewczynę, by podczas nocy poślubnej zszokowany małżonek zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z wyuzdaną libertynką, a nie z dziewicą. Sprawę komplikuje nieco fakt, że Cecylia zapałała właśnie wzajemną miłością do młodego kawalera Danceny.

Powieść sześciokrotnie przenoszono mniej lub bardziej wiernie na ekran – najlepiej udało się to chyba w 1988 r. Stephenowi Frearsowi oraz zaledwie rok później Milošowi Formanowi w filmie Valmont. Ich adaptacje różnią się przy tym do tego stopnia, że aż trudno uwierzyć, iż reżyserzy oparli się na tym samym dziele. W wersji Frearsa sekretarzyk pojawia się, gdy matka odnajduje miłosną korespondencję zrozpaczonej Cecylii (kreowanej przez Umę Thurman). W rolę tegoż mebla wchodzi również grany przez Johna Malkovicha de Valmont – na jego plecach uwiedziona bohaterka będzie kreślić w łóżku dyktowaną jej odpowiedź do ukochanego. Tu dygresja: powieść de Laclos stała się punktem wyjścia dla Helli Haasse (1918–2011), holenderskiej pisarki przez lata typowanej do Nagrody Nobla. Autorka Niebezpiecznego związku albo listów z Daal en Berg podczas spaceru przez wspomnianą w tytule haską dzielnicę bezwiednie tłumaczy sobie jej nazwę na francuski: Valmont. Przypomina sobie wtedy, że skompromitowana markiza na koniec uciekła przecież do Holandii. W taki sposób rozpoczyna się wymiana listów pomiędzy żyjącą w XVIII w. de Merteuil i współczesną feministką Haasse, a choć korespondentki pochodzą z różnych światów, wiele zdaje się je łączyć. Rzecz polecam bynajmniej nie dlatego, że na polski przetłumaczyła ją moja kuzynka Alicja. Markiza mogła pisać do Helli na sekretarzyku zwanym bonheur du jour, czyli szczęście dnia, lekkim i bogato zdobionym (np. porcelaną z Sèvres). Upowszechnił się on ok. 1760 r. – w damskiej sypialni służył również jako toaletka albo stolik do jedzenia śniadań.

Odmiany i formy

Sekretarzyk jest zwykle mniejszy i mniej masywny niż sekretera, przy czym różnica pomiędzy nimi bywa płynna, zwłaszcza jeśli ten pierwszy ma słuszny rozmiar. Rozmaitych i mających fachowe nazwy odmian takich mebli jest zresztą bez liku (sam doliczyłem się ponad 60). Wymieniać można by długo: Carlton House writing table, bureau brisé, bureau à gradin, praska, Schreibkommode, Zylinderbureau… Występują one we wszystkich stylach i epokach, od rokoka aż po dziś. Znajdziemy je w komponentach peerelowskich meblościanek i ofercie wielkich sklepów z wyposażeniem wnętrz, tyle tylko że w katalogach nazywa się je teraz biurkiem. Od kiedy do pisania potrzebny jest tylko laptop, sekretarzyki coraz lepiej sprawdzają się w naszych niewielkich mieszkaniach.

Meble do pisania od zawsze pobudzały inwencję wykonawców i zleceniodawców. Można było wmontować w nie wysuwane półeczki na świeczniki, kałamarz lub zegar, wprawić ryciny, namalowane na drewnie pejzaże i ceramiczne plakiety, drzwiczki zastąpić cylindryczną pokrywą, „duszę” ukryć w rozkładanej szufladzie komody albo w szafie. W wiktoriańskiej Anglii robiono davenporty, przy których pracuje się na stojąco. Mają one ukośne blaty oraz szuflady po bokach. Nazwa wzięła się podobno od nazwiska kapitana, który pod koniec XVIII w. zamówił sobie taki właśnie mebel w firmie Gillows of Lancaster and London. Podejrzewa się, że chciał z niego korzystać na statku.

Il. 3. Figura damy z wbudowanym klawikordem, ok. 1780. Germanisches Nationalmuseum, Norymberga fot. Anagoria;
Il. 3. Figura damy z wbudowanym klawikordem, ok. 1780. Germanisches Nationalmuseum, Norymberga fot. Anagoria.
Najdziwniejszy obiekt, jaki widziałem w życiu, znajduje się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem