Subskrybuj
Ilustracja: Natalia Nosowa
Prozaiczka, autorka powieści Niejedno (Drzazgi 2021), za którą otrzymała Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza. Doktorka nauk społecznych, adiunktka na UJ CM, gdzie zajmuje się gerontologią. Mieszka w Krakowie

Flesze

Ponieważ pragnę – czemu? – wydobyć je z siebie, układam listy słów, zdań, połączeń, których nigdy nie miałam okazji powiedzieć.

Ponieważ pragnę – czemu? – wydobyć je z siebie, układam listy słów, zdań, połączeń, których nigdy nie miałam okazji powiedzieć.
Szyja smukła jak brzoza, z wgłębieniem.
Miej ciastko i zjedz, nie wybieraj.
Szczodre twierdzenie, drastyczna oszczędność.
Pożądam.
Wypluj te słowa.
Obiadokolacja, bistro, francuska, pokusa, kaskada, seks.
Smakowałaś.
Niczyja wina.
Jasny śmiech.

Pierwsze spotkanie?

Patrzyłam: nawet z dala widać było kolor oczu, w nich błyski. Błyski potem Word zmienił na blizny. Blizny w oczach, wyżłobienia w paznokciach. Jakieś teksty inkrustowane pochlebstwem, bo to było spotkanie o książce, potem knajpa, cały ten szum w tle, rytuały (że niby czytali) i cisza na pierwszym planie. Stykanie się kolanami, zapach świeżego prania. Opisałam: wąskie palce zaciśnięte na szklance, siwe naczynia krwionośne pod skórą jak papier ryżowy, paznokcie w kształcie migdałów. Te palce jeszcze tej samej nocy wkładałam pod powiekami do ust i zasypiałam jak wtedy, gdy byłam mała. Smakowały jak gruszka w syropie, jak poire belle Hélène w płatkach migdałów. I tak już co noc; tylko smaki się czasem zmieniały.

A w tych snach cytowałam O’Harę (poetka ze mnie żadna, choć nie przestaję się starać): moje wiersze patrzą na ciebie, ty na nie, może nie? moje wiersze mówią o srebrze twoich oczu, twoje oczy jeszcze tej samej nocy – tak, zapewne w czyimś przekładzie.

Tydzień później dostałam wiadomość, w niej trzy słowa: przetłumaczę tę powieść. Zgodziłam się w ciemno.

Język…

Pierwsze spotkanie?

Dziewczyna w spranych dżinsach z dziurą na kolanie wchodzi grudniowego wieczoru do księgarni, szybko rozgląda się wokół zza powiększających oczy szkieł w szylkretowej oprawie i zajmuje miejsce w środku trzeciego rzędu krzeseł z jasnej sklejki. Sala jest niewielka, więc ustawiono je ciasno. Mimo sporej frekwencji i zapełnienia dwóch pierwszych rzędów jej twarz będzie przez cały czas widoczna dla osób naprzeciw, z kanapy. Spojrzenie będzie miała chłodne i surowe, choć dwa, trzy razy gdzieś z głębi wychyną iskierki rozbawienia i zgasną. Za szybami księgarni nagle zapadnie mrok, jak spuszczona nagle roleta. Bez ostrzeżenia. Nikt w środku nie zauważy.

To wszystko wydarzy się bez ostrzeżenia.

Pierwsze spotkanie?

Weszłam tam, było jasno i ciepło. Miłe schronienie, na dworze wiało. Mogłabym utrzymywać, że to był przypadek, że chciałam się ogrzać wśród książek, ale nie. Kto by uwierzył?

Pachniało papierem, a kolorowe okładki na ścianie naprzeciw drzwi – chyba ktoś zrobił to specjalnie – ułożyły się w malowniczą mozaikę. Chciałam tam podejść, bo zobaczyłam tom amerykańskich poetów, dawno nie do kupienia, poza tym zamierzałam przejechać palcem po grzbietach. Nie lubię mieć niezajętych rąk, gdy nie jestem u siebie. Czekaj, niezgrabnie… Zawsze lubię mieć zajęte ręce. Ale te krzesła ktoś ustawił tak ciasno, prawie jedno na drugim – przeszło mi przez myśl, że jest ich o wiele za dużo, że będą świecić pustkami, a to zawsze przykre, lecz nie. Przyszło dokładnie tyle ludzi, ile miejsc. W każdym razie ruszyłam przed siebie, zahaczyłam nogą o nogę, osoby na kanapie podniosły głowy, opadłam na środkowe krzesło w którymś z pierwszych rzędów, trochę zażenowana, i nie zdejmując kurtki, zastygłam. Nie chciałam już robić hałasu. Czekałam na początek.

Było mi zimno, jak zawsze.

A potem nawiązałyśmy kontakt i już go nie rozwiązałyśmy.

Tak się mówi?

Pierwsze spotkanie.

Ludzie w kurtkach we wnętrzach, na krzesłach, wyglądają, jakby wpadli tylko na chwilę, z przypadku. Jakby przysiedli na moment, jak ptaki na drucie, odpocząć albo się ogrzać, jakby mieli w nosie, co wokół i czy to się dzieje naprawdę. Jakby byli przejazdem, przechodem, przebiegiem, po drodze i trochę bez sensu. Jakby nie wiedzieli po co. Jakby nie byli pewni, czy warto, czy opłaca się zdjąć, rozpiąć, rozszczelnić, dopuścić grudniowy chłód bliżej skóry.

Ludziom w szarych początkach grudnia nie chce się wychodzić. Siwe niebo, chemia w powietrzu, błoto. Nic nie czeka na zewnątrz, bo cóż by miało czekać? Gwiazdka za prawie miesiąc, poza tym Gwiazdki są dla dzieci, mikołajki też (i dla Mikołajów), Barbórki dla górników i Barbar, wszystko jest dla kogoś innego. Grupa docelowa grudniowych atrakcji, jeśli mają być przyjemnością, jest niespodziewanie wąska. Noce są najdłuższe, dni przeciwnie, przy łóżkach piętrzą się nieprzeczytane przez te wszystkie miesiące książki, notesy i głowy puchną od rozpoczętych historii, może nowy rok da im szansę.

Spotkania autorskie są dla tych, co czytali. I dla tych, co nie, ale zamierzają. Dla tych, którym się podobało albo nie – ci ostatni i tak nic nie powiedzą. Dla rodziny, przyjaciół, znajomych, studentów polonistyki oraz dla przypadkowych osób. Dla tłumaczek z „małych” języków, szukających słów i inspiracji. Dla ludzi, którzy przychodzą się nudzić, i dla tych, którzy zakochać. Albo ogrzać.

Rozświetlone księgarnie w grudniowe wieczory z zewnątrz wyglądają jak bajeczne akwaria.

Pierwsze spotkania opowiada się dziesiątki razy. Opowiadają się same. Wracają jak pies, wierne obrazy, nasiąkają nowymi szczegółami, niewierna pamięć. Znaczące i nieznaczące, zamieniają się miejscami, taniec trwa, kobiety ponoć lubią tango.

Pierwsze spotkania domagają się obracania. Analizowane potem w środku ciszy nocy – nawet podłoga nie skrzypi pod kotem – krzyczą o interpretacje. Atencjuszki wśród innych historii, jasne punkty w pamięci, flesze opromieniające obrazy późniejszych zdarzeń. Będziemy je opowiadać zawsze, nie zgasną, nie zblakną, najwyżej przekształcą się w coś zupełnie innego. Najpewniej.

Ale na razie…

ciepła ciemność pulsuje wewnątrz skóry, krew przelewa się z niesłyszalnym gulgotem w noc ciała, serca kurczą się w zgodnym rytmie, a płuca rozszerzają, kiedyś położę tu głowę i usłyszę, jak pracuje w tobie oddech, pewnego dnia wyślesz mi zdjęcie mostu Brooklińskiego zrobione o piątej nad ranem, na nim objęte dwie kobiety w wieczorowych sukienkach pod kiścią czarnych serc napełnionych helem, urodzinowe, powiesz, nie wiemy o sobie nic i może tak powinno pozostać, idzie burza, idzie słońce

Przydałby się jeszcze dialog, ale nikt nie rozmawiał.

Reasumując:

Wietrzny dzień. Czarna kurtka, bordowa czapka. Mozaiki teł. Zieleń obić. Sukienka w kolorze kontrastowym. Kontakt wzrokowy. Zamazane twarze. Żywe reakcje. Ograniczony czas. Koniec i żal. Głód kontynuacji. Wąskie palce zaciśnięte na szklance. Skóra jak papier ryżowy. Migdałowe paznokcie. Cisza na jawie. Wymyślone dialogi. Sny huczące od znaczeń. I pytanie: co dalej?

Słowa, słowa, słowa, z nich wszystko.

*

Wracam do domu, jest późno, Radek nie śpi. Ogląda serial z kotem zwiniętym na udach w precelek. Chcę o wszystkim mu opowiedzieć, jak zawsze, zaczynam więc gorączkowo, niepytana. Chcę wyrzucić z siebie ten wieczór, na którym nie był, bo zaliczył już tak dużo moich wieczorów, że nie wymagam. Wyłącza z ociąganiem komputer, ale słucha z zainteresowaniem. Kot ziewa i wychodzi. Pijemy przy kuchennym stole melisę przed snem, to znaczy on pije, a ja chaotycznie podsuwam mu obrazy, kolekcję różnych wrażeń, w tym to jedno, na razie nienazywalne. Jeszcze nie mam oporów. Jeszcze sama je badam: skręcam w opowieściach w stronę dziewczyny, która patrzyła na mnie przenikliwym wzrokiem. Dużo jej jak na kogoś, z kim nawet nie rozmawiałam, kto nie zadał pytania. Dużo jej, sama jestem zdziwiona. Tyle słów.

Zaczynam się powtarzać.

On patrzy na mnie zmęczonym już wzrokiem, zadaje kilka pytań, raczej grzecznościowo, cieszy się z dużej frekwencji i z tego, że jestem taka ożywiona – dawno nie byłam, może wiosna nadciąga? – i idzie się położyć. Rano ma trening szermierki, pracę, wycieczkę szkolną, już nie słucham, zatapiam się w telefonie; może ktoś wrzucił zdjęcia.

Ale nie.

Rano lekcja.

Za oknem rachityczne płatki śniegu tworzą kupkę na parapecie. Przyglądam się jej, rośnie powoli, ale systematycznie. Fraktale, powtarzam kilka razy bezgłośnie, lubię słowa na „f”. Łowię zdania z podręcznika dla początkujących, czytane na głos to płynnie, to z wysiłkiem. W myślach obracam sny, jakich jeszcze nigdy nie miałam. Policzki palą, jestem dziś jak ta róża z tekstu, który pamiętam z własnej pierwszej łacińskiej czytanki.

Rosa rubra pulchra est.

Biała też niczego sobie.

Stoją na stole w wazonie, zaraz doleję im wody.

Druga klasa, wciąż początki. Moje pierwsze wychowawstwo. Jestem w tym liceum od niedawna i wciąż czuję się tu tak, jakby pierwszy września wydłużał się niczym slajm i nie zamierzał skończyć. Pierwszy września w nowej szkole po przeprowadzce, pierwszy września bywalczyni oślej ławki, ten rodzaj początków. Obcość, moja specjalność.

Uczę też francuskiego.

Zawsze byłam dobra i w język, i z języków. Kiedyś, dawno, uwiódł mnie Katullus i tak już zostało. Da mi basia mille, deinde centum, dein mille altera, dein secunda centum, któż by się nie zakochał w takim rytmie i frazie? Ja się zakochałam, no i here we are. Koniugacje i deklinacje.

Języki mi się mieszają.

Młodzież w porządku, chce się uczyć, łaciny też. Jeszcze sylabizujemy, ale kiedyś dojdziemy do poezji. Parę osób czytało moją książkę, może stąd popularność tego lektoratu?, jedna z dziewczyn chce mi pokazać swoje próbki pisania. Zajrzę. Byle nie dziś.

Dziś jestem niewysłowna. Słowa mi uciekają.

Po dzwonku szybko zgarniam rzeczy i idę do nauczycielskiego. Atmosfera tu jak zwykle trochę napięta; a jeszcze zbliża się koniec semestru, oceny, rodzice z zażaleniami. Do mnie też piszą, nieopatrznie dałam się namówić na wspólny czat, piętnaście nieodczytanych wiadomości, a licznik wciąż bije. Jakaś typowa rodzicielska afera. Ignoruję, wyciszam powiadomienia, zaszywam się w kącie z kwaśną kawą z ekspresu i notesem. Plusem pracy w mniejszym wymiarze jest przyzwolenie na nieangażowanie się w towarzystwo, bycie z boku. I dobrze, zamierzam pisać, cokolwiek.

Nulla dies sine linea.Postanowiłam być systematyczna, wykorzystywać każdą wolną chwilę, zapełniać okienka między lekcjami pracą. Czas przełamać impas, w którym tkwię od miesięcy. Ale…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania